Amerykanów
portret własny
Urodzony
15 maja 1923 roku Richard Avedon jest od ponad pół wieku
fotografem, w którego nowojorskim studio tłoczą się
piękni, możni i wpływowi medialnego, politycznego
i artystycznego świat(k)a. Był przyjacielem, współpracownikiem
i fotografem Jamesa Baldwina, Trumana Capote, Andy Warhola;
robił zdjęcia Jackie Kennedy w Białym Domu, był
także autorem ostatniego zdjęcia Charlie Chaplina
przed jego definitywnym wyjazdem z Ameryki do Europy. Fotografował
mniej lub bardziej skąpo odziane piękności dla
kalendarza Pirelli. Był ulubionym fotografem Marylin Monroe
i Elisabeth Taylor a także Audrey Hepburn. W latach pięćdziesiątych
zatrudniony został jako ekspert podczas realizacji filmu
Funny Face, w którym Fred Astaire wcielił się
w rolę słynnego fotografa mody i odkrył Audrey
Hepburn jako modelkę swego życia. Modelką jego
życia była natomiast młodsza od niego o rok siostra
Louise, niezwykła, ciemnowłosa piękność
o smukłym nosie, alabastrowej twarzy i doskonałej
figurze, która na skutek cielesnej doskonałości popadła
w ciężką chorobę psychiczną i zmarła
w wieku 40 lat. Tak więc modelki, które odkrywał i
fotografował na początku swojej kariery, były
uderzająco podobne do uwielbianej siostry.Na
początku swojej kariery młody fotograf odkrył
jednak przede wszystkim uroki bycia Amerykaninem w Paryżu
zaś Paryż odkrył talent młodego Amerykanina,
który w 1945 roku, w wieku niespełna 22 lat i już
wówczas jedna z coraz jaśniej błyszczących gwiazd
obiektywu, zamieniająca przemijające kreacje Haute
Couture w - jak się później okazało - nieprzemijające
foto kreacje artystyczne, które zamieszczał w renomowanym
magazynie „Harper’s Bazaar”, wyruszył na podbój miasta
nad Sekwaną. Z amerykańską pomocą francuska
stolica mody miała znowu stać się metropolią
mody światowej: bo to, co kunsztownie zaprojektowane i
wytwornie uszyte, musiało być także odpowiednio
zaprezentowane, czyli niebanalnie sfotografowane i na gładkich
stronach eleganckich magazynów kusząco pokazane, aby zostało
przez bogate damy międzynarodowej High Society nabyte.
Mimo że jego zdjęcia adresowane były do przedstawicielek
towarzysko-finansowego establishmentu, to zdemokratyzowały
świat mniej lub bardziej szykownych i wysmakowanych kreacji.
Dzięki niemu modelki, odziane w drogie szaty, przestały
być bezdusznymi i martwymi manekinami: to już nie
suknia zdobiła kobiety, lecz kobiety zdobiły suknie
ciałem, wdziękiem, gestem i uczuciem.
Cyrk
mody i kosmetycznej urody
Modelki
Avedona śmiały się, tańczyły, malowniczo
mokły na deszczu, obejmowały dwunożnych i czteronożnych
atletów, jak na słynnym biało-czarnym zdjęciu
Dovima i słonie z paryskiego Cirque d’Hiver (1955
r.), na którym drobna, piękna i ciemnowłosa kobieta
w klasycznej „małej” choć nieco dłuższej
„czarnej”, opasana białą szarfą z kokardą,
swoimi długimi, białymi dłońmi panuje nad
parą cwałującymi słoni. Ruch i swoboda tego
zdjęcia są jednak pozorne, bo cyrkowe słonie
są wytresowane i przykute za nogę do łańcucha,
zaś modelka, spętana szarfą i obcisłą
suknią Diora, to niewolnica dyktatu mody, sprawiającego,
że w wielkie kreacje mogą być odziane jedynie
kobiety o małych gabarytach: to symbol kreacji i kreatury,
kultury, czyli ujarzmionej natury, cyrk mody na bazarze próżności
i kosmetycznej urody. Jego głównym animatorem był
Richard Avedon, który fotografię mody wzniósł na artystyczne
wyżyny, co z kolei spowodowało, że zaczął
rychło osiągać zarobkowe kominy. U konkurenta
„Haarper’sa”, we francuskim magazynie „Vogue”, został w
1966 roku naczelnym fotografem, pierwszym fotografem o milionowym
wynagrodzeniu. Być może dlatego, że, jak niedawno
wyznał hamburskiemu miesięcznikowi „art”: Moich
prac nie traktuję jako «zdjęć mody», ale jako
obserwacje kobiet w sukniach.[1]
Mustrujące
spojrzenie na istnienie
Kobiety
w sukniach fascynowały go do najmłodszych lat, jego
ojciec, Jacob Israel Avedon, był bowiem właścicielem
sklepu z konfekcją damską w rodzinnym Nowym Yorku,
w którym na początku dwudziestego wieku osiadł pochodzący
z Rosji dziadek Richarda. Rodzinny dom przyszłego fotografa
zdominowany był przez kobiety: Jak szpieg z innego kraju
obserwowałem moją matkę, moje siostry i moją
starszą kuzynkę. Bezpośrednio odczuwałem,
jakie wysiłki one ponosiły, żeby podobać
się mężczyznom, jakie znaczenie przykładały
do tego, żeby wyglądać ładnie, imponować
właściwym kapeluszem, fryzurą lub szminką.
Napięcie, które towarzyszyło przygotowaniom do ich
występów, było dla mnie tajemnicze i kuszące.
Niezwykle podziwiałem dzielność, z którą
wystawiały się na mustrujące spojrzenia.[2]
Jednak osobą, z którą najbardziej się identyfikował,
podziwiał i której ambicji zawodowych nie spełnił,
mimo że to właśnie ona przyczyniła się
do kariery przyszłego fotografa, był właśnie
ojciec, któremu poświęcił wstrząsającą
i bulwersującą serię zdjęć, dokumentującą
ostatnie chwile jego życia. Cykl pod tytułem Jacob
Israel Avedon, pokazywany w 1974 roku w Museum of Modern
Art w Nowym Yorku, bezpośrednio po śmierci ojca, zaś
w 1994 roku na retrospektywie Evidance w Muzeum Ludwiga
w Kolonii i w ubiegłym roku w Niemieckim Centrum Fotografii
w Berlinie, wywołał w pierwszej chwili niezrozumienie
i wzburzenie wielu krytyków, zarzucających Avedonowi brak
respektu wobec śmierci, wzniecanie tanich sensacji i wystawiania
tego najbardziej intymnego i drastycznego momentu końca
ludzkiego życia na widok publiczny. Krytycy widocznie
nie potrafili sobie wyobrazić, że fotografowanie może
być także aktem współczucia. Obecnie ten cykl
zaliczany jest do moich najlepszych zdjęć. Głębiej
nie zajmowałem się nigdy żadnym innym tematem.
Mój ojciec jest moim jedynym vis-ŕ-vis, któremu przyglądałem
się przez wiele lat. Jego życie było nieustanną
walką. Miał bardzo ciężkie dzieciństwo,
wychowywał się w sierocińcu. Po emigracji z Rosji
do Stanów Zjednoczonych jego ojciec porzucił rodzinę.
Te lęki bytowe udzielały się nam, dzieciom. Mnie
nauczył przede wszystkim odpowiedzialności. Od czasów
mojego dzieciństwa, od czasów wielkiego kryzysu gospodarczego,
czuję się zobowiązany do pomagania i opiekowania
się moją rodziną. Mój ojciec bardzo pragnął,
żebym został handlowcem. Ale również jako artysta
nigdy nie mógłbym prowadzić życia bohemy: przyjmowanie
zleceń komercyjnych było dla mnie zawsze oczywistością.
Zdjęciami, które wystawiam lub publikuję w książkach,
nie mógłbym opłacić mojego studia nawet przez
jeden miesiąc. [3]
Wydobywać
z cienia ludzkie cierpienia
Już
jako nastolatek Richard Avedon rozczarował zawodowe oczekiwania
ojca, spełniając niezrealizowane, artystyczne ambicje
matki-rzeźbiarki, spędzającej każdą
wolną chwilę wraz dziećmi w nowojorskich muzeach.
Wydaje się, że pozostał także wierny przekonaniom
politycznym matki, która podczas wojny domowej w Hiszpanii zbierała
pieniądze na pomoc dla walczących z Frankistami Republikanów.
Nic jednak nie wskazywało na to, że pewnego dnia stanie
się jednym z najsłynniejszych fotografów drugiej połowy
ubiegłego stulecia. Pragnął bowiem zostać
uznanym poetą i od czternastego do siedemnastego roku życia,
czyli w latach 1937-1940, wydawał wspólnie z przyszłym
pisarzem Jamesem Baldwinem literackie pismo „The Magpie” na
De Witt Clinton High School w Nowym Yorku, do której wówczas
uczęszczał. W maju następnego roku jego wiersze
uhonorowane zostały główną nagrodą New York
City High Schools. W 1942 roku zgłosił się do
służby w marynarce, skądinąd handlowej.
Wyposażony w aparat fotograficzny Rolleiflex, który podarował
mu wówczas jego ojciec, został przyjęty do działu
fotograficznego marynarki handlowej, gdzie wykonywał min.
oficjalnie zdjęcia żołnierzy i oficerów w granatowych
mundurach. Jednak na uniformy czasu mu było szkoda, bo
od końca lat czterdziestych jego wyzwaniem stała się
damska moda. Ponieważ jednak uważał, że
i ona jest rodzajem zaszeregowania i umundurowania, gdyż
błyszczące, od tyłu oświetlone, retuszowane
zdjęcie na okładce «Vogue»jest naprawdę okrutne
i to dla wszystkich uczestniczek: modelki stają się
bowiem monstrami piękności, zaś normalne kobiety
czują się mniej wartościowe[4],
zaczął wydobywać z cienia ludzkie istnienia
i cierpienia skazane na nieistnienie, czyli na wegetowanie na
marginesie jasno oświetlonego życia: bezrobotnych,
włóczęgów, rozbitków życiowych, pensjonariuszy
zakładów zamkniętych, czyli tych, którym nie udało
się wejść na „amerykańską drogę
życia” lub którzy z niej zostali zepchnięci, a także
tych, którzy maszerowali na niej pod prąd. Na początku
lat sześćdziesiątych fotografował więc
ruch na rzecz zniesienia segregacji rasowej na Południu
Stanów Zjednoczonych, pod koniec tych lat i na początku
lat siedemdziesiątych wykonał serię zdjęć
przeciwników wojny wietnamskiej a także przywódców wojskowych
i ofiar wojny w Wietnamie, do którego pojechał w 1971 roku.
Zdjęć ofiar napalmu nie odważył się
jednak opublikować, gdyż wydawały mi się
tak straszne, że nie wiedziałem, czy ich rozpowszechnianie
doprowadzi do zwiększenia sumy przemocy na świecie
czy nie. Wiele lat później, kiedy przygotowywałem
książkę o latach sześćdziesiątych,
zdecydowałem się pokazać je jako dokument tamtych
czasów.[5]
Sztuka
prawdziwa nie może być życzliwa
Dokumentami
tamtych i obecnych czasów są przede wszystkim portrety,
wykonywane przez Richarda Avedona. W galeria jego portretów
figurują na równych prawach, czyli najczęściej
na białym, neutralnym tle, milionerzy, wielcy politycy
i ich głośne żony, artyści, koronowane głowy,
pisarze, nędzarze, gwiazdy i gwiazdki, alkoholicy, osobistości
uwielbiane, uhonorowane, egzystencje przegrane i niedostrzegane.
Białe tło nie daje żadnej możliwości
kamuflażu, osoba portretowana zostaje obnażona, ponieważ
nie jest w stanie za niczym się ani niczego ukryć,
nabiera właściwych, ludzkich wymiarów. Nawet jeżeli
stara się pozować lub udawać, że jest kimś
innym, przez ten jeden moment i zarazem na zawsze staje się
sobą: Sposób mojej pracy jest znany. Ludzie, którzy
mi pozują, wiedzą że artysta chce ich widzieć
tak, a nie inaczej. Nikt jeszcze nie został zabity lub
zraniony przez zdjęcie. Na próżność lub
narcyzm nie trzeba zwracać uwagi, one opierają się
i tak na wyobrażeniach, narzuconym nam przez Hollywood
lub świat mody. Kiedy robiłem zdjęcie Henry Kissingera,
poprosił mnie: «Niech pan się życzliwie ze mną
obchodzi». Ale życzliwość nie ma nic wspólnego
ze sztuką. Ja takie wyobrażenie traktuje jako prawdziwą
obrazę. Od artysty nie można przecież oczekiwać,
że będzie miły i delikatny, tylko żeby się
wyrażał, żeby wypowiadał się o ludzkiej
egzystencji.[6]
Bezlitośnie nagie portrety, wykonywane przez Avedona, są
aktem litości: nasza próżność, nasza pozycja
społeczna, nasza bieda i niedola to nasza wspólna, trwała
dola, która przemija, pozwalając nam, nawet jeżeli
tylko przez krótką chwilę, zachować godność,
wydobytą chłodnym okiem fotografa i jego bezstronnego
obiektywu, który przecież też nie jest obiektywny,
gdyż, jak twierdzi Avedon: Portret nie jest odbitką
rzeczywistości. Od momentu, kiedy jakaś emocja lub
jakiś fakt zamieniają się w fotografię,
nie chodzi już o fakt, tylko o opinię. W fotografii
nie istnieje coś takiego, jak niedokładność.
Wszystkie fotografie są dokładne. Żadna z nich
nie jest prawdą.[7]
Norma
i forma to ludzka uniforma
Portrety
Richarda Avedona są studium izolacji człowieka zagubionego
w dogodnościach lub niedogodnościach losu, władcy
i zarazem niewolnika indywidualnej i zbiorowej egzystencji,
przypisanego do odgrywania przypisanej mu roli w hierarchicznym,
unormowanym i sformalizowanym świecie. To nie suknia, lecz
norma i forma zdobią człowieka. Izolacja to cena,
którą płacą po równo wszyscy: ci na wyżynach
hierarchii społecznej, artystycznej i politycznej i ci
na jej samym dnie. Izolacja jest więc swoistą formą
demokracji jednostek spętanych konwencjami lub ich brakiem,
przez co nie mniej wyobcowanych: Moje zdjęcia mają
wiele wspólnego z izolacją. W przypadku fotografii mody
jest to izolacja piękności: większość
ludzi nie wygląda tak jak modelki, które fotografowałem
w latach pięćdziesiątych dla Harper’s Baazar.
Izolacja jest także ważnym tematem moich portretów
artystycznych. Dlatego tak ważne są dla mnie portrety
moich herosów Samuela Becketta i Francisa Bacona: ich praca
wydaje się wyzwalać ich z izolacji, ale ich punkt
widzenia pozostaje zdominowany przez to podstawowe doświadczenie.[8]
Mieszkańcy
Zachodu żyją od spodu
Od
ponad pół wieku Richard Avedon jest kronikarzem naszych
czasów i losów zaplątanych w nich ludzi, przede wszystkim
tych z jego rodzinnej Ameryki, będącej dla wielu
mityczną krainą nieograniczonych możliwości
i nieprzebranych bogactw. Szczególnie znany swego czasu z westernów,
zaś począwszy od lat siedemdziesiątych z oper
mydlanych, ucywilizowany przez dzielnych Amerykanów „Dziki Zachód”
rodem z Teksasu, z polami naftowymi, z których tryskały
petrodolary, z milionerami w obowiązkowych kowbojskich
kapeluszach i ich wydekoltowanymi i upierścienionymi małżonkami
i kochankami, które z nudy dobrobytu fundowały sobie iście
szekspirowskie dramaty, a także wielkie fermy bydła,
przerabianego na podbijające świat hamburgery globalnego
Mc Donald’sa, pobudzały fantazję i wzbudzały
zazdrość mieszkańców mniej zasobnych zakątków
naszego globu. Amerykański Zachód Richard Avedon poznał
dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych, gdyż, jak
wyznał: Wychowałem się w Nowym Yorku i nie
było takiego zwyczaju, żeby wyjeżdżać
na Zachód, jeśli się mieszkało na Wschodnim Wybrzeżu.
Moja rodzina posiadała sklep z modą damską na
Fifth Avenue. Kiedy byłym już wystarczająco dorosły,
żeby móc podróżować, po Drugiej Wojnie Światowej,
ciągnęło mnie do Europy, szczególnie do Włoch.
To była moja forma kształcenia się. Amerykański
Zachód był mi natomiast całkowicie obcy.[9]
Obcy Zachód poznał, ale niezupełnie tak,
jak tego do niego oczekiwano, kiedy na zlecenie Amon Carter
Museum w teksańskim Fort Worth, w latach 1979-1984 zaczął
dokumentować życie tamtejszych mieszkańców, utrzymujących
się z ciężkiej pracy własnych rąk lub
z rąk bez pracy. Co roku przez wiele miesięcy podróżował
po różnych zachodnich stanach federalnych i interesował
się tymi, którymi przyszło żyć blisko, a
jednak z dala od wielkich pieniędzy: robotnikami na fermach
i w kopalniach, na polach naftowych, w rzeźniach, pracownikami
małomiejskich biur, bywalcami małomiejskich restauracji,
obserwował nawet polowania na węże grzechotniki.
Spotykał bezdomnych, włóczęgów, więźniów,
jarmarcznych sprzedawców, cyrkowych artystów i kowbojów
na rodeo. Na początku obawiał się, czy będzie
w stanie zadawalająco wykonać serię tych, nietypowych
dla niego portretów: Począwszy od przywódców związkowych
poprzez szefów firm i milionerów fotografowałem wszystkich
znaczących ludzi naszego kraju. Rozumiałem ich dobrze,
gdyż wystarczająco długo żyłem wśród
nich. Ale nie najlepiej się czułem, kiedy myślałem
o fotografowaniu klasy robotniczej. Sam nigdy nie wykonywałem
ciężkiej pracy fizycznej i wydawało mi się,
że nie będę potrafił sfotografować
tego, czego nie rozumiem.[10]
Przedstawiciele
klasy robotniczej i bezrobotnej amerykańskiego Zachodu
przyjęli zamiary znanego fotografa ze Wschodniego Wybrzeża
nadzwyczaj dobrze, szczególnie ci, których spotykał przypadkowo
na drodze swoich foto wędrówek. Pomyślnemu przebiegowi
seansów zdjęciowych sprzyjał też sposób i narzędzie
pracy Avedona, pozwalający mu na portretowanie interesujących
go postaci przy dziennym świetle, w plenerze: Używam
wielkoformatowego aparatu o rozmiarach 8x10, który działa
jak trzecia osoba. Nie chowałem się za nim, tylko
stałem obok, twarzą w twarz do ludzi i wystarczająco
blisko, żeby ich dotykać. Ludzie traktowali akt fotografowania
jako szansę. Byli dumni z tego, że są fotografowani.
Nie chcieli, żebym ich fotografował w brudnych ubraniach.
Ale ja im wytłumaczyłem, dlaczego ich tak chcę
fotografować, jak oni żyją i pracują - a
nie odświętnie wyszykowanych do zdjęcia. Chciałem
uhonorować ich pracowite życie. Pogadaliśmy sobie
trochę, a potem robiłem im zdjęcia.[11]
Era
Reagana na Zachodzie przegrana
Rezultatem
pięcioletnich podróży fotograficznych po amerykańskim
Zachodzie jest cykl 124 wielkoformatowych zdjęć (o
rozmiarach 150x170 cm, 200x150 cm i 207x168 cm) pod tytułem
In the American West. Potraits 1979-1984, przygotowany
przy współpracy z Marvinem Israelem i pokazany po raz pierwszy
w 1985 roku w Amon Carter Museum w Fort Worth, a następnie
w renomowanych galeriach i muzeach w Waszyngtonie D.C., San
Francisco, Chicago, Bostonie, Atlancie i Nowym Yorku. To całkowicie
odmitologizowany, bezlitosny wizerunek Zachodu. Bo Zachód, widziany
oczyma Avedona i kryjący się za nieruchomymi, często
zrezygnowanymi spojrzeniami portretowanych przez niego ludzi,
nie jawi się już jak ziemia obiecana; to nie kraj
pionierów i zdobywców, tylko ziemia przeklęta i jałowa,
odciskająca swoje piętno na zniszczonych przez pracę
i ciosy losu twarzach, szyjach, dekoltach i rękach. Ludzie
z amerykańskiego Zachodu nie są mieszkańcami
krainy uśmiechu, czasami przez ich twarze przewija się
zaledwie jego cień. Portretowani przez Avedona pozostają
w zamknięciu, są hermetyczni i niedostępni, jakby
obawiali się pokazać ogrom życiowych klęsk,
porażek, niespełnionych marzeń i braku nadziei
na przyszłość. Ich twarze nie wyrażają
żadnych uczuć, poza sceptycyzmem i bolesnym wręcz
wyobcowaniem. Zostali pominięci przez życie, które
toczy się z dala od obskurnych knajp, od krwawej harówki
w rzeźni, od czarnego pyłu w kopalni i tłustego
brudu pól naftowych, wżerającego się w skórę,
od wegetacji w zakładach psychiatrycznych i więzieniach.
Ci mają przynajmniej dach nad głową i pracę,
pozwalającą im na jako taki byt i butelkę taniej
whisky w weekend, bo ci, którzy już pracy nie mają,
żyją na ulicach i podmiejskich drogach bez wylotu.
Nawet ci nieliczni w podniszczonych garniturach i kostiumach,
pamiętających lepsze czasy, nie emanują ani krztyną
optymizmu, lecz ledwo uchwytną, bolesną rezygnacją.
Fotograf, który wsławił się zdjęciami błyskotliwych
kreacji konfekcji wierzchnich, pokazał tym razem życie
od podszewki, i to tak przenicowanej, że przez krytyków
amerykańskich niemile widzianej. Kiedy prezentował
ten cykl w Pace Galerie w Nowym Yorku, krytycy zarzucili mu
wręcz okrucieństwo, ale to nie on był okrutny,
tylko czasy, w jakich te zdjęcia powstały: Ta seria
pochodzi z ery Ronalda Reagana. Jeśli sobie dobrze przypominam,
jego hasło wyborcze brzmiało wówczas «Dzień dobry,
Ameryko». Ani jednym słowem nie wspominał o bezrobotnych
w naszym kraju. Zachód nazywany jest «żywicielem Ameryki»,
gdyż tam znajduje się cały przemysł stalowy,
mięsny i węglowy, uprawy zbóż i fermy bydła.
W osiemdziesiątych latach większość tych
zakładów została zamknięta. Ludzie cierpieli
tak, jak podczas światowego kryzysu gospodarczego w latach
trzydziestych. Ci ludzie nie mieli wykształcenia, żeby
rozpocząć pracę z zawodach komputerowych. Społeczna
ruchliwość Anglo-Amerykanów, wielki amerykański
sen, nie mógł już dalej być śniony.[12]
Lecz
mimo obudzenia się w bezlitosnej rzeczywistości, w
której nie było miejsca dla przegranych, zapomnianych i
zrezygnowanych, z portretów wydobytych z anonimowości (na
każdym zdjęciu znajduje się imię, nazwisko,
wiek i zawód portretowanych, a także data i miejsce, w
którym fotografia została wykonana) Zachodnich Amerykanów
emanuje godność, bo tym, którzy wszystko stracili
lub którym wszystko zabrano, pozostała niczym nie zakryta
i nie retuszowana naga, przejmująca i imponująca conditio
humana. Niektóre portrety nawiązują do motywów, znanych
z historii sztuki: Billy Mudd, kierowca ciężarówki,
przypomina Davida Michała Anioła, robotnica Petra
Alvarado to jakby alegoria Fortuny, zaś górnicy Doug Harper
i James Story to wcielenia Chrystusa frasobliwego. Każdej
z portretowanych przez niego osób Avedon wysłał album
In the American West, dokumentujący ich wspólne przedsięwzięcie:
Pięć osób przyszło na wernisaż do muzeum
w Fort Worth. Byli dumni i podnieceni. Były także
bardzo głębokie reakcje. Jeden mężczyzna
powiedział mi, że portret zmienił jego życie.
Był kierowcą ciężarówki, którą przewoził
dynamit, śmiertelnie niebezpieczny zawód. Kiedy wszedł
do muzeum i zobaczył swój ogromny portret na ścianie,
doznał, jak się wyraził «poza cielesnego przeżycia».
W każdym razie zobaczył coś, co było przeze
mnie nie zamierzone. To jest właśnie misterium fotografii.[13]
Wiedza
o człowieku dwudziestego wieku
Na
europejskim Zachodzie misterium In the Amercian West
pokazywane była po raz pierwszy w całości w Muzeum
Sztuki w Wolfsburgu (29.09.2001-6.01.2002), instytucji, która
poza prezentacją i kolekcjonowaniem sztuki międzynarodowej
począwszy od 1968 roku, zajmuje się również eksponowaniem
dzieł fotografów, którzy wzbogacili naszą wiedzę
o człowieku i którzy sprawili, że fotografia, ta przez
długi czas traktowana po macoszemu dziedzina sztuki powoli,
ale coraz bardziej skutecznie uzyskuje przynależną
jej rangę artystyczną. Po wystawach prac Man Raya,
Petera Hujara, Wolfganga Tillmansa, Nan Goldin, Pierto Donzelli’ego,
Josefa Sudka, Nobuyoshi Araki i Eda van Elskena, udało
się zachęcić również i Richarda Avedona
do zademonstrowania swoich dokonań w przestronnym (otwartym
w 1994 roku) muzeum tego dolnosaksońskiego miasta. Okazało
się, że Avedon nie był wcale zainteresowany retrospektywą
swoich dzieł, czyli mieszanką komercyjnych i nie komercyjnych
fotografii, pragnął tym razem pokazać w całości
w Europie tylko i wyłącznie ową najbardziej amerykańską,
a jednak wspólną panoramę ludzkiego losu. Możliwość
obejrzenia 124 portretów z serii In the American West
za jednym zamachem i w jednym miejscu była niezwykłym
przeżyciem, nie sposób bowiem było uciec od spojrzeń
ludzi z wielkich foto formatów, którzy wydawali się być
- mimo ich zredukowanej do minimum egzystencji - osobowościami
wielkiego formatu, choć nie patrzyli oni prosto w oczy
zwiedzającym, ale kierowali swój wzrok na tego nieobecnego,
jednak wszechobecnego drugiego, stojącego w przestrzeni
obok swojego osobliwego aparatu. A ponieważ Zachód jest
teraz już wszędzie, miało się wrażenie
spotykania ludzi, coraz częściej (nie)dostrzeganych
na dworcach i ulicach Hamburga, Berlina, Paryża, Moskwy,
Kijowa, Warszawy, Barcelony; na kaszubskich, mazurskich, wołyńskich
i sycylijskich wsiach i w zaniedbanych dzielnicach mrówkowców,
okalających metropolie: schedzie po wielkich budowach komunizmu,
kapitalizmu, globalnego ekonomizmu, których wspólną cechą
jest brak humanizmu. Mimo że Avedon twierdzi, iż kiedy
rozpoczynał działalność fotografa, nie znany
mu był pochodzący w przeważającej części
z lat dwudziestych cykl Ludzie 20 wieku Augusta Sandera[14]
- owo chłodne a zarazem przejmujące oblicze Republiki
Weimarskiej, na którym już kładły się proroczo
brunatne cienie - wydaje się, że to właśnie
on jest godnym kontynuatorem dzieła niemieckiego fotografa,
portrecistą ludzi końca dwudziestego wieku.
Ponieważ
wystawa In the American West jest wynikiem współpracy
Muzeum Sztuki w Wolfsburgu z trzema hiszpańskimi instytucjami
kulturalnymi, portrety Zachodnich Amerykanów obejrzeć będzie
można od połowy stycznia do końca listopada także
w Andaluzji, Katalonii i w stolicy Hiszpanii: pojadą one
bowiem do Grenady, Barcelony i Madrytu.
Trudno
się więc dziwić, że 78-letni, posiwiały,
drobny, ale ciągle młodzieńczy Richard Avedon
w nieodłącznych, dalekich od wymogów dzisiejszej mody
wielkich okularach i obowiązkowych białych skarpetach,
obuty w sfatygowane trampki marki Nike tego samego koloru, ani
myśli o udaniu się na zasłużony spoczynek:
Największym szczęściem jest dla mnie, kiedy
mogę pracować. Nie ma dnia w moim życiu, w którym
zajmowałem się czymś innym niż fotografią.
Bo fotograf jest jak atleta. To jest działalność
atletyczna. Zdjęcie powstaje momentalnie, w każdej
chwili, w ułamku sekundy. Bez fotografii ten moment jest
dla mnie na zawsze stracony, tak jakby nigdy nie istniał.[15]
Tak
więc każdy moment jego artystycznej biografii jest
wygrany dla fotografii.
Richard
Avedon. In The American West. 1979-1984
Kunstmuseum
Wolfsburg. 2001
Z
tekstami Gijsa van Tuyla i Richarda Avedona oraz esejami Laury
Wilson i Annelie Lütgens. Format 24x29,8
cm, 150 str., 120 zdjęć biało-czarnych i 10 kolorowych.
Cena 24 €.
ISBN:
3-7757-1115-5.
Richard
Avedon
(1923 - 2004)
Urodził
się 15 maja 1923 w żydowsko-rosyjskiej rodzinie w
Nowym Yorku. Na początku lat czterdziestych zaczął
pracować jako fotograf w ilustrowanym magazynie „Harper’s
Bazaar”, którego dyrektorem artystycznym był Alexy Brodovitch.
W następnych latach stał się jednym z najbardziej
eksponowanych fotografów tego magazynu, wpływając
na jego niepowtarzalny styl. Zrewolucjonizował fotografię
mody i mimo że jest autorem licznych projektów spoza świata
mody, to do dziś znany jest głównie jako twórca legendarnych
zdjęć mody i reklamowych. W połowie lat czterdziestych
przeniósł się do Paryża kreując sytuacje,
sprawiające wrażenie, jakby fotograf odkrył je
przypadkowo, mimo że każda scena była przez niego
w najmniejszych szczegółach obmyślana i zaaranżowana.
Do dziś niektóre jego zdjęcia z tamtego okresu (np.
Dovima i słonie) należą do ikon współczesnej
fotografii. Następnym krokiem milowym w historii fotografii
były jego wielkie, ścienne portrety na białym
tle. Portretował na nich min. członków Factory
Andy Warhola i Beatlesów. W 1959 roku wydany został jego
album Observations z tekstami Trumana Capote. Zawiera
on kilka najbardziej wyrazistych portretów, wykonanych przez
Avedona, wśród których znajdują się min. Charlie
Chaplin, Marcel Duchamp, Carson McCullers, Marylin Monroe i
Arthur Miller. W następnych latach poświęcił
się projektom z dala od świata mody. W 1963 roku fotografował
przedstawicieli ruchu na rzecz swobód obywatelskich na Południu
USA, współpracował także z Jamesem Baldwinem
przy realizacji książki Nothing Personal. W
tym samym roku powstała seria Zakład Psychiatryczny,
w której - fotografując osoby przebywające w takich
zakładach, podjął temat, stanowiący społeczne
tabu. W 1966 roku rozpoczął pracę w magazynie
mody Vogue. Pod koniec lat sześćdziesiątych i
na początku lat siedemdziesiątych fotografował
demonstrantów, przeciwników wojny w Wietnamie, a także
przywódców wojskowych i ofiary wojny. Zdjęcia te były
kolejnym dowodem jego zainteresowania problematyką społeczno-polityczną,
w tych fotografiach uwidoczniła się także jego
moralna postawa. W latach 1979-1984 portretował robotników,
pracowników, włóczęgów i bezrobotnych na amerykańskim
Zachodzie. Wszystkie zdjęcia powstały w plenerze,
przy dziennym świetle, na zwyczajnym, białym tle.
Złożyły się one na cykl 124 portretów pod
nazwą In The American West. 1979-1984. Jedną
z jego ostatnich, wielkich fotograficznych serii jest Brandenburg
Gate, East Berlin, New Year’s Eve, December 1989 - January 1,
1990, która pokazuje, że na twarzach ludzi, świętujących
pierwszego, wspólnego niemieckiego Sylwestra, pojawiają
się ledwo widoczne, pierwsze oznaki zagubienia, zwątpienia
i rozczarowania. Jest także autorem licznych albumów fotograficznych
i laureatem licznych nagród i wyróżnień, min. doktorem
honoris causa Royal College of Art w Londynie (1989 r.), Międzynarodowej
Nagrody Fotograficznej Fundacji Erny I Victora Hasselblada (1991),
Nagrody Master of Photography Międzynarodowego Centrum
Fotografii (1993) i Berlin Photography Prize (2000). Richard
Avedon zmarł 8.10.2004 w wieku 81 lat.
Adresy
stron, na których znajdują się informacje o wystawach
i kolekcjach fotograficznych na niemieckim obszarze językowym:
http://www.sk-kultur.de
Westfalen
Bank
Przypisy