Afryka spotyka Herfordczyka

Ze Wschodniej Westfalii śpieszę do Warszawy z pomyślną wiadmością i dzielę się radością z powodu i dla dobra sprawy, bo się bardzo cieszę, że RASTER zbliża ludzi różnych narodów i reakcję budzi Wschodu i Zachodu, zmieniając obraz sztuki i płyną z tego takie nauki, że mój wywiad z panem Janem Hoetem przyjęty został z impetem przez conajmniej dwóch czytelników, wśród których jest przedstawiciel fotografików, krytyczny pan Grygiel z Fototapety. Ten uważny lingwista dostrzegł oto, że niestety Gent po polsku zwie się Gandawa, ta nazwa to dla niego bardzo ważna sprawa, a więc niniejszym prostuje i RAST(E)RA tera(z) o tym informuję. Drugi czytelnik to artysta Kruk Mariusz, który napisał do pana Jana tuż po wywiadzie, także jego nowy adres już jest na składzie przyszłego M(ebel)ARTa muzeum. To potęgi słowa pisanego istne apogeum!

Teraz wstęp dobrnął niestety do zasłużonej mety i będzie na zmianę trochę prozaicznie, przez co nie mniej ślicznie i rytmicznie.

 
Tshokwe: "Piekna panna". Maska. Fot. © MARTa, 2001
 

Czarno i biało i w kolorze niemało

17 listopada w prowizorycznych, ale bardzo estetycznych wnętrzach na parterze gmachu poczty w Herfodzie, spełniających pomyślnie rolę prekursorki budowanego przez Franka Gehry muzeum MARTa, bardzo huczna i jeszcze bardziej tłoczna trzecia wystawa pod kuratelą Jana Hoeta i jego przemiłej asystentki, Ann Demeester została otwarta. (Ta urocza kobieta wspomina do dziś z atencją niedawny Poetic Summer w Watoo zaszczycony Pawła Althamera prezencją). Najnowszym dziełem Anny Demeester i Hoeta Jana jest ekspozycja SchwarzWeiss, czyli CzarnoBiało zatytułowana, która przeniosła Afrykę, głównię tę z byłego Konga Leopolda II, króla belgijskiego (i rodaków jego) do bladego Herfordu wschodnio-westfalskiego, swego czasu przez Prusy zarządzanego. Publiczność przeszła wszelkie oczekiwania i szpaler zniczy, oświetlających mroczne podwórze iście pruskiej poczty. Niektóre damy z niepokojem zerkały, czy poły dystyngowanej norki lub pośledniejszego kaszmiru aby ogniem się nie zajęły. Lecz nic się nie zajęło na szczęście i w zaduszkowym stylu było dla wielu to do Afryki wejście.

 
Kongo. Fetysz z gwozdziami. Fot. © MARTa, 2001
 

Boso jak w meczecie przy fototapecie

W środku panowała natomiast miejscami atmosfera, zgodna z duchem rozpoczętego właśnie tuż przedtem Ramadanu, bo w Herfodzie mniejszość turecka jest u siebie w domu i czci zwyczaje przodków. W pomieszczeniu z czarnobiałymi zdjęciami miejscowego fotografa Jürgena Eschera, które na zlecenie Jan Hoeta wykonał w Kongo, dokumentując ciężki los ludności, doświadczonej obcymi i rodzimymi (ex-post- i de)kolonalizatorami, rozpościerał się dywan tak nieskazitelnie biały, że trzeba było chodzić po nim bez butów, ale w kapciach, zapożyczonych chyba w Muzeum Sztuki w Łodzi, tylko bardziej rzeczpospolito-ludowych, bo filcowych, z czego publiczność korzystała, bo wiadomo, że filc sztuce nie szkodzi. Filcu dla wszystkich jednak nie starczyło, tak więc wielu ludzi boso ale i bez ostróg po postkolonialnej fototapecie wzrokiem wodziło. Afryka bardzo zbliżyła człowieka do człowieka, bo było ich, choć nikt nie zliczył, chyba z ośmiuset, czyli istna ludzka rzeka, więc się po parkietach przelewali, w butach lub bez butów sobie po nogach deptali, pojedyncze lub parzyste ucho do głośnych instalacji przykładali i w sąsiednich salach słowa wstępnego Jana Hoeta nie wysłuchali, bo głośniki były słabe i nie na czasie w ekshibicyjnej ludzi i stu dzieł sztuki masie. Ogólnie było bardziej biało niż czarno i jeszcze bardziej w kolorze, zaś rozmaitość serwowana była w kawałkach i atrakcji nie brakowało w tłumnym ferworze

 
"Prosze nie wchodzic z butami!", Wystawa "Czarno-Bialo", MARTa Herford, 2001. Fot. Usakowska-Wolff
 

Mwany Kitoko nie ujrzy regentki oko

We znaki się dawały tradycyjne maski i po niedosłyszanych mowach duże oklaski; tort, czyli Piece of Cake Aimé Ntakiyica za zasłoną z białych tiulów, oszczędnie krojony przez czarnych performerów, bo chętnych do skosztowania było jednak zbyt wielu; prawdziwa sztuka ludowa i dla kontrastu airportowa; duże rzeźby policjanta, urzędnika i kacyka odlane z betonu i akrylem pomalowane przez pana Sundaya Jacka Akpana i znane malowidło króla Bodouina, zwanego przez tubylców Mwana Kitoko, wykonane, co wiadać było od razu, choć wisiało wysoko, przez słynnego Luca Tuymansa i uprzednio w Wencji pokazywane. Bardzo je chciała kupić niedawno belgijska królowa, ale Jan Hoet powiedział Regencji: Ta propozycja nie może być zaakceptowana! Na zawsze w naszym SMAKu pozostanie Mwana! Bo wiedział, co mówi i dotrzymał słowa mimo dla korony atencji. Nie mogło też zabraknąć afrykańskiego słonia, czyli Elephanta, którego jako żywo popełnił Carsten Hoeller, tak że publiczność głaskała to zwierze po ciele, i myślała naprawdę, że ten mały słonik został zabity, żeby dostarczyć Herfordczykom morderczej art podniety. Lecz słoń był na szczęście ze sztucznego tworzywa - bo prawdziwa sztuka nawet jeśli martwa to i tak jest żywa. Wszystkiego było więc po trochu, wszystkiego w nadmiarze, byli także innej sztuki luminarze, czyli dzieło zmarłego niedawno Juana Munoza Rosso in Afrika, dwie Głowy Lemura Franza Westa, dwie duże rzeźby super niemowlaka w super donicach, czyli Potted Babies Michaela Raya Charlesa oraz jedna skąpo odziana dama na końcu instalacji My Plek, jako dowód Marlene Dumas artystycznej kreacji.

 
Michael Ray Charles: "Potted Babies ". Wystawa "Bialo-Czarno", Herford. 2001. Fot. Urszula Usakowska-Wolff
 

Pieczone banany i do rana tany

Tak więc czarne i białe w Herfodzie jest na właściwym torze i publiczności barwnych wrażeń i marzeń dostarczyć może. Takiej wystawy tam jeszcze nie było i bardzo międzynarodowo nareszcie się zrobiło. Publiczność była głośna i rozradowana, czerniła się i bieliła do białego rana, bo w niedzielę mogła być niewyspana i bardzo polubiła smażonego banana z rąk czarnej piękności. Tej ogólnej radości nie podzieliła tylko lokalna prasa, choć w ponadregionalnej była pochwał masa. Ale zawsze tak jest i chyba być będzie, że miejscowi żurnaliści najlepiej się czują na małomiejskiej grzędzie. Niech sobie będzie jakaś tam Afryka i słynny kurator z Gandawy, my tu mamy nasze ważne, ostwestfalskie sprawy i nie chcemy międzynarodowej wrzawy

Na wystawie osobiście byłam, pieczone banany jadłam, niestety drinków nie piłam, bo samochodem się wymówiłam. Mogę więc na trzeźwo zaświadczyć, że CzarnoBiało to masa różonorodnych art atrakcji. I na koniec konkluzja nienowa: sztuka afrykańska, europejska, zjednoczono-stanowa? Geografia jest nieważna, ważne, żeby sztuka była światowa!

 
Jan Hoet, Urszula Usakowska-Wolff i "Elephant" Carstena Höllera. Fot. Manfred Wolff, 2001
 

Ilustruje ją bardzo udany katalog SchwarzWeiss, gdzie Ryszarda Kapuścińskiego obowiązkowo zacytowana, lecz jego imię na Richarda, zaś nazwisko na Kapucsinski przemianowano. Ale to drobiazg w porównaniu z poziomem edytorsko-zdjęciowo-merytorcznym, zawartym w tym wydaniu.

Tekst © Urszula Usakowska-Wolff

Raster Nr 53/2001, 10.12.2001


Wystawa SchwarzWeiss

MARTa Herford

do 3.02.2002

Czwartek-Niedziela od 11.00 do 17.00; Sobota do 19.00

Wstęp: Dorośli 6 €; ze zniżką: 3 €

19. i 20. 01.2002 r. w różnych miejscach w Herfordzie odbędzie się Afrykański weekend z filmów i mody pokazami, publicznymi dyskusjami i kulinarnymi specyjałami.


Katalog SchwarzWeiss. Wer denkt jetzt an Schwarz Afrika? (CzarnoBiało. Kto myśli teraz o Czarnej Afryce?). Z tekstami i w opracowaniu Jana Hoeta i Ann Demeester. MARTa Herford. 2001. Cena 15 €.

 
Katalog SchwarzWeiss. Wer denkt jetzt an Schwarz Afrika? (CzarnoBia·o. Kto mysli teraz o Czarnej Afryce?). Z tekstami i w opracowaniu Jana Hoeta i Ann Demeester. MARTa Herford. 2001.
 

do strony glównej
do tekstu o Nowym Muzeum Weserburg w Bremie