Tęsknota za własnym barakiem

W 1995 roku w „Wydawnictwie Żydowskim” renomowanego wydawnictwa „Suhrkamp” we Frankfurcie nad Menem ukazała się niewielka książka: „Urywki. Z dzieciństwa 1939 - 1948.” Na 135 stronach nieznany dotąd nikomu szwajcarski autor Binjamin Wilkomirski podejmował próbę rekonstrukcji własnego życiorysu, skazanego przez szwajcarskie  urzędy i małżeństwo lekarzy z Zurychu, które adoptowało go - żydowskiego chłopca z domu dziecka - na zapomnienie.  „Dorastałem i dojrzewałem w czasach i w społeczeństwie, które nie chciało lub nie potrafiło słuchać. Dzieci nie mają pamięci, dzieci szybko zapominają, musisz o wszystkim zapomnieć, to był tylko zły sen - stale powtarzano mi te słowa, którymi starano się wymazać moje wspomnienia i zmusić mnie do milczenia.”, pisał Wilkomirski w posłowiu. „Tak więc przez dziesiątki lat milczałem, ale mojej pamięci nie sposób było wyłączyć. Zapisałem te urywki pamięci, aby zbadać siebie samego oraz moją najwcześniejszą przeszłość, najprawdopodobniej było to też poszukiwanie wyzwolenia. I pisałem w nadziei, że być może ludzie w podobnej sytuacji też znajdą konieczne poparcie i siłę, aby nareszcie wyrazić i wypowiedzieć w słowach swoje traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, i przekonać się, że i dziś są jeszcze ludzie, którzy traktują to poważnie, którzy chcą słuchać i rozumie".

Urszula Usakowska-Wolff

Wilkomirski nie pomylił się - jego książkę potraktowano bardzo poważnie, w ciągu niespełna trzech lat wznowiona ona została sześciokrotnie i przetłumaczona na trzynaście języków, w 1996 roku otrzymała też prestiżową nagrodę amerykańskiej Jewish Book Award, zaś Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie przechowuje wywiad z autorem, zarejestrowany na sześciu kasetach video. Również i „Fundacja Wizualnej Historii Ocalonych od Shoah” amerykańskiego reżysera Stevena Spielberga umieściła wspomnienia Wilkomirskiego w swoich zbiorach. W krótkim czasie „Urywki” zyskały rangę klasyki literatury Holocaustu, ich autora wymieniano w jednym rzędzie z Primo Levim, Eli Wieselem, Imre Kertesem, zaś Wilkomirski, o którym nakręcono trzy filmy dokumentalne i napisano sztukę teatralną, występował w roli świadka historii na międzynarodowych kongresach, w mediach i przed klasami szkolnymi. Stał się też koronnym dowodem na powodzenie nowej, interdyscyplinarnej metody psychoanalitycznej, dzięki której  dorosły człowiek może sobie przypomnieć wydarzenia z najmłodszych lat, nawet z czasów niemowlęcych.

 
 

Binjamin Wilkomirski urodził się 12 lutego 1941 roku, ale - jak pisał w posłowiu do „Okruchów” - „ta data nie zgadza się ani z historią mojego życia ani z moimi wspomnieniami. Podjąłem prawne kroki przeciwko tej narzuconej tożsamości. Prawda potwierdzona przez prawników to jedna, prawda życia to druga sprawa. Wieloletnia praca naukowa, wiele podróży do przypuszczalnych miejsc zdarzeń i niezliczone rozmowy ze specjalistami i historykami pomogły mi w zinterpretowaniu niektórych niewytłumaczalnych strzępów wspomnień, zidentyfikowaniu i odnalezieniu miejsc i ludzi, stworzeniu możliwego kontekstu historycznego oraz w miarę logicznej chronologii.”

Indywidualna historia, którą opowiedział Wilkomirski w „Urywkach”, wprawdzie mglista,  bo umieszczona w bezczasie pamięci, zdarzyła się jednak w latach 1939 - 1948, czyli w ściśle określonym czasie historycznym. To życiorys pojedynczego człowieka, tak bogaty i niezwykły, że można w niego wyposażyć co najmniej kilka osób, gdyż ta sama osoba znajduje się w tym samym czasie (jeżeli odnieść jej przeżycia do niepodlegających dyskusji faktów z historii) w różnych miejscach. Oto bowiem mały, przypuszczalnie dwu-trzyletni  chłopiec ucieka na statku z Rygi, ukrywa się wraz z czworgiem braci u samotnej chłopki „wśród rozległych polskich lasów”. Stamtąd - po niewyjaśnionym nigdy  zniknięciu rodzeństwa i opiekunki, deportowany jest na ciężarówce do Majdanka, gdzie wegetuje w baraku z „nieprzebraną ilością dzieci”. Potem odnajduje siebie w samochodzie, w którym zagazowuje się ludzi, ale jakieś pomocne ręce wypychają go na świeże powietrze. Trafia do KL Auschwitz, skąd nieznana kobieta wyprowadza go do Sandomierze, a następnie przewozi do Krakowa. Tam od innej nieznanej kobiety dowiaduje się, że ma na nazwisko Wilkomirski, przebywa w żydowskim domu dziecka, a po pogromie pani Grosz zabiera go do Szwajcarii. Znowu zostaje oddany do domu dziecka, a potem do adopcji.

„Urywki” czyta się tak, jakby oglądało się film. Sceny z pobytu w szwajcarskim domu dziecka mieszają się z koszmarnymi przyżyciami z najwcześniejszego dzieciństwa, można wywnioskować, że między drugim a piątym rokiem życia. Opis doznanych i widzianych przez Binjamina okrucieństw jest niezwykle drastyczny:  leje się krew, chrzęszczą roztrzaskiwane czaszki, tryskają mózgi, głodne dzieci obgryzają paluszki do kości, szczury wychodzą z brzuchów kobiecych zwłok, a autorowi wielokrotnie żołądek przewraca się do góry nogami. Essesmanki noszą eleganckie mundury i błyszczące oficerki, essesmani mają „bycze karki”. Polacy nienawidzą Żydów i nie mogą wybaczyć tym nielicznym, że przeżyli Zagładę. Szczególną rolę w  życiu Binjamina zdają się odgrywać kobiety, bo nawet i te, które ratują mu życie, to zimne obce istoty, które ciągle go porzucają i podrzucają komuś innemu.

Ta książka odniosła sukces,  gdyż potwierdzała znane stereotypy, które chyba pozbawiły  recenzentów, a dzięki nim i czytelników, zdolności do logicznego myślenia.  Oto bowiem ofiara, skazana przez historię na nieistnienie, po latach opowiedziała światu swoją prawdziwą biografię. Oto bowiem dziecko, zmuszone przez przybranych rodziców na niepamięć i przez bezdusznych biurokratów z Zurychu na przymusową szwajcaryzację odzyskało własną twarz, a Szwajcaria po raz kolejny  utraciła niewinność. Oto bowiem pojawił się nareszcie świadek własnej historii, wprawdzie jedyny, gdyż inni  z kart książki, a jak się wkrótce miało okazać, również i z życia, już dawno nie żyją. Wątpliwości, które tu i ówdzie były artykułowane, zostały wyciszone, bo czyż można zadawać kłopotliwe pytania wobec takiego życiorysu? Czy można żądać dowodów prawdy od ofiary, która występuje publicznie, żeby pomóc innym ofiarom w znalezieniu prawdziwego „ja”? Przecież nie można domagać się papierów na potwierdzenie żydowskiego pochodzenia, bo przypominało by to „aryzację” ‘a rebours.

Kłopotliwe pytania nurtowały jednak młodego szwajcarskiego Żyda, pisarza Daniela Ganzfrieda, który  podążył niewyraźnymi śladami Wilkomirskiego. Wyniki jego dociekliwości opublikował  pod koniec sierpnia  tygodnik „Weltwoche” pod tytułem „Wypożyczona biografia Holocaustu”. Dowody, które zebrał Ganzfried pozwoliły mu na stwierdzenie: „Binjamin Wilkomirski  zna Auschwitz i Majdanek tylko jako turysta.”

Poszukiwania  Ganzfrieda nie pozostawiały wątpliwości, że Binjamin Wilkomirski urodził się 12 lutego 1941 roku jako nieślubne dziecko Yvonne Berthe Grosjean w mieście Biel. Matka, zamieszkała w Saules koło Tavannes, w kantonie berneńskim, oddała synka do domu dziecka w Adelboden i zgodziła się na jego adopcję. Dzieckiem zaopiekowali są się państwo Doessekker, małżeństwo lekarzy z Zurychu. Od kwietnia 1947 roku Bruno zaczął uczęszczać do szkoły podstawowej we Flundern, dzielnicy Zurychu. W tym czasie Doessekkerowie wystąpili o zmianę nazwiska przybranego syna, który od tej pory nazywał się także Doessekker. W 1957 roku adopcja uzyskała moc prawną. Przez cały ten czas rodzony ojciec Brunona płacił na niego alimenty. Jego rodzona matka umarła w 1981 roku, zapisując mu w spadku niewielki majątek. W 1985 roku zmarli jego przyrodni rodzice, pozostawiając mu pokaźny majątek. Bruno Doessekker, muzyk, konstruktor instrumentów muzycznych i ojciec trojga dzieci, żyje w dostatku.

„Siedzimy z Binjaminem Wilkomirskim przy stole”, opisał Ganzfried w 35 numerze „Weltwoche” swój pobyt w domu autora głośnej biografii. „Gdzie oko nie spojrzy - judaika: na ścianach kobierce z biblijnymi motywami, mezuzy przy każdym przejściu i wyjściu, gwiazdy Dawida i zdjęcia z Ziemi Świętej. Czujemy się, jakby za chwilę miał tu przybyć rabin, aby zbadać wyznanie wiary konwertyty.” Na pytania o daty, miejsca pobytu i zdjęcia ze szwajcarskiej części jego życiorysu, Wilkomirski zaserwował mu znaną już z książki teorię spiskową: antysemiccy szwajcarscy urzędnicy, przybrani rodzice bez serca oraz skorumpowane urzędy,  zafałszowali jego żydowską tożsamość i pod groźbą kary „zapieczętowali mu usta i duszę”.

Ganzfried odnalazł jednak fotografie, które także stawiały pod znakiem zapytania wiarygodność Wilkomirskiego. Na najwcześniejszej z nich, bo już  z 1946 r, widać uśmiechniętego Brunona w gronie najbliższych. Jak więc ktoś, kto wielokrotnie twierdził, że do 1948 roku przebywał w Krakowie, mógł dwa lata wcześniej być na zdjęciu w Zurychu, jak mógł w 1947 r. chodzić tam do szkoły?

„Nasze badania nie dopuszczają żadnego innego wniosku”, pisał Daniel Ganzfried. „Wilkomirski urodził się w Szwajcarii, dorastał w najlepszym zurychskim domu. O jego książce można by dyskutować, gdyby była powieścią... Tylko że jego książka rości sobie prawo do jednoznacznego świadectwa. (...) To że Auschwitz musi teraz służyć za kopalnie kłamstwa życiowego ludzi, którzy w swojej biografii dobrobytu odnajdują zbyt mało zdarzeń godnych opowiedzenia, aby utkać z nich legendę (...)  musi zmuszać do odważnych reakcji. Nawet jeżeli wyjdziemy z założenia, że to łatwowierność ludzi, którzy chcieli tylko samego dobra dla swojej bohaterskiej ofiary, skłoniła Bruno Doessekkera do szaleństwa kreacji  Wilkomirskiego -  i przekonania, że wystarczy ubrać się w egzotyczną historię życia żydowskiego dziecka z Rygi, aby z fascynującą tożsamością męczennika kroczyć przez życie.”

Publikacja Daniela Ganzfrieda przetoczyła się jak lawina przez niemieckojęzyczne media. Recenzenci, którzy nie tak dawno z entuzjazmem przyjęli „Urywki” Binjamina Wilkomirskiego, dystansowali się od książki. W tygodniku „Die Zeit”, w którym jeszcze na początku sierpnia historyk Wolfgang Benz, dyrektor berlińskiego Centrum Badań nad Antysemityzmem, poświadczał „Urywkom” nie tylko autentyzm ale i wysoką rangę literacką, gdyż jest to „relacja, umożliwiającą czytelnikowi jasny wgląd w kompleksową tragedię, jak żaden inny dokument”, do głosu dopuszczono krytyków. Zacytowano min. wrażenia Raula Hilberga, historyka i czołowego badacza Holocaustu, jakie nasunęły mu się po pierwszym spotkaniu z Wilkomirskim: „Zapytałem go wtedy, czy jego książka jest fikcją. Jego odpowiedzią było zdecydowane: nie. W swoim przemówieniu (na kongresie Uniwersytetu Notre Dame w Paryżu) Wilkomirski streścił swoją książkę i dodał szczegóły, że na przykład niedawno pojechał do Rygi i zidentyfikował dom, w którym mieszkał. Albo że w Majdanku przebywał na polu 5. Jego mowa przyjmowana była z  owacjami na stojąco. Przy czytaniu natrafiłem na fragmenty ze szczegółowo opisanymi wydarzeniami, które wydawały mi się bardzo nieprawdopodobne (...) Niemiecka kobieta w uniformie przypominała mi film Liny Wertmueller „Siedem piękności”. Jeżeli tam (w Majdanku) bawił się poza polem 5 i essesmann rzucił nim o mur, to musiało to być przy krematorium, znowu sytuacja zupełnie nieprawdopodobna. Z dalszego ciągu wynika, że następnie został wysłany do Auschwitz; nieznane mi są jednak żadne dowody na deportację żydowskich dzieci z Lublina....Następnie w Szwajcarii je skórki od sera jak ktoś, kto w obozie koncentracyjnym niespodziewanie znajduje coś do jedzenia. Ale przecież od wyzwolenia musiało upłynąć wtedy co najmniej dwa lata, i musiałby mieć dziewięć lat i dojrzałość chłopca w tym wieku. Jak można sobie wyobrazić, nie byłem jedynym,  który historie z tej książki przyjmował ze zdumieniem. To ironia, że sceptykami nie byli jednak  specjaliści od Holocaustu.... Nasuwa się pytanie: Jak ta książka przeszła przez wiele wydawnictw? Jak mogła przynieść Wilkomirskiemu zaproszenia do Muzeum Holocaustu w Stanach Zjednoczonych oraz na renomowane uniwersytety?”

Thomas Sparr, docent Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, a od 1990 roku lektor Wydawnictwa Żydowskiego Suhrkampa wyjaśniał, że przed edycją „Urywków” dokładnie zbadano autentyczność tej książki. Nie ograniczono się przy tym do rozmów ze świadkami historii, ale oparto się na „naukowym zbadaniu tego przypadku”. Pomocna w tym była organizacja „Dzieci bez tożsamości” w Izraelu, która dokładnie sprawdziła wspomnienia Wilkomirskiego w oryginalnych miejscach wydarzeń w Polsce. Wydawnictwo nie zgodziło się z zarzutami i domaga się od Daniela Ganzfrieda przedłożenia „rzekomych dowodów” na to, że Wilkomirski nie jest tym, za kogo się podaje. Daniel Ganzfried domaga się od wydawnictwa wycofania książki ze sprzedaży.

Sam Binjamin Wilkomirski sprawia ostatnio wrażenie, jakby chciał  zasłonić się „literackością” swojego tekstu. W wywiadzie dla szwajcarskiej gazety „Tagesanzeiger” powiedział: „Każdy czytelnik może dowiedzieć się z posłowia do książki, że moje papiery nie są zgodne z moimi wspomnieniami. Tylko więc moje wspomnienia mogę przeciwstawić mojej udokumentowanej szwajcarskiej tożsamości. To było od samego początku jasne. Te zarzuty to nic nowego. Czytający zawsze mieli swobodę, traktować moją książkę jako literaturę bądź osobisty dokument”. Propozycja, aby Holocaust każdy przyjmował jako fikcję bądź autentyzm, bo jest to sprawą osobistego wyboru, jest dość szokująca.

W połowie września Bruno Doessekker, posługujący się nadal nazwiskiem Binjamina Wilkomirskiego zaapelował do „Niezależnej Komisji Ekspertów”, zwanej „Komisja Bergiera” i powołanej do zbadania roli Szwajcarii podczas drugiej wojny światowej, o jednoznaczne wyjaśnienie swojej tożsamości. Tylko tej komisji „udostępnie informacje i niczym nie skrępowane dojście do wszystkich istniejących dokumentów”. Komisja apel odrzuciła, gdyż „indywidualne wyjaśnienia nie należą do jej zadań.”

W jednym z końcowych rozdziałów swojej książki, który nosi tytuł „Oszustwo”, Binjamin Wilkomirski pisze: „Nie chcę mieszkać wśród tych ludzi. Czego oni ode mnie chcą? Gdzie jest mój barak? Zabrano mi mój barak! Dokąd mam pójść, co mam zrobić?

Bruno Doesseker uwierzył w to, że zawsze był  Binjaminem Wilkomirskim i za żadną cenę nie chce się z nim rozstać. Czy odnajdzie w końcu swój barak i udowodni coraz liczniejszym niedowiarkom, że jest to barak bez żadnych wątpliwości?

Bez względu jednak na to, jak potoczy się dalej sprawa Binjamina Wilkomirskiego, daje ona wiele do myślenia o stanie zbiorowej świadomości, której najpotężniejszym eksponentem i kreatorem są media. To przecież one, podbudowane naukowymi autorytetami, wylansowały Binjamina Wilkomirskiego na ikonę popkultury. Wilkomirski, przybierając tożsamość ofiary Holocaustu, mógł z góry zakładać, że media bezkrytycznie podchwycą jego historię, gdyż jak pisze holenderski pisarz Leon de Winter w tygodniku „Der Spiegel” - „w rytuale pamięci o Holocauście ocaleni odgrywają  chcąc nie chcąc rolę kapłanów. W tej nieszczęsnej grze, której nie można uniknąć lub oczyścić z wielu niejasności i nieścisłości, fantaści w rodzaju Doessekkera chcą być jednym z aktorów. Bo i to należy do okropnego paradoksu: ten który przeżył, jest bohaterem dnia.”

Wydawnictwo „Suhrkamp” nie wycofało „Urywków” z obiegu. Międzynarodowy  skandal gwarantuje książce Binjamina Wilkomirskiego pozycję bestsellera.

Tekst © Urszula Usakowska-Wolff

Midrasz Nr 11/1998

do strony glównej
do tekstu o Wladyslawie Szpilmanie