Afryka
spotyka Herfordczyka
Ze
Wschodniej Westfalii śpieszę do Warszawy z pomyślną
wiadmością i dzielę się radością
z powodu i dla dobra sprawy, bo się bardzo cieszę, że
RASTER zbliża ludzi różnych narodów i reakcję
budzi Wschodu i Zachodu, zmieniając obraz sztuki i płyną
z tego takie nauki, że mój wywiad z panem Janem Hoetem
przyjęty został z impetem przez conajmniej dwóch czytelników,
wśród których jest przedstawiciel fotografików, krytyczny
pan Grygiel z Fototapety.
Ten uważny lingwista dostrzegł oto, że niestety
Gent po polsku zwie się Gandawa, ta nazwa to
dla niego bardzo ważna sprawa, a więc niniejszym prostuje
i RAST(E)RA tera(z) o tym informuję. Drugi czytelnik
to artysta Kruk Mariusz, który napisał do pana Jana tuż
po wywiadzie, także jego nowy adres już jest na składzie
przyszłego M(ebel)ARTa muzeum. To potęgi
słowa pisanego istne apogeum!
Teraz
wstęp dobrnął niestety do zasłużonej
mety i będzie na zmianę trochę prozaicznie, przez
co nie mniej ślicznie i rytmicznie.
Czarno
i biało i w
kolorze niemało
17
listopada w prowizorycznych, ale bardzo estetycznych wnętrzach
na parterze gmachu poczty w Herfodzie, spełniających
pomyślnie rolę prekursorki budowanego przez Franka Gehry
muzeum MARTa, bardzo huczna i jeszcze bardziej tłoczna
trzecia wystawa pod kuratelą Jana Hoeta i jego przemiłej
asystentki, Ann Demeester została otwarta. (Ta urocza kobieta
wspomina do dziś z atencją niedawny Poetic Summer
w Watoo zaszczycony Pawła Althamera prezencją).
Najnowszym dziełem Anny Demeester i Hoeta Jana jest ekspozycja
SchwarzWeiss, czyli CzarnoBiało zatytułowana,
która przeniosła Afrykę, głównię tę z
byłego Konga Leopolda II, króla belgijskiego (i rodaków jego)
do bladego Herfordu wschodnio-westfalskiego, swego czasu przez
Prusy zarządzanego. Publiczność przeszła wszelkie
oczekiwania i szpaler zniczy, oświetlających mroczne
podwórze iście pruskiej poczty. Niektóre damy z niepokojem
zerkały, czy poły dystyngowanej norki lub pośledniejszego
kaszmiru aby ogniem się nie zajęły. Lecz nic się
nie zajęło na szczęście i w zaduszkowym stylu
było dla wielu to do Afryki wejście.
Boso
jak w meczecie przy fototapecie
W
środku panowała natomiast miejscami atmosfera, zgodna
z duchem rozpoczętego właśnie tuż przedtem
Ramadanu, bo w Herfodzie mniejszość turecka jest u siebie
w domu i czci zwyczaje przodków. W pomieszczeniu z czarnobiałymi
zdjęciami miejscowego fotografa Jürgena Eschera, które na
zlecenie Jan Hoeta wykonał w Kongo, dokumentując ciężki
los ludności, doświadczonej obcymi i rodzimymi (ex-post-
i de)kolonalizatorami, rozpościerał się dywan tak
nieskazitelnie biały, że trzeba było chodzić
po nim bez butów, ale w kapciach, zapożyczonych chyba w Muzeum
Sztuki w Łodzi, tylko bardziej rzeczpospolito-ludowych, bo
filcowych, z czego publiczność korzystała, bo wiadomo,
że filc sztuce nie szkodzi. Filcu dla wszystkich jednak nie
starczyło, tak więc wielu ludzi boso ale i bez ostróg
po postkolonialnej fototapecie wzrokiem wodziło. Afryka bardzo
zbliżyła człowieka do człowieka, bo było
ich, choć nikt nie zliczył, chyba z ośmiuset, czyli
istna ludzka rzeka, więc się po parkietach przelewali,
w butach lub bez butów sobie po nogach deptali, pojedyncze lub
parzyste ucho do głośnych instalacji przykładali
i w sąsiednich salach słowa wstępnego Jana Hoeta
nie wysłuchali, bo głośniki były słabe
i nie na czasie w ekshibicyjnej ludzi i stu dzieł sztuki
masie. Ogólnie było bardziej biało niż czarno
i jeszcze bardziej w kolorze, zaś rozmaitość
serwowana była w kawałkach i atrakcji nie brakowało
w tłumnym ferworze
Mwany
Kitoko nie ujrzy regentki oko
We
znaki się dawały tradycyjne maski i po niedosłyszanych
mowach duże oklaski; tort, czyli Piece of Cake Aimé
Ntakiyica za zasłoną z białych tiulów, oszczędnie
krojony przez czarnych performerów, bo chętnych do skosztowania
było jednak zbyt wielu; prawdziwa sztuka ludowa i dla kontrastu
airportowa; duże rzeźby policjanta, urzędnika i
kacyka odlane z betonu i akrylem pomalowane przez pana Sundaya
Jacka Akpana i znane malowidło króla Bodouina, zwanego przez
tubylców Mwana Kitoko, wykonane, co wiadać było
od razu, choć wisiało wysoko, przez słynnego Luca
Tuymansa i uprzednio w Wencji pokazywane. Bardzo je chciała
kupić niedawno belgijska królowa, ale Jan Hoet powiedział
Regencji: Ta propozycja nie może być zaakceptowana!
Na zawsze w naszym SMAKu pozostanie Mwana! Bo wiedział,
co mówi i dotrzymał słowa mimo dla korony atencji. Nie
mogło też zabraknąć afrykańskiego słonia,
czyli Elephanta, którego jako żywo popełnił
Carsten Hoeller, tak że publiczność głaskała
to zwierze po ciele, i myślała naprawdę, że
ten mały słonik został zabity, żeby dostarczyć
Herfordczykom morderczej art podniety. Lecz słoń był
na szczęście ze sztucznego tworzywa - bo prawdziwa sztuka
nawet jeśli martwa to i tak jest żywa. Wszystkiego było
więc po trochu, wszystkiego w nadmiarze, byli także
innej sztuki luminarze, czyli dzieło zmarłego niedawno
Juana Munoza Rosso in Afrika, dwie Głowy Lemura
Franza Westa, dwie duże rzeźby super niemowlaka w super
donicach, czyli Potted Babies Michaela Raya Charlesa oraz
jedna skąpo odziana dama na końcu instalacji My Plek,
jako dowód Marlene Dumas artystycznej kreacji.
Pieczone
banany i do rana tany
Tak
więc czarne i białe w Herfodzie jest na
właściwym torze i publiczności barwnych
wrażeń i marzeń dostarczyć może. Takiej
wystawy tam jeszcze nie było i bardzo międzynarodowo
nareszcie się zrobiło. Publiczność była
głośna i rozradowana, czerniła się
i bieliła do białego rana, bo w niedzielę
mogła być niewyspana i bardzo polubiła smażonego
banana z rąk czarnej piękności. Tej ogólnej
radości nie podzieliła tylko lokalna prasa, choć
w ponadregionalnej była pochwał masa. Ale zawsze tak
jest i chyba być będzie, że miejscowi żurnaliści
najlepiej się czują na małomiejskiej grzędzie.
Niech sobie będzie jakaś tam Afryka i słynny
kurator z Gandawy, my tu mamy nasze ważne, ostwestfalskie
sprawy i nie chcemy międzynarodowej wrzawy
Na
wystawie osobiście byłam, pieczone banany jadłam,
niestety drinków nie piłam, bo samochodem się wymówiłam.
Mogę więc na trzeźwo zaświadczyć, że
CzarnoBiało to masa różonorodnych art atrakcji.
I na koniec konkluzja nienowa: sztuka afrykańska, europejska,
zjednoczono-stanowa? Geografia jest nieważna, ważne,
żeby sztuka była światowa!
Ilustruje
ją bardzo udany katalog SchwarzWeiss, gdzie Ryszarda
Kapuścińskiego obowiązkowo zacytowana, lecz
jego imię na Richarda, zaś nazwisko na Kapucsinski
przemianowano. Ale to drobiazg w porównaniu z poziomem edytorsko-zdjęciowo-merytorcznym,
zawartym w tym wydaniu.
Tekst
© Urszula
Usakowska-Wolff
Raster
Nr 53/2001, 10.12.2001
Wystawa
SchwarzWeiss
MARTa
Herford
do
3.02.2002
Czwartek-Niedziela
od 11.00 do 17.00; Sobota do 19.00
Wstęp:
Dorośli 6 €; ze zniżką: 3 €
19.
i 20. 01.2002 r. w różnych miejscach w Herfordzie odbędzie
się Afrykański weekend z filmów i mody pokazami,
publicznymi dyskusjami i kulinarnymi specyjałami.
Katalog
SchwarzWeiss. Wer denkt jetzt
an Schwarz Afrika? (CzarnoBiało. Kto myśli
teraz o Czarnej Afryce?). Z tekstami i w opracowaniu Jana
Hoeta i Ann Demeester. MARTa Herford. 2001. Cena 15 €.