Niepokój
w starych dekoracjach
Ustawiony
na dziedzińcu Pałacu Zimowego w Petersburgu wielki
pająk, a właściwie wielka pajęczyca, na
co wskazywał tytuł "Maman" ("Mama"),
wywoływał zachwyt dzieci z przedszkola Ermitażu
i oburzenie dorosłych. Dzieci oblegały "Maman",
tańczyły wokół niej, trzymając się
za ręce, wdrapywały się na śliskie, metalowe
macki i nogi. Reakcje dorosłych były w najlepszym
wypadku powściągliwe, niekiedy wręcz oburzone,
o czym przekonać się można było z lektury
księgi gości szacownego przybytku muz: To
potworne - takie bezguście w otoczeniu tej całej świetności,
pod jednym dachem z Leonardo da Vinci!
Reakcje
na trwającą do 13 stycznia 2002 roku retrospektywę
Louise Bourgeois, najwybitniejszej, i mimo biblijnego wieku,
ciągle jeszcze niezywkle aktywnej i twórczej rzeźbiarki
naszych czasów, są w pewnym sensie normalne, zważywszy,
że ani ona, zajmująca poczesne, siódme miejsce w najnowszym
"Kompasie sztuki" niemieckiego dwutygodnika "Capital"[1],
figurująca więc w pierwszej dziesiątce stu najbardziej
renomowanych, opisywanych, wystawianych i kolekcjonowanych artystów
świata, ani sztuka drugiej połowy i schyłku dwudziestego
stulecia, nie są w Rosji zbyt znane, są więc
niezbyt rozumiane i akceptowane. Ale skoro rosyjskie dzieci
przyjęły "Mamam" bez zastrzeżeń
do swojego grona i potraktowały dzieło artystki, mogącej
być ich prababcią, jako towarzysza beztroskich zabaw,
może to być odczytane jako dobry omen dla przyszłości
percepcji sztuki współczesnej w Rosji. Retrospektywa prac
Grande (Ma)Dame, przygotowana przez kuratorkę Julie Sylvester
Cabot, była prezentem urodzinowym dla artystki, która 25
grudnia 2001 roku skończyła 90 lat i przed ponad sześćdziesięciu
laty, w 1933 i 1934 roku, jako początkująca artystka,
lecz nie w celach artystycznych, odwiedziła Moskwę,
gdzie uczestniczyła w międzynarodwym festiwalu teatralnym
i paradzie pierwszomajowej oraz Leningrad, gdzie zwiedziła
Ermitaż. Koło się zamknęło, bo obecnie
na dziedzińcu Pałacu Zimowego, wśród dzieł
modernizmu i obok działu kultur archaicznych, oglądać
można było wybór rzeźb, instalcji, rysunków i
grafik Louise Bourgeois. Tym razem nie przyjechała jednak
osobiście do Petersburga, ale obecna była tam dzięki
nakręconemu specjalnie na tę wystawę filmowi
wideo, za pośrednictwem którego opowiadała publiczności
o swoich pobytach w ZSRR w latach trzydziestych oraz o ogromnym
wrażeniu, jakie wówczas zrobił na niej Ermitaż.
Sztuka
chcąco działa niepokojąco
Potworne
bezguście, które tak
oburzyło rosyjskiego miłośnika "prawdziwej"
sztuki, powołującego się na (zresztą też
już nieco przebrzmiałą) świetność
Ermitażu, to artystyczne przestrzenie Louise Bourgeois,
zagracone rekwizytami domowej codzienności.
Wypełniają je sfatygowane fotele, nakryte kapami z
wzorzystego materiału ze śladami dawnej świetności;
okaleczone krzesła, stoły i łóżka, na których
stoją szklane kule i leżą poduszki z wyhaftowanym
zaklęciem „Je t’aime”. Fragmenty rąk, nóg i stóp zastygły
tam w alabastrowej wieczności, na wieszakach z kości
znieruchomiała niemodna bielizna i suknie z krynolinami,
monstrualne ucho, wystające z nieociosanego marmurowego
katafalku wsłuchuje się w ciszę, w gęstym
powietrzu unosi się mgięłka pachnideł, ulatniających
się z zakurzonych flakoników. Przez ściany z metalowej
siatki sączy się skąpe światło, zanurza
przeszłość w półmroku, wzmaga uczucie niepewności.
Z drzwi i ram okiennych łuszczy się farba, upiornie
błyszczą ślepe okna. W niepokojącym świecie
Louise Bourgeois trwa pamięć w starych dekoracjach.
Dzieło
sztuki nie potrzebuje wyjaśnienia, twierdzi
Louise Bourgeois, musi mówić samo za siebie. Może
być przedmiotem wielu interpretacji, ale tylko jedno artysta
miał na myśli. Niektórzy artyści mówią,
że są odpowiedzialni za tworzenie dzieł zrozumiałych
dla publiczności, ale ja się z tym nie zgadzam. Jedyna
odpowiedzialność to absolutna prawda wobec siebie.
Moje dzieło niepokoi widza, ale nikt nie chce być
niepokojony. Publiczność nie bardzo wie, jaki wpływ
ma na nią moje dzieło, ale wie, że działa
ono niepokojąco.[2]
Namiętności
mieszczańskiej normalności
Bezkompromisowa
postawa i artystyczne przesłanie, którym Louise Bourgeois
pozostaje wierna od ponad pół wieku, sprawiły, że
bardzo późno została ona dostrzeżona przez międzynarodową
publiczność i krytykę sztuki. Urodzona 25 grudnia
1911 roku w bogatym mieszczańskim domu w Paryżu, już
jako dziesięcioletnia dziewczynka odkryła zamiłowanie
do rysunku. Szkicowała brakujące fragmenty gobelinów
i arrasów w rodzinnej pracowni, na życzenie amerykańskich,
purytańskich nabywców pokrywała wstydliwe części
anatomii wełnianych i jedwabnych amorków roślinnymi
ornamentami. Sprawy płci i materii zdominowały jej
dzieciństwo, którego - mimo dobrobytu i dostatku - nie
zapamiętała jako krainy czystej i pięknej. Jej
ojciec Louis rozczarowany urodzinami drugiej córki, zaakceptował
ją podobno tylko dlatego, że była do niego podobna
jak dwie krople wody. Nagrodził ją więc za to,
nadając żeńską wersję swojego imienia.
Chorowita matka Josephine, przedwcześnie zmarła w
1932 roku na skutek komplikacji po grypie-hiszpance, przez ponad
dziesięć lat tolerowała związek ojca Louise
z jej angielską guwernantką, Sadie Gordon Richmond.
Cichy dramat rozgrywał się w eleganckich wnętrzach
pałacyków w Choisy-le-Roi i Antony pod Paryżem, za
kurtyną mieszczańskiej normalności kipiały
namiętności. Nie przeszkadzało to ojcu oburzać
się na artystów, którzy byli dla niego uosobieniem moralnej
rozwiązłości. Moje dzieciństwo nigdy
nie przestało być magiczne, nigdy nie przestało
być tajemnicze, i nigdy nie przestało być dramatyczne.
Wszystkie moje prace z ostatnich pięćdziesięciu
lat, wszystkie moje tematy, zainspirowane są moim dzieciństwem,
powiedziała Louise Bourgeois w 1997 roku. [3]
Rozwiązłości
czynią fetysza z czystości
Jej
skłonność do przedmiotów ścisłych wzięła
się być może z nieścisłości stosunków
męsko-damskich, dlatego też 21-letnia Louise rozpoczęła
studia matematyki i geometrii na Sorbonie. Zniechęciła
się do nich, kiedy dowiedziała się, że -
poza euklidesową - istnieją również inne geometrie.
Zaczęła szukać kontaktu z artystami, tak pogardzanymi
przez jej ojca. Ta elegancka, odziana w kostiumy Coco Chanel
i Sonii Delaunay, wyemancypowana kobieta (prawo jazdy zrobiła
już w wieku lat osiemnastu), zaczęła także
otwarcie sympatyzować z komunizmem i na początku lat
trzydziestych dwukrotnie wyjechała do Moskwy. Na przekór
ojcu, od którego w dzieciństwie doznała tylu zawodów.
Pragnęła się także uczyć sztuki, ale
nie na akademiach, tak że w ciągu pięciu lat
odwiedziła kilkanaście pracowni na Montparnasse i
Montmartre. Fernand Léger, który odkrył jej talent rzeźbiarski,
pozwolił jej na bezpłatne uczestnictwo w prowadzonych
przez niego kursach. W innej pracowni, w której Louise zajmowała
się wyborem modelek, poznała prostytutki o bladych
twarzach, fioletowych wargach i rudych włosach, jakby rodem
z obrazów i plakatów Toulouse-Lautreca. Dowiedziała się
wtedy, że ludzie, którzy żyją naprawdę bardzo
rozwiąźle, czynią fetysza z czystości.
W
1936 roku Louise Bourgeois zamieszkała w paryskiej dzielnicy
Saint-Germain, na Rue de Seine, nad „Galerie Gradiva”, prowadzoną
przez ojca surrealistów, André Bretona. A ponieważ wówczas
respekt wobec jakichkolwiek ojców i autorytetów był jej
obcy, dlatego też rozgadany i zakochany w sobie Breton
nie zrobił na niej najlepszego wrażenia.
Surowy
diament i wierny temperament
W
przerwach rozmów o surrealizmie Louise poznała amerykańskiego
historyka sztuki, Roberta Goldwatera. Pobrali się w 1938
roku, mimo że był to mariaż przeciwieństw:
Wyszłam w pierwszym rzędzie za intelektualistę,
którego nie interesowało nic poza ideami. To znaczy, interesowało
go to, co jest prawdziwe a co nieprawdziwe. Robert był
całkowitym racjonalistą. Miał te same cechy co
moja matka. Nigdy mnie nie zdradził. Nigdy nikogo nie zdradził.
Nigdy nie widziałam, żeby stracił panowanie nad
sobą. On miał wrażenie, że znalazł
diament, który kochał - surowy, bardzo surowy diament -
a ja czułam, że dokonałam dobrego wyboru. Ale
nigdy tak naprawdę nie potrafiliśmy się zrozumieć,
tak że każde z nas stanowiło dla siebie misterium.[4]
Po ślubie małżonkowie wyjechali do Nowego Yorku.
Ze strachu przed bezpłodnością Louise zdecydowała
się na adopcję syna Michela, dwa lata później
urodził się syn Jean-Louis, w 1941 roku ostatni ich
syn, Alain. Ale najwierniejszym towarzyszem życia Louise
był i jest strach: w dzieciństwie strach przed rozpadem
małżeństwa rodziców, potem strach przed niemożnością
pogodzenia ról matki, żony i artystki, strach przed niezrozumieniem
i porażkami, strach przed samotnością.
Formy
dezorientacji spiralnej kreacji
Strach
ma zazwyczaj działanie paraliżujące, człowiek,
opanowany strachem zastyga w przerażeniu i nieruchomieje,
jak królik na widok węża boa. Ale Louise Bourgeois
potrafiła przezwyciężyć swój strach, przelać
go na papier i płótno, wystrugać w drzewie, wykuć
w kamieniu, a potem zamknąć w klatce. Strach trzyma
świat w szachu, zanotowała w swoim pamiętniku,
zaś na pytanie, czego się boi najbardziej, odpowiedziała:
Boję się wszystkiego, po prostu wszystkiego.[5]
W połowie lat czterdziestych artystka - dosłownie
- postawiła swój strach na głowie, malując serię
obrazów „Femme-Maison” („Kobieta-Dom”, co może być
również przetłumaczone jako „Dom Kobiety” lub "Gospodyni
domowa"). Są to nagie stojące postacie z ledwo
zaznaczonymi żeńskimi piersiami, na których oparte
są bryły w kształcie domów. Dla domu kobieta
traci głowę, wszystko jest na głowie kobiety
- ta ambiwalencja, wynikająca również i z tytułu
tej serii, stanie się programem dalszych poszukiwań
semantycznych i wizualnych Louise Bourgeois. Na twarzy kobieta
nosi dom, jej usta to drzwi, oczy to okna, zaś spod czaszki-dachu
wypływają, może jeżą się włosy,
jak dym z komina. Dom - symbol rodzinnego ciepła - jest
pułapką, zbitą z desek klatką. Ponieważ
jednak rzeźba wydawała jej się bliższa rzeczywistości,
postanowiła sprawdzić się w tej dziedzinie, gdyż
codziennie człowiek jest zmuszony pozostawić za
sobą swoją przeszłość lub ją zaakceptować.
Ten kto nie może jej zaakceptować, zostaje rzeźbiarzem.[6]
Prace Louise Bourgeois z tego okresu, ujęte później
w cyklu „Personnages” („Osoby” lub „Postacie”) to wolnostojące,
lub połączone w grupy stele z drewna bądź
brązu o gładkich, pomalowanych na czarno lub biało
powierzchniach. Te niewielkie abstrakcyjne figury - portrety
członków rodziny Bourgeois, ale także symbole ludzkiej
egzystencji, która korzeniami wrasta w dom i nie jest w stanie
wyzwolić się z udomowienia, jak żółw ze
skorupy, pokazują także nieuchronność losu,
przed którym nie ma schronienia. Tak jak „Spiral Woman” („Spiralna
Kobieta”, 1951/52) - uosobienie ruchu, który kręci się
w nieskończoność, ale stoi w miejscu. Ruch w
bezruchu, bezdomność w udomowieniu, wykorzenienie
w zakorzenieniu, samotność w bliskości i bliskość
w oddaleniu - te wykluczające się nawzajem pojęcia
łączą się w twórczości Louise Bourgeois
w jedną wszechograniającą całość:
spiralę. Dla mnie spirala jest formą, która porządkuje
chaos. Spirala jest pełna, ciągła, przewidzialna
lub nieskończona. Jest formą dezorientacji: nie wiadomo,
czy jej kierunek pochodzi z prawa czy z lewa. Linie odniesienia,
które człowiek potrzebuje do życia w porządku,
znikają [7]
Martwe
natury z lateksowej skóry
Po
doświadczeniach z surowymi i ubogimi „Osobami-Postaciami”,
których antropomorficzność zaznaczona była przy
pomocy wgłębień, nawiązujących do organów
zmysłów (oczy, uszy, nosy), rzeźby Louise Bourgeois
zaczęły zdobywać przestrzeń - rosły
już nie tylko wzdłuż, ale i wszerz. Były
to martwe natury przestrzenne, waginalno-falliczne symbole płci,
narządy zmysłowości, determinującej i zdeterminowanej
przez relacje międzyludzkie. Z 1955 roku pochodzi grupa
„One and Others” (co można przetłumaczyć jako
„Tak samo i inaczej) - człowiek, istota zawsze taka sama
- czyli biologiczna, ale za każdym razem inna, bo społeczna.
To
mógłby być tytuł wielu moich rzeźb, które
powstały od tamtej pory: nadal w pierwszym rzędzie
interesuje mnie stosunek poszczególnych osób do ich otoczenia.
Ten stosunek może być przypadkowy lub bliski, prosty
lub skomplikowany, subtelny lub grubiański, bolesny lub
przyjemny. Przede wszystkim może być realny bądź
wymyślony. Na tym podłożu wyrasta moje dzieło.
Problemy realizacji - kwestie techniczne, formalne bądź
estetyczne - są wtórne; nasuwają się dopiero
później, można je rozwiązać,
powiedziała Louise Bourgeois o „One and Others”[8]
Jej
prace z lat sześćdziesiątych traktować również
można jako ironiczne trójwymiarowe komentarze do ról, przypisanych
do danej płci i ich stereotypowej wizualizacji: „Lair”
(co oznacza zarówno „Magazyn”, „Dziuplę”, „Gniazdo”, „Kryjówkę”
lub "Schronienie”) - to spirala nieustannie erygującej
męskości, która w „Labyrinthine Tower” („Wieży-Labiryncie”)
traci pożądaną sztywność. Na „Double
Negative” („Podwójnym negatywie”) rosną trzy rzędy
lateksowo-plastikowych penisów, jak grzyby po deszczu.
„Torso - Autoportret” to z kolei symbol kobiecości, sprowadzonej
do wagin, pośladków i piersi. Z 1968 roku, kiedy to rewolucja
seksualna zaczęła również ogarniać Amerykę,
pochodzi „Fillette” („Dziewczynka” lub „Półlitrówka”),
lateksowy fallus o długości sześćdziesięciu
centymetrów z odpowiedniej wielkości jądrami. Z tym
filetem męskości pod pachą Louise pozowała
- w futerku ze sztucznego włókna - do zdjęcia Robertowi
Mappelthorpe’owi, legendarnemu fotografowi, który zasłynął
nie tylko z nowatorstwa ujęć głównie męskich
ciał. Fotografia miała zdobić katalog pierwszej
retrospektywy 71-letniej wówczas Louise Bourgeois w Museum of
Modern Art w Nowym Yorku w 1982 roku. Na zdjęciu pozostała
tylko nieco ironicznie uśmiechnięta twarz artystki,
bo „Fillette” padła ofiarą nożyczek, tak jak
kiedyś wstydliwe części anatomii gobelinowych
amorków. Ale ówczesny dyrektor działu malarstwa i rzeźby
Muzeum Sztuki Współczesnej, William Rubin, otrzymał
prawdziwą „Fillette” w prezencie.
Finalny
oralny rytuał antypatriarchalny
W
grudniu 1974 roku, półtora roku po śmierci męża
i dwadzieścia trzy lata po śmierci ojca, Louise Bourgeois
zaszokowała nowojorską publiczność: w pierwszej
wielkiej instalacji (237,8 x 363,3 x 248,7 cm) pod tytułem
„Destruction of the Father” („Destrukcja ojca”), na którą
składały się powstałe we Włoszech rzeźby
z marmuru, brązu i gipsu, pokazane w Greene Street
Gallery, symbolicznie dokonała aktu zniszczenia i pożarcia
ojca-patriarchy. W pomieszczeniu, wyłożonym płótnem
żaglowym, rozpościerał się ołtarz,
pokryty przedmiotami z lateksu w kolorze mięsa; z sufitu
zwisały monstrualne półkule. Miał się tam
odbywać zgodnie z wyjaśnieniami artystki, oralny rytuał
mordu, totemistyczna ostatnia wieczerza: ojciec, który codziennie
przy stole opowiadał dzieciom o swojej wielkości i
wspaniałych czynach, doprowadził je w końcu do
pasji, tak że chwyciły go, położyły
na stole, posiekały, zjadły i w ten sposób go zlikwidowały.[9]
Ta instalacja była swoistym egzorcyzmem, wypędzeniem
złych duchów przeszłości, zamknięciem strachu
w określonych formach.
Można
mieć wymienną płeć
W
moim życiu identyfikuję się z ofiarami, co jest
powodem tego, że zwróciłam się ku sztuce. W mojej
sztuce ja jestem mordercą. Wczuwam się w los mordercy,
człowieka, który musi żyć ze swoim sumieniem.
Jako artystka jestem osobą pełną władzy.
W życiu czuję się jak mysz za piecem. Kiedy człowiek
się wycofuje, kiedy rozumie, że nie ma władzy,
wtedy wyrasta ponad siebie. Wtedy ma pomysły, na które
by w innym razie nigdy nie wpadł. W mojej sztuce żyję
w świecie własnego tworu. Ja podejmuję decyzje.
W realnym świecie nie chcę mieć władzy.[10]
W
październiku 1978 roku 67-letnia artystka wykorzystała
swoją władzę, aby przekroczyć granicę
płci i ponownie uwolnić się od lęków przeszłości.
W instalacji „Konfrontacja”, półkolu pomalowanych na biało
drewnianych obramowań, zainscenizowała performance
„A Banquet/A Fashion Show of Body Parts” („Bankiet/Pokaz mody
części ciała”), w której wystąpili mężczyzna
i kobieta (ad hoc wywołani z grona publiczności).
Odziani oni byli w lateksowe szaty, zaprojektowane i wykonane
przez Louise Bourgeois. Mężczyzna nosił suknię
z naszytymi okrągłymi kulami w kształcie kobiecych
piersi; kobieta taki sam zwiewny strój z owalnymi bryłami,
które kojarzyły się atrybutami męskości.
Płeć, jej zewnętrzne cechy, a także wynikające
z niej role, obowiązki i oczekiwania okazały się
sprawą przypadkową, umowną i wymienną.
Pod
koniec filmowanego na video multimedialnego spektaklu, Louise
śpiewała, jakby wijąc się z bólu, do dźwięków
skrzypiec: Ona mnie opuściła... Matko!.
Kontemplacja
kamienia w obraz go zamienia
W
pierwszej połowie lat osiemdziesiątych Louise Bourgeois
tworzyła ciągle jeszcze niewielkie (poniżej metra
wysokości) „Studia natury”, hermafrodyczne torsa, przykucnięte
na czterech łapach, nawiązujące do „Torsa kucającej
kobiety” (tzw. wielopiersiastej Wenus z 1884 ) autorstwa Camille
Claudel, kochanki Auguste Rodina. Po tej neoklasycystycznej
fazie, pod koniec lat osiemdziesiątych artystka, której
witalność, inwencja i chęć do eksperymentu
przeczyły metryce, postanowiła przyłożyć
swe drobne i delikatne ręce do wielkiej bryły o rozmiarach
120 x 120 x 90 cm Powstał wówczas cykl organiczno-antropomorficznych,
spiralnych form, oplatających się jak gałęzie
lub ludzkie ciała, nazwany „Pass” (rzeczownik o różnych
znaczeniach, który może być przetłumaczony jako
„Trwanie”, „Przetrwanie” lub „Przepustka”) - symbol natury,
czyli zmysłowości i erotyzmu, która - jak kamień
- jest niezniszczalna. Podczas obróbki marmurowych bloków uzewnętrzniają
się kipiące w nich żywioły, ich wnętrze
zostaje wydobyte na powierzchnię. Starałam się
przenieść mój problem na kamień. Przewiercanie
bloku rozpoczyna ten proces, wtedy rozpoczyna się negacja
kamienia. Bryła nie istnieje już jako czysta forma
służąca kontemplacji; staje się obrazem
(image). Panuję nad nim całą moją fantazją,
a nawet całą moją siłą życiową.
Teraz, dopiero w tej chwili (po przewierceniu marmuru), praca
staje się dla mnie problemem podróży (voyage). Dopiero
po przewierceniu kamienia przez rzemieślnika rozpoczyna
się podróż. To właśnie jest sztuka.
[11] Także
i z wnętrza kamienia artystka wydobywa swoje wnętrze
na zewnątrz. Stąd już tylko jeden krok do konstrukcji,
umożliwiających bezpośrednią, fizyczną
penetrację wnętrza.
Magazyn
podświadomości z fetyszami płciowości
Na
parkiety sztuki Louise Bourgeois wkroczyła w wieku, kiedy
inni osiadają na laurach i rozkoszują się owocami
sławy. Kiedy zaczynała, społeczeństwo skłonne
już było zaakceptować aktorki - symbole seksu,
ale artystki - jeżeli w ogóle cieszyły się zainteresowaniem
- to tylko dzięki skandalom obyczajowym i spektakularnym
romansom (jak Frida Kahlo, która jako malarka odkryta została
- dzięki ruchowi feministycznemu - dopiero prawie czterdzieści
lat po śmierci, bądź Georgia O’Keefe, która należną
pozycję w świecie sztuki uzyskała dopiero pod
koniec długiego na szczęście życia). Ale
widowiskowe afery nie były specjalnością Louise,
więc przez krytykę i publiczność została
ona dostrzeżona najpierw dzięki swojej biografii,
jako swoista wnuczka Zygmunta Freuda, która własnymi środkami
wyrazu potwierdzała słuszność (auto)psychoanalizy.
Po jej pierwszej retrospektywie w 1982 roku, głównie dzięki
zdjęciu z „Fillette” oraz autobiograficznym wyjaśnieniom,
których nie szczędziła krytykom sztuki, pisma artystyczne
donosiły o jej dzieciństwie w cieniu małżeńskiego
trójkąta. Rzadko na abstrakcyjną sztukę tak
bezpośrednio i szczerze wpływa psychika jej autorki,
pisała Lucy Lippard w „Artforum”. Tak więc Louise
Bourgeois sama wręczyła klucz, a może przepustkę
do (re)konstrukcji artystycznej podświadomości, aby
- jako twórca - posiadać pełną władzę
nad kreowanym przez siebie światem i jego krytycznym odbiorem.
Od
1986 roku zaczęła też budować własną
architekturę wspomnień, na tle której dotychczasowe
dokonania jawią się jako niewinne dziecinne palcówki.
Na początku była to „Articulated Lair” („Wymowny magazyn”),
traktowany jako pierwsza z kontynuowanej po dziś dzień
serii „Cell” („Cele”, „Komórki” lub „Klatki”). Na drzwiach-parawanach,
którymi był otoczony „Wymowny magazyn”, wisiały podłużne
i owalne gumowe przedmioty nieokreślonego przeznaczenia.
To sterylne wnętrze, które przypominało fitness studio
bądź gabinet dominy z narzędziami wyrafinowanych
tortur, wypełnione było fetyszami czystości bądź
fetyszami wygimnastykowanego, sprawnego, wiecznie młodego
i spragnionego rozkoszy ciała. Wszystko jest sprawą
interpretacji, bo przecież jedno artystka miała na
myśli...
Cenne
płyny i wydzieliny
Do
Europy dzieła Louise Bourgeois trafiły dopiero pod
koniec lat osiemdziesiątych, ale międzynarodowy rozgłos
zyskały tak naprawdę w lecie 1992 roku, dzięki
uczestnictwie w documenta 9 w Kassel. Zwiedzać tam można
było jej „Precious Liquids” („Cenne płyny), drewniany
okrąglak o wysokości 430 i średnicy 445 cm, w
którym ustawione były łóżko i wanna, przed zawieszonym
na ścianie płaszczem leżały wielkie kule,
które nie bez powodu kojarzyły się z penisem i jądrami,
zaś z sufitu zwisały niezliczone probówki i kolby,
do których zostały wlane cenne ciecze i wydzieliny: krew,
pot, łzy, ślina i sperma. Starą nowojorską
wieżę ciśnień artystka zamieniła w
pracownię chemiczną, laboratorium życia. Była
to wycieczka w głąb organizmu i zarazem wiecznej jak
i przemijającej materii, determinowanej obiegiem i wymianą
płynów. O ile więc fizjologia jest gwarancją
naszego ziemskiego bytu wewnątrz i na zewnątrz wieży
ciśnień, którą jest nasze ciało, o tyle
na drewnianej poręczy okrąglaka przeczytać można
było, że Sztuka jest gwarancją zdrowia.
Na
początku lat dziewięćdziesiątych osiemdziesięcioletnia
Louise Bourgeois, którą zaczęto określać
jako najwybitniejszą rzeźbiarkę drugiej połowy
naszego stulecia, ponownie zadziwiła kondycją zdrowotną
i nowymi imponującymi dziełami: rozpoczęła
cykl environmentów o typowym dla siebie, ambiwalentnym tytule
„Cell”, budując własną architekturę wspomnień,
swoiste klatki pamięci. Konstruowała pomieszczenia
otoczone ścianami z drzwi, luster, szyb lub drucianej siatki,
w których ustawiała lub zawieszała krzesła, ubrania,
błyszczące kule, nieociosane kamienie, szpule z kolorowymi
nićmi, popsute zabawki, zwierzęce czaszki, makiety
pałacyków z czasów dzieciństwa, fragmenty gobelinów
z rodzinnej pracowni. Zaczęła inscenizować teatr
wnętrza, w którym przedmioty trwają i cierpią
za grzechy nieistniejących już ludzi. „Komórki”, czyli
podstawowe formy biologicznej i społecznej organizacji,
są symbolami domowego życia, które na zewnątrz
zachowuje pozory normalności. Natomiast we wnętrzach
wszystko jest pozorne i co najmniej dwuznaczne: Sypialnia może
być instrumentarium harmonijnego małżeńskiego
pożycia, co sugeruje tytuł instalacji „Czerwony pokój
(Rodzice)” z 1994 roku, i położony na łóżku
ksylofon w futerale. Czerwona pościel i poduszeczka z napisem
„Kocham Ciebie” mogą być symbolami ślubnego szczęścia;
lecz kolor pościeli kojarzy się raczej z buduarem
w domu, zwanym niegdyś publicznym, zaś odbicie futerału
w lustrze wygląda jak aktówka klienta, który chce skorzystać
z płatnej miłości. Wszystko jest takie same a
zarazem inne: co dla jednych jest cierpieniem, dla innych jest
ulotną przyjemnością. Ambiwalencja jest podstawową
cechą Louise Bourgeois, bez względu na rozmiar i charakter
jej dzieł. Cele przedstawiają różne rodzaje
cierpienia: fizyczne, emocjonalne, psychologiczne, duchowe i
intelektualne. Kiedy cierpienie emocjonalne staje się fizyczne?
Kiedy fizyczne staje się emocjonalne? To obieg, który odbywa
się na okrągło. Ból może zacząć
się w każdym punkcie i poruszać się w każdym
kierunku. Każda cela mówi o strachu. Strach to cierpienie.
Często cierpienia nie odczuwa się jako takiego, bo
ono się maskuje. Każda cela pokazuje też zadowolenie
z rozkosznego podglądania, podniety wynikające z przyglądania
się i bycia oglądanym. Cele akceptują się
nawzajem albo odpychają się od siebie. Istnieje ten
pęd do integracji, zlepienia lub rozproszenia się.[12]
Sedno
kobiecości to wstydliwe wnętrzności
Jedyną
do tej pory retrospektywą prac Louise Bourgeois z lat 1994
- 1998 w Niemczech była wystawa „Pająki, outsiderzy,
pary” którą po pobytach w jej nowojorskiej pracowni przygotował
Thomas Kellein, dyrektor Kunsthalle w Bielefeldzie, w pierwszej
połowie 1999 roku. Pokazane na niej zostało czternaście
instalacji i obiektów z materiału, a także czterdzieści
rysunków, w których kontynuuje ona temat kobiecej domowości
i wizualizuje traumatyczne przeżycia z dzieciństwa.
Nowym motywem rysunków są buty, w które zakute są
kobiece stopy, a także dziecięce twarzyczki pod damskimi
pantofelkami. Wydaje się więc, że w rysunku cierpienie
artystki staje się schodzić coraz niżej - bo
na samą ziemię.
Ale
i „Cele” coraz bardziej pustoszeją. Poza opisanym już
„Czerwonym pokojem rodziców” i „Czerwonym pokojem dzieci”, z
nawiniętymi na szpule czerwonymi i niebieskie nićmi
przeznaczenia, usiąść można było w
fotelu na środku owalnej drucianej klatki, nad którą
zawisła wielka pajęczyca ze stali. Jej macki dotykały
podłogi, ich cienie sączyły się przez metalową
pajęczynę. O ścianę oparty był dziurawy
gobelin w ramach i mała zniszczona poduszka z takiej samej
tkaniny, tak że w klatce pamięci pozostało już
bardzo mało rekwizytów. Zaś ostatnia „Cela” - to tylko
„Dwanaście owalnych luster”, w których przeglądały
się bardziej lub mniej sfatygowane krzesła. A ponieważ
ta cela - poprzez ruchomość luster - była otwarta,
więc przy odpowiednim ich ustawieniu w błyszczych
taflach nie przeglądało się nic - reflektowały
one same siebie. Czyżby Louise Bourgeois pogodziła
się z przeszłością?
Chyba
jednak zwraca się znowu ku mniejszym formom ekspresji strachu,
gdyż w dwóch instalacjach „Bez tytułu” (1996) na prostych
metalowych wieszakach zawiesiła dziewczęce jedwabne
sukienki i części bielizny, a wśród nich fragmenty
rąk, które wyrastają jakby z korzeni pnia drzewa,
oraz workowate przedmioty kojarzące się z penisami
imponującej długości. Penisy i piersi zdobiły
także bezgłowe wypchane szmaciane lalki „Outsiderów”
i „Par” w miłosnych uściskach: fetysze nieczystości.
Wydaje się, że najnowsze prace (dwie spośród
nich pokazane zostały na - można bez przesady napisać
epokowej wystawie zbiorowej pod tytułem "Die unheimliche
Frau. Weiblichkeit im Surrealismus", czyli "Niepokojąca
kobieta. Kobiecość w surrealiźmie", która
odbyła się na jesieni ubiegłego roku w Kunsthalle
w Bielefeldzie i którą zajmę się w jednym z najbliższych
numerów "artmixa") rzeźbiarki nawiązują
do klatek Alberto Giacomettiego i lalek Hansa Bellmera, są
ironicznym spojrzeniem na męski punkt widzenia sedna kobiecości,
które, jak wiadomo, znajduje się poniżej pasa. Owo
"sedno", czyli otwór między udami tworu "Bez
tytułu" (2001) z brązowego i różowego materiału
artystka zamknęła w niewielkiej metalowo-szklanej
witrynie: okaz wystawiony na pokaz pożądliwych spojrzeń
jest jednak tylko tym, czym jest naprawdę: kawałkiem
okaleczonej materii, podniesionej do rangi fetysza, z której
jakby starały się wdobyć wstydliwie ukrywane
wnętrzności. Natomiast szmaciana, wypchana trocinami
różowa głowa kobiety, a więc ta część
jej ciała, która nie awansowała jeszcze do rangi męskiego
fetysza, spoczywała niby w sarkofagu, na ławeczce
w większej, metalowo-szklanej witrynie z drewnianą
podłogą i ścianami z drucianej siatki. Jest to
"Cell XXIII (Portret)" Louise Bourgeois z 2000 roku,
minimalistyczne, ale niezwykle wyraziste oblicze cierpienia,
samotności, niezrozumienia i przemijania.
Sztuka
bierze się z naszych potwornych porażek i strasznych
potrzeb. Pokazuje ona trudności w odnalezieniu własnej
tożsamości, ponieważ jest się osobą
pogardzaną. Wszędzie na świecie panuje pogarda
i potrzeba akceptacji. To nie dostarcza satysfakcji. Sztuka
jest możliwością poznania samego siebie,
wyjaśnia Louise Bourgeois.[13]
Tajemnicze
cele mają związków wiele
Poznaniu
biograficznych i historycznych źródeł jej twórczości
służy książka „Louise Bourgeois. Tajemnica
celi”, która wydana została przed trzema laty w renomowanym
Prestel Verlag w Monachium. Autorzy pierwszej tak obszernej
monografii 88-letniej rzeźbiarki, Rainer Crone i Petrus
Graf Schaesberg, specjaliści od sztuki francuskiej i amerykańskiej,
starannie dokumentują poszczególne etapy życia artystki,
która wprawdzie późno osiągnęła rozgłos
i uznanie, ale już dziś zaliczana jest do największych
i najbardziej oryginalnych indywidualności artystycznych
dwudziestego wieku. W albumie, ilustrowanym setką zdjęć
z rodzinnego archiwum oraz pracami z ostatnich pięćdziesięciu
lat, znajdują się także reprodukcje wszystkich
29 „Cel”, które powstały w latach 1986-1998. Ta kontynuatorka
dzieła Berniniego, Rodina i Brancusiego, co słusznie
eksponują niemieccy autorzy, polskiego czytelnika i widza
fascynuje przede wszystkim podobieństwem z Katarzyną
Kobro i Aliną Szapocznikow, dla których proces rzeźbienia
był całkowitym poddaniem się emocjom stanu fizjologicznego,
biologiczno-psychologicznym aktem kreatywnej cielesności,
zaś „Cele” - swoiste klatki pamięci, przypominają
jako żywo nieożywione „Klisze pamięci” Tadeusza
Kantora i jego „Teatr śmierci”, tyle że bez aktorów.
Ale
odkrycia możliwych związków Louise Bourgeois z polskimi
twórc(zyni)ami - przedstawiciel(k)ami tego samego pokolenia
- to już raczej zadanie dla polskiej komparatystki artystycznej,
bo międzynarodowa ich ze względu na nieznajomość
sztuki polskiej po prostu dostrzec nie może. Szczególnie
między ową Amerykanką o francuskich korzeniach
i obydwoma naszymi rzeźbiarkami, które także chętnie
zapuszczały korzenie we Francji, ale ciągle jeszcze
są niestety zbyt mało (u)znane na Wschodzie i Zachodzie.
Text
© Urszula Usakowska-Wolff
Louise
Bourgeois
Urodziła
się 25.12.1911 roku w Paryżu jako druga córka Josephiny
i Louisa Bourgeois, właścicieli pracowni konserwacji
gobelinów i antyków. Od 10 roku życia Louise pomagała
rodzicom w uzupełnianiu zniszczonych fragmentów zabytkowych
tkanin. Mimo zamiłowania do rysunku, po maturze w
1932 roku rozpoczęła studia matematyki i geometrii
na Sorbonie. W tym samym roku zmarła jej matka. Od 1936
roku uczęszczała do licznych szkół artystycznych
w stolicy Francji; poznała wówczas legendarnego rzeźbiarza
Constantina Brancusi i malarza Ferdinanda Légera.
Następnie studiowała historię sztuki w École
du Louvre, gdzie pracowała również jako nauczycielka
angielskiego i przewodniczka po muzeach Louvru. W 1938 roku
wyszła za mąż za amerykańskiego krytyka
sztuki, autora standardowego dzieła „Prymitywizm w sztuce
współczesnej”, Roberta Goldwatera i wyjechała z nim
do Nowego Yorku. Kontynuowała tam studia w Art Students
League. W 1938 roku małżonkowie Bourgeois-Goldwater
adoptowali syna Michela, w 1940 i 1941 roku urodzili się
ich synowie Jean-Louis i Alain. W
latach czterdziestych Louise Bourgeois zajmowała się
głównie malarstwem i rysunkami, ujętymi w cyklu „Femme-Maison”.
Ku rzeźbie zwróciła się pod koniec lat czterdziestych,
tworząc „Personnages” - rzeźby z malowanego
drzewa, umocowane na metalowych kwadratach bezpośrednio
na podłodze, bądź oparte o ściany. Jej „Śpiącą
figurę” kupiło w 1951 roku Museum of Modern Art. W
tym samym roku zmarł jej ojciec. W 1954 roku Louise została
członkiem stowarzyszenia Amerykańskich Artystów Abstrakcyjnych.
W 1956 roku Whitney Museum of American Art nabyło
jej rzeźbę „One and Others”. W latach sześćdziesiątych
artystka pracowała jako nauczycielka sztuki w różnych
college’ach w Nowym Yorku, prowadziła także galerię
starodruków na Madison Avenue. W tym czasie rozpoczęła
serię „Lair” - spiralne, wewnątrz puste, najczęściej
białe formy przestrzenne z gipsu, lateksu bądź
kauczuku, zwisające z sufitu lub umocowane na podestach.
Począwszy od 1967 roku we włoskiej miejscowości
Pietrasanta tworzyła rzeźby z marmuru, falliczne torsa
z wielokrotnymi kobiecymi piersiami, będące zarazem
nawiązaniem jak i dyskursem z dziełami Lorenzo Berniniego
i Auguste Rodina. W 1973 roku zmarł Robert Goldwater. W
1977 roku Louise Bourgeois otrzymała tytuł doktora
honoris causa Uniwersytetu w Yale. Rok później asystentem
i managerem rzeźbiarki został Jerry Gorovoy.
Pierwsza
poważna indywidualna wystawa, a zarazem retrospektywa Louise
Bourgeois, otwarta została dopiero w 1982 roku w Museum
of Modern Art i prezentowała ją jako niesłusznie
zapomnianą główną przedstawicielkę amerykańskiej
sztuki powojennej.
W
drugiej połowie lat osiemdziesiątych Louise Bourgeois
rozpoczęła - kontynuowaną do dziś - serią
instalacji „Cell”, nawiązujących do przeżyć
z lat dzieciństwa i młodości.
Od
końca lat osiemdziesiątych trwa triumfalny pochód
dzieł Luise Bourgeois po międzynarodowych salonach
sztuki. Po wystawie we Frankfurcie nad Menem na przełomie
1989/90 roku, jej prace pokazywane były min. na „documenta
9” w Kassel (1992) i Biennale w Wenecji (1993). W 1999 roku
„mistrzyni sztuki współczesnej” otrzymała - obok Bruce
Naumana - „Złotego Lwa”, prestiżową nagrody Biennale
w Wenecji. Jest również autorką monumentalnej instalacji
w 152-metrowej hali turbin otwartej w 2000 roku Tate Gallery
of Modern Art w Londynie, a zarazem pierwszą osobą
w historii Tate Gallery, której powierzono pracę zleconą.
Text
© Urszula Usakowska-Wolff
Niemieckie
książki o Louise Bourgeois:
Thomas
Kellein
Louise Bourgeois
Tom 1: Rzeźby 1994-98. Tom. II: Rysunki
1998.
Z
dwoma esejami i biografią.
Format
23 x 29 cm. 2 tomy ŕ 48 stron i 90 głównie barwnymi reprodukcjami
Teksty
po niemiecku i angielsku. Dwie broszury z elestyczną banderolą.
VERLAG
DER BUCHHANDLUNG WALTHER
KÖNIG, Köln 1999
Cena EUR 29.80
ISBN: 3-88375-363-7.
Rainer
Crone, Petrus Schaesberg
Louise
Bourgeois
Das Geheimnis der Zelle
1998,
167 str. z licznymi barwnymi reprodukcjami
Prestel
Verlag München
ISBN:
3791319663
Cena DM 98,00
Przypisy