Podróż
do korzeni(a)
Jak
nas widzą, tak nas piszą, a piszą nas tak:
Tu,
w Polsce, ludzie sprawiali wrażenie przygnębionych.
W 1983 roku, w czasie jej pierwszej podróży do Polski, Ruth
myślała, że wydają się przygnębieni,
ponieważ większość z nich cierpiała z
powodu tak strasznych warunków życia. Wówczas brakowało
podstawowych artykułów żywnościowych. W długich
kolejkach ludzie stali za chlebem, za mlekiem. Za wszystkim stało
się w kolejce. Za mydłem, za szamponem, za papierem
toaletowym. (...) Od tamtego czasu zaiste niejedno się zmieniło.
Obecnie można było kupić wyroby Chanela, Armaniego,
Guerlaina, Ralpha Laurena i Calvina Kleina. A sklepy spożywcze
pękały w szwach od kiełbasek i serów, od zawekowanych
i marynowanych mięs i ryb i pieczonych kaczek i kurczaków.
A mimo wszystko ludzie ciągle jeszcze wyglądali ponuro.
W restauracjach, sklepach i urzędach nie zakorzeniła
się jeszcze idea usługowości. Konduktorzy, sprzedawcy,
urzędnicy i kelnerzy przechodzili w niezwykłym tempie
od uległości do nieuprzejmości. Prawie wszyscy
przedstawiciele urzędów potrafili podczas każdej prawie
wymiany zdań bez widocznego powodu zmienić ton z uległego
na rozkazujący. Ruth odkryła, że naprawdę
nie jest łatwo lubić Polaków. Wielu Żydów nie lubiło
Polaków. 'Oni są zawsze nieufni i mają zły humor,
a poza tym mają monopol na niezadbane, brązowe zęby',
powiedział jej przyjaciel Aaron, adwokat, z którym współpracowała,
kiedy dowiedział się, że chce pojechać do
Polski. O Niemcach Żydzi rzadko coś takiego mówili.
Żydzi potrafili odnosić się ze złością
lub wrogością lub ze strachem do Niemców, ale nie nabijali
się z nich tak, jak z Polaków. Ruth wydawało się
to dziwne. Lecz mimo wszystko też się tak zachowywała.
W stosunku do Niemców rzadko okazywała wrogość,
podczas gdy z najmniejszego powodu pluła trucizną i
żółcią, kiedy chodziło o Polaków. 'Kiedy tylko
skończą czterdzieści lat, wyglądają odrażająco,
jak wykończeni i zmięci starcy, tak jakby ich dusza
uleciała z ciała i stała się wątrobą',
powiedziała niedawno do kogoś. Jak można tak mówić
o innych ludziach? Brzydziła się sobą, kiedy wypowiadała
takie rzeczy.
Emocje
rodzinnej promocji
Że
takie rzeczy można nie tylko mówić, ale także z
powodzeniem i bez obrzydzenia pisać, i to na 655 stronach,
jest zasługą Lily Brett, mieszkającej w Nowym Yorku
australijskiej dziennikarki, której alter ego jest Ruth Rothwax,
podróżującej w grudniu 1998 roku, po raz trzeci w ogóle
i po raz pierwszy ze swoim ojcem, 81-letnim Edkiem po Polsce,
krainie okrutnej przeszłości i nie mniej koszmarnej
teraźniejszości. Obrazy i wyrazy tej podróży zawarte
są w opublikowanej w 1999 roku w Australii powieści
"Too Many Men", która przez wiele miesięcy utrzymywała
się na pierwszym miejscu australijskiej listy bestsellerów.
Jej niemieckie wydanie "Zu viele Männer" (Za dużo
mężczyzn) ukazało się na początku tego
roku w wiedeńskim wydawnictwie Deuticke, stając się
z kolei bestsellerem w krajach niemieckojęzycznych, zaś
Lily Brett kultową pisarką, gwiazdą wzruszających
wieczorków autorskich ze skruszoną i łkającą
publicznością. Na spotkania z niemieckojęzycznymi
czytelnikami, które od połowy marca do początku kwietnia
2001 roku odbyły się we Frankfurcie nad Menem, Berlinie,
Hamburgu, Lipsku, Kolonii, Monachium, Wiedniu i Zurychu, Lily
Brett zabrała bowiem swoją najbliższą rodzinę,
czyli męża Davida i córkę Gypsy, a także swojego
ukochanego ojca Maxa, który po raz pierwszy od 53 lat dotknął
niemieckiej ziemi, gdzie tym razem przyjmowano go stojącymi
owacjami. Obecność mieszkającego w Australii ojca
pisarki, która w 1946 roku urodziła się jako Luba Brajsztajn
w obozie dla Displaced Persons w Feldafing koło Monachium,
podkreślić miała autobiograficzny charakter powieści
"Za dużo mężczyzn" - rodzicami Lily Brett
i jej powieściowej bohaterki Ruth Rothwax są Żydzi
z Łodzi, którzy przeżyli tamtejsze getto i obozy zagłady
w Auschwitz i Birkenau, a po wojnie cudem odnaleźli się
w Bawarii, skąd w 1948 roku wyemigrowali do Melbourne, gdzie
bynajmniej nie powitano ich z otwartymi rękami. Byli biednymi
emigrantami, słabo znającymi język angielski, zmuszonymi
do ubogiej egzystencji robotników fabrycznych. Traumatyczne przeżycia
rodzice Lily Brett otaczali milczeniem, lecz ich dorastająca
córka miała wrażenie, że ich czyste, uporządkowane,
pełne mebli i sprzętów gospodarstwa domowego, a mimo
wszystko przeraźliwie puste mieszkanie, wypełnione jest
cieniami zamordowanych krewnych, z którymi jej rodzice prowadzili
rozmowy w niezrozumiałym dla niej języku polskim. Dlatego
też jako dorosła kobieta i uznana szczególnie w Australii,
zaś w Niemczech nieomal bezkrytycznie uwielbiana pisarka,
postanowiła w swojej jedenastej wydanej dotychczas książce
podążyć tropem przemilczanej w znacznym stopniu,
bo tak bolesnej, że trudnej i prawie niemożliwej do
wyartykułowania historii rodzinnej, wyruszając wraz
z rzeczywistym i fikcyjnym ojcem w podróż do Polski, owej
dalekiej i mrocznej krainy cieni.
Miłość
z wzajemnością owocuje twórczością
| hallo |
|
|
|
Lily
Brett z mężem Davidem w Wiedniu
|
Zanim
jednak przyszła autorka bestsellerów zrozumiała, że
- jako przedstawicielka tzw. drugiego pokolenia, czyli dziecko
rodziców ocalałych z Holocaustu, odziedziczyła po nich
ich wojenną traumę, która miała stać się
także jej życiową i twórczą traumą, zbuntowała
się przeciwko rodzicom, pragnących za jej pośrednictwem
zrealizować ich zawodowe marzenia, zniweczone przez niemieckich
wojennych oprawców i emigracyjną rzeczywistość.
Lily, która z woli rodziców miała zostać uznaną
australijską lekarką lub adwokatką, przerwała
naukę w High School w Melbourne, uciekła z domu i w
dziewiętnastym roku życia rozpoczęła karierę
jako dziennikarka najsłynniejszego wówczas australijskiego
magazynu rockowego "Go-Set". Jeździła po USA,
towarzysząc głośnym gwiazdom muzyki, zwanej "mocnym
uderzeniem", z którymi robiła głośne wywiady,
gdyż, czego nie ukrywa, często sama udzielała odpowiedzi
na stawiane im pytania. Część jej rozmówców, do
których należeli min. Jimmi Hendrix, Rolling Stones, Janis
Joplin, The Who, Sonny i Cher (ta ostatnia zrobiła na niej
widocznie tak wielkie wrażenie, że stara się wciąż
być do niej uderzająco podobna), nie była ze względu
na upojenie alkoholowo-narkotyczne w stanie czegokolwiek odpowiedzieć.
Te wszystkie wielkie gwiazdy nie zrobiły na mnie żadnego
wrażenia. Byłam zatopiona w miłości do mojej
podróżnej maszyny do pisania Olivetti. W czasie wywiadów
i koncertów tęskniłam tylko za tym, żeby usiąść
przed nią i wkręcić do niej papier, powiedziała
Lily Brett wysłanniczce gazety Rheinischer Merkur (10.06.2001),
która odwiedziła ją w Nowym Yorku. Pod koniec lat sześćdziesiątych
Lily Brett zasłynęła jako moderatorka muzycznej
audycji w telewizji australijskiej, następnie wyszła
za mąż, urodziła dwoje dzieci i poświęciła
się mało satysfakcjonującemu życiu rodzinnemu.
Żeby uciec przed monotonią codzienności, która
przywoływała na myśl również i jej niedawne
problemy z własnymi rodzicami, wykonywała drobne prace
dziennikarskie, zaczęła także uczęszczać
na psychoterapię. Wtedy to zaczęła uświadamiać
sobie, że wszystkie jej problemy, lęki, psychiczne i
fizyczne (nie)dostatki (np. nadwaga) są związane z traumatycznymi
przeżyciami jej rodziców, ofiar Holocaustu, że i ona
jest, jako przedstawicielka drugiego pokolenia, dziedziczną
ofiarą Zagłady. W pełni zrozumiała to jednak
dopiero pod wpływem prawdziwej miłości, którą
obudził w tej wówczas 32-letniej kobiecie David Rankin, jej
drugi (nie żydowski) mąż, którego opisuje w wydanym
w 1998 roku przez wiedeńskie wydawnictwo Deuticke zbiorze
esejów "Zu sehen" (Do obejrzenia) w rozdziale pt. "Seks":
Opuściłam mojego pierwszego męża nie tylko
dlatego, że zrozumiałam, że zakochałam się
w mężczyźnie, będącym obecnie moim mężem,
ale ponieważ zrozumiałam, że już dłużej
nie pożądam mojego pierwszego męża. Zrozumiałam,
że kiedy mój drugi mąż mnie po raz pierwszy dotknął,
to zmiękły mi kolana. Miękkie kolana są solidnym
miernikiem pożądania. Są więc dobrą wskazówką
miłości. Miłość była prawdziwie
pożądliwa i z wzajemnością, zaowocowała
więc prawdziwą twórczością, bo David zauważył,
że jego żona jest znacznie ciekawsza, niż opisywani
przez nią prominenci, odkrył więc drzemiące
w niej literackie zdolności i wyzwolił pisarskie chęci.
Lily Brett zatopiła się w pamięci, z której zaczęła
wyłaniać się traumatyczna historia jej rodziców.
Żeby lepiej zrozumieć przemilczane przez nich koszmary,
zaczęła masowo kupować literaturę na temat
Holocaustu, od której - o czym donoszą liczni odwiedzający
ją niemieccy dziennikarze, pękają w szwach regały
jej mieszkania w dzielnicy SoHo w Nowym Yorku, do którego państwo
Brett/Rankin przenieśli się w połowie lat osiemdziesiątych.
Pod wpływem lektury o Holocauście i twórczej atmosfery
nowej amerykańskiej ojczyzny, do której Lily Brett żywi
nieodwzajemnione raczej uczucie, gdyż wszystkie jej książki
publikowane są w Australii, a także w Austrii i w Niemczech,
które ostatnio stały się jej nową, duchową
ojczyzną, przeżycia jej rodziców zaczęły wydobywać
się z podświadomości, jakby tylko czekały
na moment, w którym rockowa dziennikarka stanie się pisarką.
Stała się jednak najpierw poetką, wydając
w 1986 roku tomik wierszy "Auschwitz Poems", który otrzymał
główną australijską nagrodę literacką
Victorian Premier´s Literary Award. W sześćdziesięciu
wierszach, z ilustracjami jej męża Davida, który jest
malarzem, czterdziestoletnia wówczas Lily Brett starała się
opisać ogrom fizycznego i moralnego okrucieństwa, którego
jej rodzice Rooshka i Max doświadczyli w piekła najwłaściwszym
hotelu (cytat z wiersza "Sen"), gdzie zginęli
wszyscy ich krewni i znajomi. Byli więc ludźmi, na trwałe
okaleczonymi i przeraźliwie samotnymi, którym zabrano wszystko:
nie tylko najbliższych, ale także indywidualną,
zbiorową i geograficzną tożsamość. Za
fasadą niezwykle uporządkowanego, demonstracyjnie normalnego
życia w Australii, chcieli uciec przed traumatycznymi wspomnieniami
o niekończącym się pochodzie ludzi/ puszczonych
przez komin (cytat z wiersza "Rewir") i o tych,
którzy pili własny mocz/ spali we własnych odchodach/
ostatniego dnia mężczyzna smażył wątrobę
swojego przyjaciela (cytat z wiersza "Ostatni dzień").
Podczas prezentacji niemieckiego wydania "Auschwitz Poems",
które wiosną 2001 roku ukazały się w w wydawnictwie
Deuticke w Wiedniu, w tamtejszym Muzeum Żydowskim
można było oglądać instalację Davida
Rankina, który z osobistych rysunków, ilustrujących "Poematy"
żony, stworzył przejmującą instalację
video-artystyczną na jednej z klatek schodowych tego muzeum.
Przez recenzentów niemieckojęzycznych wiersze Lily Brett
nie zostały jednak dotychczas szerzej omówione, w przeciwieństwie
do wspomnianego już zbioru jej esejów "Zu sehen"
(Do obejrzenia) oraz wydanej na początku 1999 roku również
przez Deuticke autobiograficznej powieści "Einfach so"
(Po prostu), przyjętych przez niemieckie i austriackie media
z entuzjazmem.
Okrutne
doświadczenie przechodzi z pokolenia na pokolenie
Talent
prozatorski i osobowość Lily Brett, które oczarowały
krytyków, trafiły również i w gust niemieckojęzycznych
czytelników obu jej wydanych pod koniec lat dziewięćdziesiątych
książek. Oto bowiem pojawiła się autorka,
która pisarstwo o poważnych sprawach traktuje ze specyficznym
humorem i pop literacką lekkością, pokazująca
typowe dla klasy średniej, codzienne problemy mieszkającej
w Nowym Yorku australijsko-żydowskiej rodziny z pozornie
niewidocznym lecz stale obecnym Holocaustem w tle. Jeżeli
więc pisarka opisuje w esejach "Do obejrzenia"
swój pobyt w eleganckiej nowojorskiej restauracji, wspomina o
ojcu, który głodował w getcie i obozie, w czym upatruje
źródło jego niespożytych (kiedy został wdowcem,
także i seksualnych) powojennych apetytów oraz własnych,
wieloletnich problemów z niezbyt szczupłą sylwetką,
nad której satysfakcjonującą ostatnio w pełni linią
panuje dzięki oszczędnemu spożywaniu, nałogowemu
bieganiu i dźwiganiu ciężarów w fitness studio.
Jeżeli Lily Brett opisuje tamże swoją skłonność
do nadmiernego wysiłku fizycznego, to jest ona skutkiem nieludzkich
ćwiczeń, do których zmuszani byli jej rodzice i inni
żydowscy więźniowie w nazistowskich obozach zagłady.
Jeżeli nosi krótkie włosy, to dlatego, że jej matce
niemieccy oprawcy zgolili głowę. Jest to rodzaj kauzalistyki
psychologicznej, zrozumiałej dla szerokiej publiczności:
każde teraźniejsze działanie ma przyczynę
w przeszłości, bo okrutne doświadczenie przechodzi
z pokolenia na pokolenie i odciska się na pozornie banalnym
i normalnym życiu pisarki i innych osób, występujących
w jej publicystycznej prozie, uwiarygodnionej faktami, zaczerpniętymi
z opracowań na temat Holocaustu. Opisywanie demonów przeszłości
służy ich oswojeniu, dzięki czemu można lepiej
zrozumieć teraźniejsze postawy ludzi, którzy w przeszłości
doświadczyli niewyobrażalnego okrucieństwa i starają
się wyrwać własne życie z cienia Zagłady,
kładącego się także na ich rodzinach. Ma się
jednak wrażenie, że Lily Brett chętnie widzi przede
wszystkim siebie w roli ofiary, bo daje jej to podstawę do
postrzegania świata w prostych kategoriach dobra i zła
i podziału ludzi na białe i czarne charaktery. Pisanie
o traumie jest formą ciągłej psychoterapii, dlatego
też każda nowa książka Lily Brett zawiera
treści z jej poprzednich publikacji: fragmenty jej esejów
"Do obejrzenia" pojawiają się w cotygodniowych
felietonach, które ukazują się od maja 1999 roku w hamburskim
tygodniku DIE ZEIT. Ich zbiór wydany zostaje następnie w
2000 roku pod tytułem "New York" przez Deuticke
Verlag, zaś niektóre z nich wypełniają także
strony powieści "Za dużo mężczyzn".
Jesienią tego roku ukaże się natomiast "Tagebuch
einer Reise", czyli "Pamiętnik jednej podróży",
z zapisem i - jak informuje wydawnictwo Deuticke - wzruszającą
dokumentacją fotograficzną spotkań autorskich,
podczas których Lily Brett w asyście rodziny na wiosnę
tego roku promowała i uwiarygodniała autobiograficzną
powieść "Za dużo mężczyzn"
w Niemczech, Austrii i Szwajcarii.
Bliski
głos z obozu drugich niebios
| |
|
|
|
|
|
Lily
Brett...
|
i
Max, jej dad
|
Niemieckie
wydanie "Too many men" oczekiwane było z niecierpliwością,
podsycaną doniesieniami niemieckojęzycznych mediów o
tym, że pisanie tej najważniejszej i najobszerniejszej
książki w dotychczasowym życiu i twórczości
Lily Brett, doprowadziło ją na skraj rozstroju nerwowego,
że przez trzy miesiące nie wychodziła ze swojego
gabinetu, że zaprzestała nawet kontaktów z ukochaną
rodziną, znajdującą się dosłownie za
ścianą. Wynik wysiłku pisarskiego autorki, a także
translatorskiego jej niemieckiej tłumaczki, Melanie Walz,
jest zaiste okazały: autograficzna powieść o
związkach rodzinnych i pamięci, równie pełna humoru
co poruszająca (jak zapowiada tekst na wewnętrznej
stronie okładki), po niemiecku nazwana "Za dużo
mężczyzn" ma 655, więc z cała pewnością
bardzo dużo stron i sytuuje ją w kategorii dzieł,
określanych w Niemczech mianem "Waelzer", co na
polski można przetłumaczyć jako "cegła".
Dziwne, że ciężar gatunkowy tego dzieła umknął
dotychczas uwadze rodzimych strażników właściwego
wizerunku naszego kraju, tropiących antypolskie manifestacje
głównie tam, gdzie ich nie ma, bo w tej książce
na pewno są. Bohaterką za wielo wątkowej powieści
"Za dużo mężczyzn" jest wspomniana już
Ruth Rothwax, mieszkająca w Nowym Yorku Australijka, prowadząca
coraz lepiej prosperujące biuro pisania listów i innych pism
dla ludzi i firm, ze względu na brak czasu lub zdolności
pozbawionych biegłości w piśmie. Ruth, markowa
kobieta po czterdziestce, obuta w czółenka włoskiej
firmy Prado, przywiązana do wytwornych perfum "Fracas"
firmy Roberta Pigueta, odziana w dyskretną czerń, ozdobioną
metkami designerów na czasie i za duże, gwarantujące
społeczny prestiż pieniądze, bywalczyni wiodących
salonów fryzjerskich i towarzyskich w mieście, zwanym Big
Apple (była min. raz na przyjęciu u właściciela
koncernu kosmetycznego, Ronalda Laudera), rozwiedziona single
po trzech nieudanych małżeństwach, bezdzietna neurotyczka
miejska ze skłonnością do psychoanalizy i Woody
Allena (niestety, raczej bez widoków na dorównanie do oryginału),
jest w rzeczywistości kobietą, która, za fasadą
sukcesu, nie może i chyba nie chce uciec przez przeszłością.
Jest bowiem córką rodziców, którzy przeżyli Holocaust.
Jej matka, nazywana również i w niemieckim wydaniu tej powieści
po amerykańsku mum, piękna i jasnowłosa
Rooshka, zmarła przedwcześnie w Australii na skutek
przejść w łódzkim getcie i w KZ Auschwitz. Ojciec,
czyli dad Edek, pochodzący jak i mum z Łodzi,
dał się w końcu w 81 roku życia namówić
na podróż do Polski, mimo że niezmiennie od lat powtarzał:
Czego szukasz w Polsce? Tam niczego nie ma. Tam wszyscy są
martwi. Tam nie ma nic do obejrzenia. Ponieważ Edek zmienił
zdanie, powieść "Za dużo mężczyzn"
jest rodzajem dziennika podróży, które dad Ed i Ruth
odbyli w ciągu jednego grudniowego tygodnia 1998 roku po
Warszawie, Łodzi, Krakowie i KZ Auschwitz-Birkenau. Jest
to zarazem podróż realna, bo w konkretnych miejscach, prowadząca
w tym samym czasie ku przeszłości, a nawet w zaświaty,
gdyż jedną z osób, konwersujących z Ruth Rothwax
w trakcie tej podróży jest ... Rudolf Hoess (skazany w Procesach
Norymberskich na karę śmierci, wydany władzom polskim
w 1946 i rok później na terenie byłego obozu śmierci
w Auschwitz stracony przez powieszenie), czyli pierwszy komendant
KZ Auschwitz, przebywający na okres powieści w obozie
drugiego nieba. Dosłownie przepisane przez autorkę
fragmenty jego autobiograficznych notatek (których pierwsze, niemieckie
wydanie ukazało się w 1958 roku pod tytułem: "Kommandant
in Auschwitz. Autobiographische Aufzeichnungen"), są
częścią składową tej powieści. Wplecione
w dialogi, jakie toczy ona z tym całkiem zwyczajnym mordercą
zza biurka, egzemplifikują na kartach obszernego dzieła
banalność zła. Powieść ta jest z założenia
fabularyzowanym dokumentem: odkrywaniu śladów zgładzonej
przez Niemców (przy aktywnym udziale Polaków, co chętnie
podkreśla bohaterka, nie podając jednakże konkretnych
przykładów) społeczności żydowskiej w Polsce,
w tym i własnej rodziny (której historia otoczona była
milczeniem rodziców Ruth), towarzyszy obszerna statystyka dotycząca
Holocaustu. Powieść ta jest kompendium wiedzy o Holocauście:
można się min. dowiedzieć, jakie było statystyczne
zagęszczenie ludności w warszawskim i łódzkim getcie
na jedną izbę mieszkalną, jak niska była ilość
spożywanych kalorii, ile setek tysięcy par butów i ile
ton włosów pozostało po Żydach, zagazowanych w
krematoriach KZ Auschwitz-Birkenau. Ponadto można się
także dowiedzieć, w jakim wieku kobiety obecnie przechodzą
menopauzę (bliżej pięćdziesiątego niż
czterdziestego roku życia) i ile gatunków chleba jest w dzisiejszych
Niemczech, mianowicie trzysta. Rozmowy, które Ruth Rothwax prowadzi
z Rudolfem Hoessem, z czasem nawet po imieniu, sprawiają,
że staje się on jej coraz bliższy, gdyż -
podobnie jak wywołująca duchy bohaterka, też nie
lubi(ł) Polaków. Podczas czytania dialogów nasuwa się
wniosek, że gdyby zamiast Żydów równie skutecznie zajął
się Polakami, to by mu wybaczyła. Ale, jak zauważa
bohaterka, sama nie musi teraz życzyć Polakom niczego
złego, bo większość z nich i tak z powodu
nadużywania papierosów, skazana jest na rychłą
śmierć. Ponieważ jednak polscy mężczyźni
(tzn. portierzy hotelowi, kelnerzy i kierowcy taksówek marki Mercedes,
ulubiony przez Rothwaxów środek lokomocji w Polsce) śmierdzą,
mają tłuste włosy i nigdy nie wietrzone ubrania,
więc należałoby ich już przed laty rozstrzelać.
Z kolei Polki, nawet te młode, zawsze wyglądają
staro, bo mają na czarno ufarbowane włosy i brwi, a
także rozmazane karminowe wargi (to chyba te, których nie
stać na szminkę Chanela). Jedna młoda, dwudziestoletnia
Polka (jej kolor włosów umyka uwadze narratorki) w grudniowy
poranek sra w Ogrodzie Saskim, co Ruth Rothwax, oddająca
się porannemu joggingowi po Warszawie, z widoczną satysfakcją
i fascynacją obszernie opisuje, podobnie jak swoje problemy
z jedzeniem i trawieniem (bo ma psychiczną skłonność
do anoreksji i chyba także bulimii), więc rzyga
na warszawskich ulicach i w latrynie ... KZ Birkenau; wydaje także
często i chętnie odgłosy, zwane delikatnie (mniej
delikatnie w powieści) puszczaniem bąków.
Fekalia
to polskie realia
Lily
Brett, pisarka, która swoją karierę zaczynała od
opisywania "mocnego uderzenia", jest zwolenniczką
mocnych wyrazów. Powieść z trudno zrozumiałych
względów nazwana "Za dużo mężczyzn"
tonie więc przede wszystkim w za dużej ilości mocnych
słów i - niestety, nie można tego inaczej przetłumaczyć
- gówna: Gruby balas brązowego gówna zwisał z tyłka
młodej kobiety (tej z Ogrodu Saskiego); Rudolf Hoess
zalewał Ruth (werbalnie) animistycznym gównem, zaś
ulice Łodzi wyglądały tak, jakby wznosiły
się na nich wieże z psiego gówna. Dowiadujemy się
też, że drekk to żydowskie słowo, oznaczające
gówno. Ruth śmiała się. W pewnym sensie Edek miał
rację. Oni drekkowali przez Polskę. Przebijali się
z mozołem przez masę gówna. W kraju, gdzie Ruth
i dad ciągle wchodzą w gówno, to i swoim, bo
nie swoi, dostaje się po równo. Tak więc również
i polscy Żydzi nie wyglądają jak Żydzi (niestety,
autorka nie daje odpowiedzi na to, jak wyglądają Żydzi),
są tak samo pazerni interesowni i złachmanieni jak Polacy
(czyli portierzy, kelnerzy i szoferzy), co gorsza, starają
się odbudować jakieś zręby nowego życia
żydowskiego w Polsce, do czego Ruth odmawia im prawa, bo
są za starzy, żeby się rozmnażać,
ponadto nie mają pojęcia o życiu żydowskim,
ale nie wyjaśnia, co pod tym pojęciem rozumie, tylko
stwierdza, że nie może to być jarmułka
pod kapeluszem. Wie natomiast, że jeżeli w Polsce
- jednym wielkim masowym grobie Żydów - żyją
jeszcze jacyś Żydzi (choć żaden Żyd,
obdarzony odrobiną rozumu, nie może chcieć na stałe
przebywać w takim kraju, zaś żaden ze znanych
mi Żydów nigdy dobrowolnie nie przeniósł by się
do Polski) to powinni oni wyjechać do Izraela lub USA,
w czym powinien im pomóc Ronald Lauder, stojący na czele
Foundation jego imienia. Centrum żydowskie
na ulicy Zachodniej 78 w Łodzi, w którym też śmierdzi,
na szczęście tylko starą kapustą i pleśnią,
ale za to potwornie, dopiero wówczas pozwala Ruth i jej dadowi
zwiedzić w asyście przewodnika cmentarz żydowski
(przewodnik, Tadeusz Kowalski też chyba nie jest Żydem,
bo miał ojca Polaka, tylko matka była Żydówką),
kiedy Ruth oznajmia przewodniczącemu owego Centrum
(który też zresztą marzy o wyjeździe na stałe
do Izraela), że osobiście zna pana Laudera i kiedy daje
wspaniałomyślnie dziesięć tysięcy złotych
na biednych, starych Żydów w Łodzi. Stać ją
na to, bo, jak oświadcza Edek zgiętemu w ukłonie
przewodniczącemu: Moja córka jest bardzo bogata. Nie tak
bogata jak wiszący na ścianie Centrum Ronald
Lauder, ale też ma pieniądze, i co najważniejsze
- hojnie nimi uszczęśliwia także i żydowskie
ofiary polskiego losu. Pan Lauder, u którego była osobiście
raz na przyjęciu, za mało robi dla polskich Żydów,
bo - tu następuje opis obrazu Van Gogha w nowojorskim mieszkaniu
multimilionera, gdyby go, jak się można domyślić,
sprzedał, to wtedy we wzmiankowanym Centrum kapustą
by nie śmierdziało, choć skądinąd wiadomo,
że holenderski malarz też malował jej zagony. Skoro
o kapuście mowa, to odgrywa ona w tej powieści niepoślednią
rolę, gdyż dad i Ruth, podróżujący
pod szczęśliwą gwiazdą Mercedesa z Warszawy
do Łodzi i z Łodzi (gdzie państwowe biuro turystyczne
Orbis nie było w stanie zmienić rezerwacji biletów
na pociąg) do Krakowa, widzą z okien luksusowej limuzyny
zadbane - naprawdę! - polskie wioski, z polami, na których
- w grudniu - rosły równoległe rzędy kapusty
i niezliczone rzędy fasoli. Rzędy jarmużu i czerwonej
kapusty. Między rzędami panowała żenująca
czystość. Przed żadnym z chłopskich domostw
Ruth nie dostrzegła ani jednej słomki, także ani
jednego chwasta. Również i zwierzęta były czyste.
Biało-czarne krowy miały błyszczącą sierść.
Nawet świnie wyglądały na zadbane i umyte.
Na polskich grudniowych drogach nie brakło i innych typowo
polskich zwierząt: Mijali osły i wózki, osły,
obładowane węglem, osły, objuczone słomą.
Przejeżdżali obok mężczyzny, który z gałązek
wyrabiał miotłę. Szkoda, że ten mężczyzna
nie jechał na ośle, bo wówczas byłby to zapewne
nasz Chrystus narodów, jako że uważna bohaterka powieści
madonnę dostrzegła przy i na każdym domostwie.
O tym, że Ruth Rothwax podróż do Polski odbyła,
świadczą ponadto skrupulatnie wymieniane bojowe,
wręcz militarne nazwy warszawskich ulic, gdzie - o dziwo
- na Krakowskim Przedmieściu tuż obok Uniwersytetu mieści
się elegancki sklep z zachodnią, markową konfekcją
męską, zaś, żeby dotrzeć z owego Krakowskiego
Przedmieścia do muru getta na Złotej, najlepiej udać
się pieszo do hotelu Mariott i wsiąść w taksówkę,
której kierowca o getcie nigdy nie słyszał, może
spod Mariotta nie ma ochoty? Po Piotrkowskiej w Łodzi, która
jest najkoszmarniejszym spośród odwiedzonych polskich
miast (Kraków znacznie lepszy, bo tam łatwiej było
Ruth zapomnieć, że mieszkańcy Polski byli
Polakami), mozolą się natomiast tramwaje, objuczone
winogronami pasażerów, w przeciwieństwie do przechodniów,
których nie widać na tej ulicy nawet w sobotni wieczór. Ale,
nie czepiajmy się szczegółów, w końcu jest to fikcja
literacka, więc być może bohaterka powieści,
podróżująca realnie po naszym kraju u schyłku ubiegłego
wieku, korzystała z jakichś mało aktualnych, wirtualnych
przewodników i planów miast. Dla lektorów w wydawnictwach i czytelników,
niezorientowanych w osłach na polskich drogach, chwastach,
rzędach fasoli, kapusty i jarmużu w grudniu, w tramwajach
i sklepach i wieżach z psiego gówna, to w końcu mało
istotne. Ale skoro fikcja ta, jak wynika chociażby z obecności
prawdziwego dada Maxa na wieczorkach autorskich jego prawdziwej
córki Lily, wcale nie jest fikcją, tylko prawdą autobiograficzną,
historyczną i opisem prawdziwej podróży po Polsce, to
australijscy i niemieckojęzyczni lektorzy, wydawcy, krytycy
i czytelnicy też chyba należą do gatunku osłów;
bo zdają się w to wszystko wierzyć i nie podważają
publicznie zawartych w tej książce, takich i innych
niepodważalnych faktów.
Polacken
są łajdaken
Dowiadujemy
się więc, że po wkroczeniu Niemców 7 września
1939 roku do Łodzi: Polacy chcieli zademonstrować
Niemcom swoją lojalność. 'Heil Hitler', krzyczeli.
'Heil Hitler'. Denuncjowali Żydów u Niemców. Polacy, którzy
razem z Żydami chodzili do szkoły, denuncjowali wcześniejszych
przyjaciół. Polacy, którzy od lat robili interesy z Żydami,
denuncjowali ich u Niemców za najmniejsze wykroczenie przeciwko
nowym przepisom. 'Jeszcze pożałujesz tego, że się
ze mną nie chciałaś pierdolić', powiedział
do Rooshki jej kolega z klasy. 'Teraz już nikt cię nie
tknie, ty kawałku gówna', powiedział do niej. 'Miałaś
pecha, że nie chciałaś się ze mną pierdolić'.
Rooshka odeszła milcząc. 'Uważałaś się
za kogoś lepszego', wołał za nią, 'ale się
pomyliłaś. Niemcy wiedzą, kto jest szmatą
a kto nie'.
Szmatami, czyli schmates, byli wówczas i teraz oczywiście
Polacy, jak owe stare, odrażające, brudne i chciwe łódzkie
małżeństwo (stara polska kobieta nosi starą,
czyżby też żydowską perukę, zaś
na wyliniałym bujanym fotelu leży pled z wyliniałego
futerka z kota, żywy kot, też wyliniały, siedzi
na innym zdartym meblu), które sprowadziło się do łódzkiej
kamienicy Rothwaxów na ulicy Kamedulskiej 23 zaraz po wysiedleniu
jej prawowitych właścicieli przez Niemców do getta,
czyli na początku 1940 roku, i w której oknach wiszą
teraz zamiast firanek brudne szmaty. To łódzkie małżeństwo
za cztery tysiące dolarów odsprzedaje im w końcu zawłaszczone
przez siebie i przechowywane w słusznej nadziei na pojawienie
się (po 58 latach) przedstawicieli prawowitych właścicieli,
rodzinne pamiątki Rothwaxów: babciną porcelanę
, która - mimo obecności Ruth i chęci pobicia tej polskiej
hołoty, nie ulega stłuczeniu, a także płaszcz
dziadka, w którym znajduje się informacja, prowadząca
do schowka przy śmietniku, gdzie odkopane zostaje rodzinne
zdjęcie, wskazujące na to, że "Za dużo
mężczyzn" może mieć niestety ciąg
dalszy w Niemczech. Ale nie wybiegajmy w nieopisaną jeszcze
przyszłość, bo podczas tej powieściowej podróży
po Polsce Rothwaxowie odnajdują i odkupują materialne
dowody, świadczące o bogatej przeszłości ich
żydowskiej rodziny w Łodzi i o niezmiennej postawie
wczorajszych i dzisiejszych Polaków: 'Polacy
nienawidzą Żydów,
nic więcej',
powiedziała Ruth. 'Ta
nienawiść siedzi w nich bardzo głęboko. Żadne
z cierpień, których doznali od Niemców, nie zmieniło
czegokolwiek w ich nienawiści do Żydów'.
'To
prawda',
powiedział Edek. Jakich cierpień od Niemców Polacy doznali,
chyba wszyscy czytelnicy wiedzą, bo Ruth nie wyjaśnia,
na czym polegały te doznania. Natomiast z rozmów z komendantem
Rudolfem wynika, że nie miał on żadnych osobistych
antypatii do Żydów (miał,
jak się dowiadujemy, nawet romans z żydowską więźniarką
w KZ Auschwitz), był jedynie sumiennym niemieckim urzędnikiem,
wykonującym skrupulatnie zza biurka ludobójcze rozkazy przełożonych.
Trudno się więc dziwić, że komendant Hoess
staje się coraz bardziej częścią osobowości
Ruth Rothwax a także i Lily Brett, bo wyznała ona gazecie
Rheinischer Merkur (10.06.01): Tydzień po skończeniu
pracy nad powieścią pomyślałam: brakuje mi
go. Brakuje mi Rudolfa Hoessa. Tak długo z nim rozmawiałam.
Musiałam się naprawdę zmusić, żeby znowu
czegoś nowego o nim nie przeczytać. Niemcy byli
kiedyś źli, za co Ruth piórem Lily Brett wysłała
jednego z nich do obozu drugiego nieba i teraz zrobili
się dobrzy, tak więc jedyną sympatyczną osobą,
spotkaną przez nią w Polsce, w najlepszym łódzkim,
jednak potwornie zaniedbanym Grandhotelu Victoria (gdzie
Rothwaxom ukradziono z pokoi napoczęty flakon perfum i jednorazowe
maszynki do golenia), jest Niemka z Berlina, Martina Schmidt,
wykładowczyni w szkole filmowej w Łodzi, która też
nie gustuje w Polakach: Martina uśmiechnęła
się.' Moi studenci nie interesują mnie; a już zupełnie
ci spośród nich, którzy są Polakami'. 'Mogę to
zrozumieć', powiedziała Ruth. 'Nie, żeby nie uważała
Pani swoich studentów za atrakcyjnych, ale to, że nie uważa
pani swoich polskich studentów za atrakcyjnych'. Ruth spojrzała
na Martinę. Obawiała się, że Martina to spostrzeżenie
uzna za otwarcie antypolskie. Ale Martina zaśmiała się.
'To prawda, że Polacy nie należą do najbardziej
pożądanych ludzi na świecie', odpowiedziała.
'Mimo to uważam, że my w szkole filmowej mamy jedne
z ich najmilszych i najbardziej interesujących egzemplarzy.
Poza egzemplarzami, Polacy zwani są w tej książce
nagminnie Polacken, czyli słowem, w Niemczech oficjalnie
dotychczas nie używanym, bo słusznie uchodzącym
za obraźliwe.
Niechęć,
a właściwie jawna, obsesyjna nienawiść do
Polaków i wszystkiego, co polskie, (nawet papierowe chusteczki
do nosa są bardziej szorstkie od amerykańskich, a
polska woda mineralna trująca, więc Ruth pije francuską),
którą Lily Brett celebruje na 655 stronach powieści
"Za dużo mężczyzn", odebrała jej
widocznie zdolność do racjonalnego myślenia. Może
to zresztą wyraz nietkniętej żadną myślą
szczerości, swoistego wdzięku, bezpretensjonalności
i specyficznego humoru, bo przecież autorkę bestsellerów
(i jej wydawców) nie można chyba podejrzewać o głupotę.
Polacy, jacy są, wszyscy i tak wiedzą. Co do Żydów,
to Ruth najlepiej się czuła wśród martwych Żydów.
To byli jej Żydzi. Spoczywający na cmentarzu żydowskim
w Łodzi Żydzi są bowiem wyłącznymi twórcami
byłego i teraźniejszego oblicza tego miasta: Najpiękniejsze
gmachy w Łodzi, być może jedyne piękne gmachy
w Łodzi, zostały zbudowane przez Żydów. Ruth stała
przed numerem siedemnastym na ulicy Ogrodowej, przed Pałacem
Poznańskiego. Israel Poznański był jednym z najważniejszych
przemysłowców w Polsce. Ten pałac zbudował około
1880 roku. (...) Pod numerem sześćdziesiątym na
ulicy Rewolucji 1905 roku znajdowało się Przytulisko,
były dom sierot dla żydowskich dziewczynek. Dziś
gmach ten należał do Uniwersytetu Łódzkiego. Cóż
poczęłaby Łódź bez swoich Żydów? Któż
inny zbudowałby te wszystkie wspaniałe gmachy i pałace?
Co zrobiło by miasto Łódź, gdyby nie pozbyło
się wszystkich swoich Żydów? Gdzie umieszczono by te
wszystkie instytuty i muzea? Jak się okazuje, jej dad
pochodzi też z zamożnej rodziny łódzkich tekstylnych
fabrykantów. Edek, wychowany, jak dowiadujemy się z powieści,
w ortodoksyjnej żydowskiej łódzkiej rodzinie, z Polski
przedwojennej najlepiej pamięta smak...szynki i pontshkes,
w czasie podróży po teraźniejszej konsumuje ogromne
ilości owych tradycyjnych, polskich, kulinarnych przysmaków,
a także pierogów, pasztetówki, kaszanki, parówek, serdelków
i nazwanej również i w niemieckim wydaniu po polsku kiełbasy
(bo w KZ Birkenau, kiedy widział i doznał, jaki nieludzcy
są ludzie, stracił wiarę w Boga, więc przestał
przestrzegać wymogów koszerności). Chętnie mówi
po polsku, najchętniej Oj cholera i że jego córka
jest po żydowsku trochę zwariowana, czyli meschugge,
co Ruth ma mu wprawdzie za złe, ale mu wybacza, bo z wzajemnością
bardzo kocha swojego dada. Wielki i poruszający
powieściowy i ludzki temat, jakim by mogło być
wydobycie historii rodzinnej z cienia Holocaustu, przywrócenia
choćby własnej rodzinie indywidualnej przeszłości,
został zaprzepaszczony i zamieniony w budzącą niesmak
farsę, bo faktycznie opowiedziany z zapowiedzianym na okładce
książki humorem. Tak więc podróżująca
w poszukiwaniu rodzinnych korzeni Ruth Rothwax szasta najchętniej
horrendalnymi napiwkami i obdarza nimi nawet tych, którzy wcale
nie wyciągają ręki, zaś jej ojciec wszystkim
opowiada o bogactwie córki i hojnie rozdziela jej duże
pieniądze. Może w ten sposób chcą przekonać
Polaków, że antysemityzm jest nieopłacalny? To prawda,
że odwiedzane przez Rothwaxów resztki murów getta w Warszawie,
Łodzi, bądź baraki i resztki krematoriów w KZ Auschwitz
i w Birkenau (gdzie Edek odnajduje barak, a nawet i pryczę,
na której przez parę miesięcy wegetował), są
świadectwami Holocaustu, znajdującymi się realnie
i na zawsze w Polsce. Winą za te zbrodnie Ruth Rothwax obarcza
więc nienawistnych Polaków, bo mieszkali i mieszkają
w kraju, w którym pozostały ślady zbrodni, popełnionych
co prawda przez innych, ale przy akceptacji Polaków-antysemitów.
Taka jest logika powieści "Za dużo mężczyzn".
Nawet i te fragmenty, gdzie widzi się uważne oko publicystki
i obserwatorki Lily Brett, którą mają prawo oburzać
antysemickie napisy, jakich pełno w Łodzi (choć
moje wątpliwości budzi jej przekonanie, że to Polacy
pozbyli się wszystkich swoich Żydów, ale mogę
się zgodzić z tym, że nie chcą się
pozbyć antysemickich napisów), a także mętne
próby wyjaśnienia tych napisów przez taksówkarzy jako nieszkodliwe
sportowe, dziecinne bazgroły; oraz fragmenty, gdzie można
podzielać jej słuszny gniew z powodu brodatych i pejsatych
kukiełek żydowskich, sprzedawanych w aspirującym
do centrum nowego życia żydowskiego krakowskim Kazimierzu,
pseudo-koszernych restauracji, pseudo-żydowskich kabaretów,
kapeli klezmerskich i turystyki szlakiem "Listy Schindlera",
a także rutynowo-masowego zwiedzania byłych obozów zagłady
Auschwitz-Birkenau, toną w potoku niekończących
się monologów, raczej mniej niż bardziej humorystycznych
dialogów, wulgaryzmów, liczb, naukowych komentarzy, przetykanych
rozmowami telefonicznymi z pracowniczką biura pisania listów
(ma na imię Max) w Nowym Yorku, która wydaje się być
osobą niezdolną do podjęcia żadnej decyzji
bez konsultacji z tropiącą przeszłość,
czyli głównie złych Polacken, szefową. Rothwaxowie
zwiedzają, biegają, jeżdżą, jedzą
(Ruth bardzo mało, dad bardzo dużo), płacą
i wciąż rozmawiają, a kiedy nie mają o czym,
to płaczą, śmieją się, są wzburzeni,
chcą bić i tępić tępych antysemitów:
Polaków. Polaków, przypominających wizerunki Żydów,
rodem z nazistowskiego "Stürmera" i filmu "Jud
Süss", które - jak wynika z dialogów z Rudolfem, Ruth, czyli
jej twórczyni Brett, dokładnie czytała i oglądała.
Wczorajszy Jud Süss to w powieści "Za dużo mężczyzn"
dzisiejszy Polacke Kowalski. Nawet momenty wzniosłe i przejmujące
są przez autorkę w następnej chwili ośmieszane
i banalizowane, zamieniając się niestety w potworny
kicz. Przed wyjazdem do Oświęcimia Ruth krzyczy więc
histerycznie na recepcjonistę krakowskiego hotelu Mimoza
i kierowcę taksówki, że nie jedzie do Muzeum,
tylko do Obozu Śmierci Auschwitz-Birkenau, a tam -
chyba jako wyraz całkowitej identyfikacji z ofiarami - wymiotuje
do latryny. Nie chce uczestniczyć w komercjalizacji Holocaustu
w Auschwitz, oznajmiając, że nie wejdzie do sklepu z
muzealnymi pamiątkami, a potem kupuje tam kilkanaście
książek i kaset video. Przewodnika, Jerzego Branickiego,
oprowadzającego dada i Ruth po byłym obozie śmierci,
który stara się im wyjaśnić, że jest to dziś
siłą rzeczy muzeum (bo czym innym mogłoby być,
przecież nie Parkiem Zagłady z Holocaust-Reality-Show!),
nazywa w rozmowie z Edkiem Arschloch! (Ty dupo!). Widocznie
jej wolno tak się wyrażać w takim miejscu, i to
kilka razy. Nie przyjmuje do wiadomości słów Branickiego,
że także i polska rodzina jego żony tam została
zgładzona. Ruth Rothwax jest bowiem przekonana, że tylko
jej ofiary są jedynymi, pełnoprawnymi i prawdziwymi
ofiarami Holocaustu: To było straszne, co przeżyła
mum, i ty, dad. Tak, to było straszne, Ruth. Takie dialogi
świadczą o tym, że Ruth wie, że jej rodzice
przeżyli tam coś strasznego. Zachowuje się w Polsce,
także i w byłym Obozie Śmierci
Auschwitz-Birkenau, jak współczesny
Übermensch: poucza i strofuje wszystkich, bo przyjechała
z lepszej, co stale podkreśla, cywilizowanej, doskonale uzębionej,
markowo ubranej, pachnącej drogimi perfumami, oczytanej i
wykształconej części świata, pochodzi ponadto
z rodziny faktycznych ofiar, więc prawda historyczna oraz
sympatie dzisiejszych czytelników muszą być w tej sytuacji
po jej stronie. Ma się wręcz wrażenie, że
to właśnie Ruth Rothwax jest jedyną spadkobierczynią
wszystkich reprezentowanych przez nią żydowskich ofiar
Holocaustu, że to jedynie ona ma prawo przemawiać w
ich imieniu, bo one przez nią i dzięki niej dopuszczone
zostały do głosu, więc uzurpuje sobie prawo i autorytet
moralny do wypisywania sądów ostrych, głośnych,
obraźliwych, często mimowolnie komicznych i prostackich,
ale podbudowanych historią rodzinną i niepodważalnymi
historycznymi faktami.
Ruth
i dad mają happy end
Ofiara,
na którą kreuje się Lily Brett, czyli jej bohaterka
Ruth, nie jest daremna. Powieść "Za dużo mężczyzn"
została bardzo dobrze przyjęta, bo ofiara musi mieć
rację - w Niemczech, gdzie ukazało się kilkadziesiąt
entuzjastycznych recenzji tej książki, podkreślano
szczególnie jej autobiograficzny charakter i opisywano ją
przez pryzmat biografii pisarki i jej rodziców, Maxa i Rose Brett.
Antypolski wydźwięk tej powieści bądź
w ogóle nie został odnotowany, bądź skwitowany
lakonicznym stwierdzeniem, że autorce z takim życiorysem,
mieszkającej ponadto w USA, wolno jest pisać w stylu
"polish jokes". Tylko dwie gazety zdobyły się
na zamieszczenie krytycznych słów: Sueddeutsche Zeitung (17.05.01),
w której Marta Kijowska napisała: Pozostaje uczucie, że
przeczytało się książkę, sprawiającą
z wielu powodów wrażenie niezdecydowania, ale która z pewnością
da nowy pokarm antypolskim resentymentom wśród Żydów
i - jeżeli miałaby się kiedyś ukazać
w Polsce - antyżydowskim wśród Polaków. Zaś
Andreas Nentwich tak zakończył swoją recenzję
w hamburskim tygodniku DIE ZEIT (21.04.01): Czy prawda jest
podzielna? Nikt nie będzie mógł wobec historii życia
Lily Brett domagać się ugodowej perspektywy. Ale można
wymagać od niej przynajmniej uczciwości, chociażby
profesjonalnego rozszerzenia horyzontu na trudną historię
Polski. Jej książka, bez względu na to, jak wstrząsające
zdają się być niektóre jej fragmenty, jest wykolejeniem.
Nie broni się przed nienawiścią, konserwuje wrogość,
wręcz ją rozmnaża, dostarczając nowej strawy
etnicznemu szaleństwu, przeciągającemu przez świat
i Europę. 'Za dużo mężczyzn' - smutne, że
trzeba to stwierdzić w momencie, kiedy znowu, jak teraz u
nas, należy przeciwstawić się początkom zła
- jest przede wszystkim: jedną książką za
dużo. Jednak książek, które się dobrze
rozchodzą (do tej pory sprzedano 30 tysięcy egzemplarzy
tej powieści), nigdy za dużo. Szczególnie że ten
- przed jesiennym wydaniem wzruszającego "Pamiętnika
jednej podróży" - przedostatni przejaw twórczości
Lily Brett kończy się, jak na Amerykankę z wyboru
przystało, happy endem. Okazuje się bowiem, że
dad do Polski przyjechał głównie po to, żeby
namówić kapryśną córkę do ożenku za jednym
australijskim malarzem Garthem Taylorem (bo Edek od czasu do czasu
posługuje się żargonem, czyli dziwacznym językiem
australijskim, przetłumaczonym na niemiecki w stylu pokracznego
jiddisch-wasserpolnisch), czyli za jedynym gojem, który lubi
czulent. Samego dada też nie opuszcza szczęśliwa
gwiazda, spotyka on bowiem w krakowskim hotelu Mimoza dwie
kobiety z Sopotu, jakby wyjęte ze starych filmów o Flipie
i Flapie: grubą blondynę Zofię i chudą Walentynę,
które wprawdzie nie wiadomo dlaczego się w powieści
pojawiły, ale za to wiadomo po co. Ponieważ dad
Ed gustuje w grubych blondynach, partnerką upojnej seks-nocy
z dziarskim staruszkiem zostaje pełno kształtna Zofia
(jest tak ognista, że nawet w grudniu nie nosi pończoch),
może przyszła mum? Tak więc powieść
o powrocie do rodzinnych korzeni kończy się jak w znanym
polskim (może też żydowskim?) porzekadle: im dąb
starszy tym ma korzeń twardszy. Jak to dobrze, że nasze
ciężko doświadczone i zwaśnione narody z Holocaustem
w tle, mają przynajmniej jeden wspólny korzeń. Jeszcze
całkiem jary, szkoda, że za stary, żeby się
rozmnożyć.
Oj
cholera, to jest meschugge, Lily Brett!
PS.
Starając się o zamieszczenie wzruszającej dokumentacji
fotograficznej z rodzinnych wieczorków autorskich Lily Brett,
towarzyszących promocji powieści "Za dużo
mężczyzn", skontaktowałam się z wydawnictwem
Deuticke w Wiedniu, skąd dostałam zgodę na publikację
kilku zdjęć w "Tyglu Kultury". Ponieważ
udzieliła jej pani z kierownictwa tego wydawnictwa o imieniu
i nazwisku takim samym, jak powieściowa, niemiecka wykładowczyni
w łódzkiej szkole filmowej, czyli Martina Schmidt, opowiadająca
o najmilszych i najbardziej interesujących egzemplarzach
spośród niezbyt na świecie pożądanych
Polaków, zapytałam ją więc, czy zbieżność
powieściowej i jej prawdziwej osoby jest przypadkowa. Otrzymałam
następującą odpowiedź (e-mail z 7.08.01, godz.
10:01.29 letniego czasu środkowoeuropejskiego): Z powieściową
Martiną Schmidt mam tylko zbieżne imię i nazwisko.
Pani Brett lubi w ten sposób stawiać ludziom, których lubi,
rodzaj literackiego pomnika. Również i firma adwokacka Schoedel,
Firth&Thompson jest takim przypadkiem: Schoedel to mój mąż,
Firth&Thompson to fryzjerzy pani Brett w Nowym Yorku. Jest
pani teraz jednym z bardzo niewielu ludzi w Europie, którzy to
wiedzą! Ale, żarty na bok, mam nadzieję, że
niezbyt życzliwe Polakom poglądy protagonistki, w Polsce
nie zostaną odebrane, jak to częściowo tu się
stało, jako poglądy jej autorki. Osobiście
lubię być jedną z niewielu wiedzących, tym
niemniej chętnie dzielę się tą wiedzą
z czytelnikami "Tygla Kultury", bo lubię, kiedy
więcej ludzi w Europie może się dowiedzieć,
że poglądy powieściowej protagonistki są jej
wyłączną sprawą.
Tekst © Urszula Usakowska-Wolff
TYGIEL
KULTURY Nr 1 - 3/2002
Wszystkie
cytaty, oprócz tych, których źródło podano osobno w
powyższym tekście pochodzą z niemieckiego wydania
powieści "Zu viele Männer" i zostały przetłumaczone
na polski przez Urszulę Usakowska-Wolff.
Lily
Brett
Zu viele Männer. Roman.
Aus dem Amerikanischen von Melanie Walz
Franz Deuticke
Verlagsgesellschaft m.b.H.
Wien - Frankfurt/Main 2001
Cena 49,90 DM (obecnie 24,90 €)