Matthew
w krainie mutantów
Matthew
Barney jest artystyczną supergwiazdą rodem z amerykańskiej
fabryki snów, które z coraz większym powodzeniem produkuje
ku uciesze kulturalnej publiczności i spragnionej anatomiczno-ekwilibrystycznych
dreszczy krytyki w Nowym Jorku, Kassel, Wenecji, Kolonii i Paryżu.
Od czasu, kiedy w 1991 roku jako 24-latek wdrapał się
na ściany i zwisał z sufitu nowojorskiej galerii Barbary
Gladstone, odziany jedynie w tenisówki, czepek kąpielowy
i linki alpinistyczne, przytroczone do odbytu, międzynarodowi
krytycy nie mogą powstrzymać się od zachwytu.
Jest istnym enfant terrible, uosobieniem androginii i współczesnej
dekadencji, pisał amerykański tygodnik „Newsweek”.
Niemiecki „Der Spiegel” nazwał go jak by trochę mniej
pochlebnie Show mastrem mutantów, zaś Michael Kimmelmann,
naczelny krytyk dziennika „New York Times”, pasował go
z marszu na najważniejszego amerykańskiego artystę
swojego pokolenia. Jeszcze przed ukończeniem trzydziestego
roku życia wysportowany artysta z upodobaniem do wspinaczki
i organicznych substancji typu wazelina, wosk pszczeli, skrobia,
sól i galaretka naftowa, z których modeluje widowiskowe rzeźby-fetysze,
ramki do zdjęć i scenografię do swoich filmów,
rozpoczął wspinaczkę na szczytowe piętra
sztuki światowej. W 1992 roku uczestniczył w documenta
IX w Kassel, rok później uhonorowany został nagrodą
„Europa 2000” 45. Biennale w Wenecji, w 1996 roku został
pierwszym laureatem nagrody Hugo Bossa, przyznawanej przez nowojorskie
Muzeum Guggenheima.
Autotematyczna
rzeźba biologiczna
Matthew
Barney uprawia autotematyczną i spektakularną sztukę
multimedialną. Jest wyczynowym performerem, producentem,
reżyserem, aktorem, scenografem i scenarzystą w jednej
osobie. Jest twórcą autotematycznych rzeźb biologicznych.
Matthew Barney jest podmiotem i przedmiotem, czyli ulubionym
obiektem swoich szeroko pojętych rzeźb, do których
zalicza także i swoje filmy. Jest artystą, który dzięki
współczesnej technice do perfekcji doprowadził sztukę
własnego ciała, otoczonego autoerotycznym kultem.
Dla Matthew Barneya, który przed rozpoczęciem studiów na
wydziale sztuki Uniwersytetu Yale w New Heaven studiował
przez rok medycynę, ludzkie ciało jest bowiem zarówno
instrumentem biologicznym jak i narzędziem rzeźbiarskim.
Artysta, który w młodości marzył o karierze zawodowego
piłkarza i zarabiał na życie jako fotomodel,
dzięki czemu poznał granice wytrzymałości
fizycznej, już w swoich pierwszych multimedialnych dziełach
zajmował się problemem transcendencji cielesnych ograniczeń.
W latach 1988 - 1993 powstała jego seria Drawing Restraint,
w której inscenizował sytuacje, zmuszające go do ekstremalnych
wysiłków. Podczas skoków z trampoliny lub pokonywania innych,
sportowych przeszkód, ustawionych na okoliczność jego
występów w galeriach, rysował na ścianach własnymi
rękami, związanymi plastykowymi, chirurgicznymi wężami.
W ten sposób badał możliwości aktu twórczego
w krańcowych warunkach, pokonując cielesne słabości
przy pomocy żelaznej woli, która hartowała go jak
stal. W zdrowym i wysportowanym barneyowskim ciele od samego
początku trwał jego pokonujący wszelkie bariery
i opory materii duch.
Wysiłek
sportowy i płciowy
Ze
względu na cielesne ograniczenia, czyli zbyt mały
wzrost, Matthew Barney nie mógł się spełnić
jako zawodowy sportowiec. Z powyższych, a w rzeczywistości
poniższych względów, nie przyjęto go do szkolnej
drużyny dyscypliny zwanej american football. Ponieważ
nie dane mu było zostać sportowcem, czyli maszynką
do bicia rekordów, postanowił się sprawdzić w
innej dziedzinie: w sztuce, też zresztą wyczynowej.
Jako sportowiec miał naturalną skłonność
do przyrządów, pomagających w usuwaniu mankamentów
ciała. Bodybuilding, czyli regularne nadużywanie współczesnych
narzędzi tortur (i anabolików), należących do
wyposażenia każdej szanującej się siłowni
a nawet majętnych osób prywatnych o odpowiednim nadmetrażu,
prowadzi do przyrostu masy mięśniowej i ubytku masy
tłuszczowej. Ponieważ siłownicze przyrządy
są gwarancją zdrowego, wiecznie młodego, muskularnego
i ponętnego ciała, otoczone są swoistym kultem,
stając się fetyszami tej części ludzkości,
która wierzy, że samo ciało to nie za mało i
dużo robi, żeby poprawić swoją (nie)wdzięczną
aparycję. Dlatego też na początku swojej multimedialnej
kariery Matthew Barney wyszedł naprzeciw artystycznym zapotrzebowaniom
i zasłynął jako twórca extrem body art - sztuki
poddanego ekstremalnemu wysiłkowi fizycznemu ciała.
Jako niedoszły adept sztuk medycznych nie ukrywał
także swojej fascynacji ludzką anatomią, szczególnie
z rejonów poniżej pasa, poświęcając swoją
i publiczności uwagę zewnętrznym i wewnętrznym
narządom płciowym. Przyrządy i narządy,
czyli wysiłek sportowy i wysiłek płciowy, są
podstawowymi tematami multimedialnych akcji i instalacji artysty,
którego szwajcarski dziennik „Neue Zürcher Zeitung“ nazwał
postfreudiańskim Narcyzem.
Narodziny
formy z ducha ascezy
Pierwsze
wystawy indywidualne Matthew Barneya pod tytułem (facility
of INCLINE) i 00 odbyły się w 1991 roku
w Stuart Regen Gallery w Los Angeles i we wspomnianej Barbara
Gladstone Gallery w Nowym Jorku. Były pokazem imponującej
sprawności fizycznej młodego artysty oraz rzeźb
przyrządów dla wyczynowych sportowców: zapaśniczych
mat, hantli i urządzeń do bodybuildingu, wykonanych
na potrzeby sztuki z parafiny i wazeliny, czyli z ciekłych
tworzyw, dotychczas w sztuce raczej rzadko spotykanych. Bo sztuka
jest poszukiwaniem właściwej formy, która powstaje
wtedy, kiedy artysta potrafi pokonać samego siebie i opór
materii. Pierwsza i prawdopodobnie najbardziej podstawowa
reguła artystycznej gry Barneya głosi, że forma
może tylko wtedy przybrać postać lub ją
zmienić, kiedy zmuszona jest do pokonania oporu, twierdzi
Nancy Spector, kuratorka Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku.
Wynika ona z doświadczeń sportowca, zdobywającego
siłę i kondycję fizyczną w trakcie treningu
wyczynowego. Przekraczanie fizycznych progów dzięki treningowi
jest podstawową koncepcją jego pracy. To samo odnosi
się do psychospołecznych wymiarów sportu wyczynowego
- zrytualizowanej areny rywalizacji, ekshibicjonizmu i kultu
bohaterstwa, kojarzonych przez zbiorową podświadomość
naszej kultury z męską tożsamością.
Teza Barneya o powstawaniu formy opiera się na zasadzie
hipertrofii, technice treningu mięśni (...), służącej
przyrostowi masy poszczególnych części ciała:
bicepsów, mięśni siedzenia, klatki piersiowej (...)
Podczas rywalizacji sportowej tłamszone są wszystkie
popędy, przeszkadzające w odniesieniu zwycięstwa.
Seksualność, socjalizacja i inne potrzeby poddane
są sublimacji, aby doprowadzić ciało do szczytowej
formy. Barney zainteresowany jest nie tyle właściwą
rywalizacją sportową, ile procesami pobierania, gromadzenia
i oddawania energii w kontrolowanych warunkach fizycznych. Jego
sztuka bada możliwości definiowania „wewnętrznych
progów” poprzez „twórcze wypieranie”, odkrywania nowych wewnętrznych
procesów, wiążących siły i będących
w stanie tworzyć formy. Odzwierciedla ona także erotyzm,
ideał cielesności tak nierozerwalnie związany
ze sportem, konkurencję, wysiłek, pot. Podobnie jak
sflaczały mięsień, tak rośnie również
i pożądanie, jeżeli podda się dobrowolnej
ascezie.
Pożądanie
pozytywnie ograniczane
Matthew
Barneya, artystę poszukującego formy w ekstremalnych
sytuacjach biologiczno-społecznych, interesują także
skrajne osobowości, które fikcjonalizuje na potrzeby swojej
sztuki, gdyż dostrzega w nich swoje alter ego. Z początku
lat dziewięćdziesiątych pochodzą jego wideo
instalacje, fotografie i rzeźby, jak na przykład The
Jim Otto Suite (z podgrupami pod tytułem OTTOblow
i AUTOblow), w których występują realne postacie:
amerykański footballista Jim Otto, który do końca
był czynnym sportowcem, mimo że za karierę zapłacił
protezami w obu kolanach, a także węgierski prestidigitator
Harry Houdini, symbolizujący - obok transwestyty o nazwisku
Feminine Jim Blind - The Character of Positive Restraint,
czyli Charakter Pozytywnego Ograniczenia. Owo Pozytywne
Ograniczenie odgrywa w twórczości Barney kluczową
rolę, gdyż, jak sam twierdzi: Moje projekty są
zawsze związane z pożądaniem. Pożądanie
seksualne posiada wielki potencjał, lecz w formie surowej
jest absolutnie bezużyteczne. Dzięki dyscyplinie staram
się zamienić surową, seksualną siłę
w twórczą energię. Od 1992 roku niezwykłe
wytwory jego fantazji (wydającej się być, w przeciwieństwie
do związanych rąk, którymi wykonywał swoje pierwsze
ścienne rysunki z serii Drawing Restraint, domeną
niczym nie skrępowaną), zaczynają zaludniać
artystyczny, coraz bardziej operetkowo-barokowy kosmos amerykańskiego
poszukiwacza formy. Trójścieżkowa wideo instalacja
OTTOshaft, zaprezetowana po raz pierwszy w podziemnym
garażu na documenta IX w Kassel, pokazywała min. pojedynek
zespołu szkockich kobziarzy. Zaś w Drawing Restraint
7, zaserwowanym publiczności w 1993 roku na Biennnale
w nowojorskim Whitney Museum of American Art i na wystawie Aperto
’93, towarzyszącej 45. Biennale w Wenecji, podziwiać
można było zmagania mitologicznych satyrów, walczących
podczas jazdy ekskluzywną limuzyną po Manhattanie
o pierwsze miejsce. Byli oni zwiastunami rozpoczętego w
1994 roku pięcioczęściowego eposu filmowego pod
tytułem The Cremaster Cycle, wizualizującego
procesy, prowadzące do powstania formy w jej biologicznych,
fizjologicznych, psychologicznych i geologicznych aspektach.
Jądra
oporu
Ukończony
w połowie ubiegłego roku i trwający ponad sześć
godzin The Cremaster Cycle jest - zgodnie ze zrozumieniem
jego twórcy: producenta, reżysera, scenografa i aktora
w jednej, pojawiającej się w różnych kostiumach
i wcieleniach osobie - meta rzeźbą, na którą
składają się hipnotyczne sekwencje filmowe z
dziedziny seksu i sportu, prokreacji i ascezy, biologii, archeologii,
historii i geologii, pszczelarstwa i architektury, czyli naszej
codziennej, ale bardzo ładnie sfilmowanej pop kultury.
Przekraczająca niekiedy granice wytrzymałości
i percepcji widzów podróż po fantastycznej krainie czarów,
marów, Mormonów, mutantów, Żydów, masonów i (moto)cyklistów,
limuzyn, nowych wież babilońskich, wyposażona
w tchnące dystyngowanym chłodem rekwizyty z wazeliny,
parafiny, wosku pszczelego, kartofli i silikonu, a także
z tworzywa, z którego produkuje się protezy, przypomina
wojaże dorosłego Harry Pottera po królestwie Władcy
Pierścieni. Pikanterii owemu gigantycznemu (gigantomańskiemu?)
przedsięwzięciu, w którym entuzjastyczni krytycy są
skłonni dostrzegać współczesne wydanie oper Richarda
Wagnera (choć on raczej teatr, a nie rzeźbę swą
widział ogromną), dodaje fakt, że skulpturalno-fimowy
cykl zapożyczył swoją nazwę od anatomii.
Tytułowy Cremaster jest bowiem zespołem mięśni,
regulujących temperaturę w męskich jądrach,
najlepszym przykładem funkcjonowania zasady hipertrofii,
wyznawanej przez Matthew Barneya, artysty, przekonanego
o tym, że tak samo jak tkanka mięśniowa, która
pod wpływem oporu silniej się rozwija, również
i forma artystyczna potrzebuje pewnej dawki oporu, aby mogła
się udać.
Taniec
plemników
Dokładne
streszczenie pięciu odcinków The Cremaster Cycle
na pewno w pełni udać się nie może, bo opór
materii narracyjnej jest jednak zbyt duży. Realizacja kolejnych
odcinków sprzeczna jest widocznie z arytmetyką, gdyż
jako pierwszy ukończony został Cremaster 4
(trwający 42,16 min), w którym wszechstronny artysta
wcielił się w rolę fauna o wyglądzie dandysa,
stepującego po brytyjskiej Isle of Man. Rok później
na sale kinowe zawitał Cremaster 1 (trwający
40,30 min) z seksownymi blond stewardessami w stylu lat pięćdziesiątych,
siedzącymi na początku za i pod stołami krążących
nad boiskiem zeppelinów, wykonującymi na końcu filmu
na tym boisku taniec plemników, wędrujących po jajnikach.
Z 1997 roku pochodzi Cremaster 5 (trwający 54,30
min) z byłą dziewczyną Jamesa Bonda, Ursulą
Andress, w operowej roli Królowej łańcuchów,
wyśpiewującej tragiczne arie w imponujących wnętrzach
fin de siėcle, głównie w termach Gellerta i operze
ulubionego przez Matthew Barneya Budapesztu, gdzie osobiście
skoczył z jednego mostu z gołąbeczkami, przywiązanymi
na niewidocznych nitkach do niewidocznego (bo skrytego za gumowym
pokrowcem) przyrodzenia. Dwa lata później narodził
się Cremaster 2 (trwający 79 min), w którym
pisarz Norman Mailer wcielił się w iluzjonistę
Harry’ego Houdini, zaś Matthew Barney w opisywanego onegdaj
przez powyższego pisarza mordercę Gary Gilmore’a,
a kobiety miały talie jak osy, natomiast z wosku pszczelego
zbudowano tabernakulum Mormonów. Aby forma rzeźbiarskiego
dzieła kinematograficznego mogła przybrać szczęśliwą
i całościową postać, brakowało jeszcze
tylko odcinka końcowego, a właściwie środkowego,
czyli trzeciego, oczekiwanego z wielkim zainteresowaniem, bo
z oszczędnie dawkowanych informacji wynikało, że
pobije on, jak na super-produkcję byłego sportowca
przystało, wszelkie rekordy, w pierwszym rzędzie finansowe.
Fakt, że trwający nieco ponad trzy godziny Cremaster
3 kosztował aż 4 miliony dolarów, pobudzał
zbiorową wyobraźnię kulturalnej widowni, która
lubi konsumować produkty z wieloma zerami. W porównaniu
ze standardami hollywoodzkimi takie sumy wydają się
być wprawdzie dość umiarkowane, ale na rynku
sztuki robią ciągle jeszcze duże wrażenie.
Wiadomo, że produkcję swoich filmów Matthew Barney
finansuje ze sprzedaży osobistych rzeźb, fotosów i
kaset DVD. Kasety z poszczególnymi odcinkami Cremastra
są pakowane w eleganckie futerały i rozprowadzane
w limitowanym nakładzie dziesięciu sztuk, stając
się natychmiast po ich kinowej premierze własnością
ścisłej grupy zasobnych kolekcjonerów i muzeów.
Cały
ten cykl
Premiera
filmu Cremaster 3 odbyła się w czerwcu 2002
roku w Kolonii, z okazji wystawy The Cremaster Cycle,
pokazywanej w tamtejszym Muzeum Ludwiga. Muzealne podłogi
pokryto astroturfem, materiałem, którym wyłożone
są amerykańskie stadiony. Stały na nim eksponaty
z poszczególnych odcinków jądrowego cyklu, umieszczone,
niby relikwie, w i na szklanych ołtarzykach. Na ścianach
zawisły fotosy mistrza metamorfozy i hipertrofii w jego
kolejnych wcieleniach i charakterystycznych ramkach z galaretki
naftowej. Największe zainteresowanie wzbudzał jednak
bar z wazeliny (grający jedną z głównych ról
w filmie Cremester 3), która nie mogła się
roztopić ze względu na skomplikowane i dyskretnie
ukryte urządzenie chłodnicze, regulujące, jak
tytułowy anatomiczny męski zespół mięśni,
temperaturę tej zazwyczaj dość płynnej substancji.
Duże wrażenie robiły także odwodnione kartofle,
leżące koło baru. Zwiedzanie obiektów z wazeliny,
parafiny, soli, wosku pszczelego, silikonu i innych tworzyw
mniej lub bardziej organicznych nie zajmowało zbyt dużo
czasu, gdyż zostały rozmieszczone dość oszczędnie
w dużej i raczej pustej przestrzeni. Natomiast znacznie
więcej czasu trzeba było poświęcić
na obejrzenie premierowego dzieła Cremaster 3, pod
warunkiem, że się wytrwało trzy godziny do zasłużonego
końca. Ten film jest pionową osią środkową
całego cyklu, wyjaśniał jego twórca
i czołowy odtwórca w jednej osobie. Jest rodzajem podwójnego
zwierciadła, kierującego cały ten cykl na eliptyczne
tory. Po tych torach poruszały się, raz pod, raz
nad ziemią a niekiedy nawet i na ziemi, różne przedmioty
i osoby: samochody, żywe istoty ludzkie i człekopodobne,
a także jedna zombie płci żeńskiej, liczne
żywe, chociaż widać, że już martwe
konie oraz osobna kobieta o wyglądzie pantery w szklanych
protezach zamiast nóg (wcieliła się w nią amerykańska
kaleka modelka, Aimee Mullins), ponadto przedstawiciele mafii
masońskiej, architekt-wizjoner, którego zagrał prawdziwy
amerykański rzeźbiarz, słynny Richard Serra oraz
obowiązkowy Matthew Barney, który na początku był
terminatorem w wolnomularskim fartuszku i z kielnią w murarskich
rękach, a na końcu nosił biały i bardzo
skąpy fartuszek na nagim ciele i pasujący biały
kapturek na łysej głowie, a także pomarańczową
chusteczkę w zakrwawionych usteczkach i plastikowe szpilki
na męskich nogach. Bohater filmu Cremaster 3 jest
bowiem bohaterem zbiorowym. Jest nim patrząc ogólnie Nowy
Jork z lat trzydziestych, szczególnie zaś budowany wówczas
wieżowiec Chrysler Buildings i Muzeum Guggenheima. Cremaster
3 przypomina układankę z trudno do siebie pasujących
kawałków. To w większości nieme kino przeplatane
jest rewiowo-operetkowymi i slapstikowymi wstawkami, zaś
chwilami zamienia się w orgię parodii gatunków i mitów
o wdzięku i konsystencji chłodzonej wazeliny. Posłużyłem
się mitem wolnomularzy, gdyż tym razem chodziło
mi o same architektoniczne metafory, wyjaśniał
Matthew Barney. Pasowała do nich historia Hirama, budowniczego
wieży Babel z bezpośrednim dostępem do Boga.
To doskonała budowla. Tak samo jak wieża Chryslera.
Ja jestem tam terminatorem, który chce odkryć tajemnicę
i na końcu zostaje zabity własnymi narzędziami.
Artystyczne
mrożonki
Tajemnica
powodzenia meta rzeźbiarskich dokonań Matthew Barneya
też jest dość trudna do rozszyfrowania. Wydaje
się, że jego fantastyczne dzieła, czerpiące
do wyboru i koloru z różnych epok i gatunków, podbudowane
dość skomplikowaną, ale przez to niezwykle efektowną
teorią artystycznego biologizmu jądrowo-bezpłciowego
(bo najbardziej interesuje go podobno sytuacja zapłodnionej
komórki jajowej przed podziałem na żeńskie i
męskie cechy osobowe), trafiają w samo jądro
zapotrzebowań kulturalnej publiczności międzynarodowej.
Jest to chyba zapotrzebowanie na nudę, którą ów widowiskowy
gwiazdor, show master w krainie pop mutantów, celebruje w sposób
i na skale godną najwyższego podziwu, szczególnie
w ostatnim maratońskim seansie kinowym pod tytułem
Cremaster 3. Bo tam kamera filmuje i filmuje, jak wszechstronnie
uzdolniony mega artysta w różnym przebraniu a także
bez ubrania wędruje po otchłaniach i rusztowaniach
budynku Chryslera, zaś widownia czeka, że coś
się wydarzy, bo słyszała i czytała, że
dzieje się wiele, a potem snuje się po salach wystawowych,
żeby podziwiać cuda z wazeliny, które są cudem
techniki chłodniczej o ekspresji artystycznej mrożonki.
Nancy Spector, kuratorka wystawy The Cremaster Cycle,
pokazywanej w 2002 i 2003 roku w Kolonii, Paryżu i Nowym
Jorku, autorka wstępu do rekordowo ciężkiego
(3,6 kg) i rekordowo drogiego (78 Euro) katalogu, słusznie
chyba twierdzi, że Matthew Barney jest artystą,
bardzo szeroko traktującym pojęcie rzeźby. Jego
dzieło jest tak radykalnie nowatorskie, że na początku
nie wiedziałam, w jakim kontekście powinnam je umieścić.
Teraz już wie, bo napisała na 90 stronach wstępu
do katalogu ulubionego artysty: Tylko (jego) perwersyjna
fantazja może nas jeszcze uratować. Ratunku!
Tekst
© Urszula Usakowska-Wolff
Kwartalnik
ORO
nr 2- 3 (51- 52) 2003
Wszystkie
cytaty pochodzą z katalogu wystawy „Matthew Barney - The
Cremaster Cycle”, Hatje Cantz Verlag, 2002 oraz z hamburskiego
miesięcznika „art” Nr 5/2002
Wystawa
ta pokazywana była w:
Muzeum
Ludwiga w Kolonii (6.06. - 1.09.2002)
Musée
d’Art Moderne de la Ville de Paris (10.10.2002 - 5.01.2003)
Muzeum
Solomona R. Guggenheima w Nowym Jorku (13.02. - 11.05.2003)
Matthew
Barney
urodził w 1967 roku w San Francisco. W 1989 roku skończył
studia na wydziale sztuki Yale University w New Haven, Connecticut.
Następnie przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie
nadal mieszka i pracuje. W 1991 roku jego pierwszą muzealną
wystawę indywidualną zorganizowało Museum of
Modern Art w San Francisco. Od początku lat dziewięćdziesiątych
uczestniczył w liczących się wystawach międzynarodowych,
min. w 1992 roku w documenta IX w Kassel, w 1993 roku w Biennal
Exposition w nowojorskim Withney Museum of American Art i w
45. Biennale w Wenecji. Oprócz nagrody „Europa 2000” na 45.
Biennale w Wenecji i „The Hugo Boss Prize”, przyznanej mu w
1996 roku przez nowojorskie Guggenheim Museum Soho, uhonorowany
został min. nagrodą o nazwie James D. Phelan Art Award
in Video, przyznaną mu w 2000 roku przez Bay Area Video
Coalition w San Francisco i nagrodą Glen Dimplex Artists
Award, którą otrzymał od Irish Museum of Modern Art
w 2001 roku. Reprezetuje go Barbara
Gladstone Gallery w Nowym Jorku. Prywatnie artysta Barney
jest od niedawna mężem islandzkiej piosenkarki Björk.