Podróż do korzeni(a)

Jak nas widzą, tak nas piszą, a piszą nas tak:

Tu, w Polsce, ludzie sprawiali wrażenie przygnębionych. W 1983 roku, w czasie jej pierwszej podróży do Polski, Ruth myślała, że wydają się przygnębieni, ponieważ większość z nich cierpiała z powodu tak strasznych warunków życia. Wówczas brakowało podstawowych artykułów żywnościowych. W długich kolejkach ludzie stali za chlebem, za mlekiem. Za wszystkim stało się w kolejce. Za mydłem, za szamponem, za papierem toaletowym. (...) Od tamtego czasu zaiste niejedno się zmieniło. Obecnie można było kupić wyroby Chanela, Armaniego, Guerlaina, Ralpha Laurena i Calvina Kleina. A sklepy spożywcze pękały w szwach od kiełbasek i serów, od zawekowanych i marynowanych mięs i ryb i pieczonych kaczek i kurczaków. A mimo wszystko ludzie ciągle jeszcze wyglądali ponuro. W restauracjach, sklepach i urzędach nie zakorzeniła się jeszcze idea usługowości. Konduktorzy, sprzedawcy, urzędnicy i kelnerzy przechodzili w niezwykłym tempie od uległości do nieuprzejmości. Prawie wszyscy przedstawiciele urzędów potrafili podczas każdej prawie wymiany zdań bez widocznego powodu zmienić ton z uległego na rozkazujący. Ruth odkryła, że naprawdę nie jest łatwo lubić Polaków. Wielu Żydów nie lubiło Polaków. 'Oni są zawsze nieufni i mają zły humor, a poza tym mają monopol na niezadbane, brązowe zęby', powiedział jej przyjaciel Aaron, adwokat, z którym współpracowała, kiedy dowiedział się, że chce pojechać do Polski. O Niemcach Żydzi rzadko coś takiego mówili. Żydzi potrafili odnosić się ze złością lub wrogością lub ze strachem do Niemców, ale nie nabijali się z nich tak, jak z Polaków. Ruth wydawało się to dziwne. Lecz mimo wszystko też się tak zachowywała. W stosunku do Niemców rzadko okazywała wrogość, podczas gdy z najmniejszego powodu pluła trucizną i żółcią, kiedy chodziło o Polaków. 'Kiedy tylko skończą czterdzieści lat, wyglądają odrażająco, jak wykończeni i zmięci starcy, tak jakby ich dusza uleciała z ciała i stała się wątrobą', powiedziała niedawno do kogoś. Jak można tak mówić o innych ludziach? Brzydziła się sobą, kiedy wypowiadała takie rzeczy.

Emocje rodzinnej promocji

Że takie rzeczy można nie tylko mówić, ale także z powodzeniem i bez obrzydzenia pisać, i to na 655 stronach, jest zasługą Lily Brett, mieszkającej w Nowym Yorku australijskiej dziennikarki, której alter ego jest Ruth Rothwax, podróżującej w grudniu 1998 roku, po raz trzeci w ogóle i po raz pierwszy ze swoim ojcem, 81-letnim Edkiem po Polsce, krainie okrutnej przeszłości i nie mniej koszmarnej teraźniejszości. Obrazy i wyrazy tej podróży zawarte są w opublikowanej w 1999 roku w Australii powieści "Too Many Men", która przez wiele miesięcy utrzymywała się na pierwszym miejscu australijskiej listy bestsellerów. Jej niemieckie wydanie "Zu viele Männer" (Za dużo mężczyzn) ukazało się na początku tego roku w wiedeńskim wydawnictwie Deuticke, stając się z kolei bestsellerem w krajach niemieckojęzycznych, zaś Lily Brett kultową pisarką, gwiazdą wzruszających wieczorków autorskich ze skruszoną i łkającą publicznością. Na spotkania z niemieckojęzycznymi czytelnikami, które od połowy marca do początku kwietnia 2001 roku odbyły się we Frankfurcie nad Menem, Berlinie, Hamburgu, Lipsku, Kolonii, Monachium, Wiedniu i Zurychu, Lily Brett zabrała bowiem swoją najbliższą rodzinę, czyli męża Davida i córkę Gypsy, a także swojego ukochanego ojca Maxa, który po raz pierwszy od 53 lat dotknął niemieckiej ziemi, gdzie tym razem przyjmowano go stojącymi owacjami. Obecność mieszkającego w Australii ojca pisarki, która w 1946 roku urodziła się jako Luba Brajsztajn w obozie dla Displaced Persons w Feldafing koło Monachium, podkreślić miała autobiograficzny charakter powieści "Za dużo mężczyzn" - rodzicami Lily Brett i jej powieściowej bohaterki Ruth Rothwax są Żydzi z Łodzi, którzy przeżyli tamtejsze getto i obozy zagłady w Auschwitz i Birkenau, a po wojnie cudem odnaleźli się w Bawarii, skąd w 1948 roku wyemigrowali do Melbourne, gdzie bynajmniej nie powitano ich z otwartymi rękami. Byli biednymi emigrantami, słabo znającymi język angielski, zmuszonymi do ubogiej egzystencji robotników fabrycznych. Traumatyczne przeżycia rodzice Lily Brett otaczali milczeniem, lecz ich dorastająca córka miała wrażenie, że ich czyste, uporządkowane, pełne mebli i sprzętów gospodarstwa domowego, a mimo wszystko przeraźliwie puste mieszkanie, wypełnione jest cieniami zamordowanych krewnych, z którymi jej rodzice prowadzili rozmowy w niezrozumiałym dla niej języku polskim. Dlatego też jako dorosła kobieta i uznana szczególnie w Australii, zaś w Niemczech nieomal bezkrytycznie uwielbiana pisarka, postanowiła w swojej jedenastej wydanej dotychczas książce podążyć tropem przemilczanej w znacznym stopniu, bo tak bolesnej, że trudnej i prawie niemożliwej do wyartykułowania historii rodzinnej, wyruszając wraz z rzeczywistym i fikcyjnym ojcem w podróż do Polski, owej dalekiej i mrocznej krainy cieni.

Miłość z wzajemnością owocuje twórczością

hallo
Lily Brett z mezem Davidem w Wiedniu. Fot. Jaqueline Mitelman
Lily Brett z mężem Davidem w Wiedniu

Zanim jednak przyszła autorka bestsellerów zrozumiała, że - jako przedstawicielka tzw. drugiego pokolenia, czyli dziecko rodziców ocalałych z Holocaustu, odziedziczyła po nich ich wojenną traumę, która miała stać się także jej życiową i twórczą traumą, zbuntowała się przeciwko rodzicom, pragnących za jej pośrednictwem zrealizować ich zawodowe marzenia, zniweczone przez niemieckich wojennych oprawców i emigracyjną rzeczywistość. Lily, która z woli rodziców miała zostać uznaną australijską lekarką lub adwokatką, przerwała naukę w High School w Melbourne, uciekła z domu i w dziewiętnastym roku życia rozpoczęła karierę jako dziennikarka najsłynniejszego wówczas australijskiego magazynu rockowego "Go-Set". Jeździła po USA, towarzysząc głośnym gwiazdom muzyki, zwanej "mocnym uderzeniem", z którymi robiła głośne wywiady, gdyż, czego nie ukrywa, często sama udzielała odpowiedzi na stawiane im pytania. Część jej rozmówców, do których należeli min. Jimmi Hendrix, Rolling Stones, Janis Joplin, The Who, Sonny i Cher (ta ostatnia zrobiła na niej widocznie tak wielkie wrażenie, że stara się wciąż być do niej uderzająco podobna), nie była ze względu na upojenie alkoholowo-narkotyczne w stanie czegokolwiek odpowiedzieć. Te wszystkie wielkie gwiazdy nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Byłam zatopiona w miłości do mojej podróżnej maszyny do pisania Olivetti. W czasie wywiadów i koncertów tęskniłam tylko za tym, żeby usiąść przed nią i wkręcić do niej papier, powiedziała Lily Brett wysłanniczce gazety Rheinischer Merkur (10.06.2001), która odwiedziła ją w Nowym Yorku. Pod koniec lat sześćdziesiątych Lily Brett zasłynęła jako moderatorka muzycznej audycji w telewizji australijskiej, następnie wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci i poświęciła się mało satysfakcjonującemu życiu rodzinnemu. Żeby uciec przed monotonią codzienności, która przywoływała na myśl również i jej niedawne problemy z własnymi rodzicami, wykonywała drobne prace dziennikarskie, zaczęła także uczęszczać na psychoterapię. Wtedy to zaczęła uświadamiać sobie, że wszystkie jej problemy, lęki, psychiczne i fizyczne (nie)dostatki (np. nadwaga) są związane z traumatycznymi przeżyciami jej rodziców, ofiar Holocaustu, że i ona jest, jako przedstawicielka drugiego pokolenia, dziedziczną ofiarą Zagłady. W pełni zrozumiała to jednak dopiero pod wpływem prawdziwej miłości, którą obudził w tej wówczas 32-letniej kobiecie David Rankin, jej drugi (nie żydowski) mąż, którego opisuje w wydanym w 1998 roku przez wiedeńskie wydawnictwo Deuticke zbiorze esejów "Zu sehen" (Do obejrzenia) w rozdziale pt. "Seks": Opuściłam mojego pierwszego męża nie tylko dlatego, że zrozumiałam, że zakochałam się w mężczyźnie, będącym obecnie moim mężem, ale ponieważ zrozumiałam, że już dłużej nie pożądam mojego pierwszego męża. Zrozumiałam, że kiedy mój drugi mąż mnie po raz pierwszy dotknął, to zmiękły mi kolana. Miękkie kolana są solidnym miernikiem pożądania. Są więc dobrą wskazówką miłości. Miłość była prawdziwie pożądliwa i z wzajemnością, zaowocowała więc prawdziwą twórczością, bo David zauważył, że jego żona jest znacznie ciekawsza, niż opisywani przez nią prominenci, odkrył więc drzemiące w niej literackie zdolności i wyzwolił pisarskie chęci. Lily Brett zatopiła się w pamięci, z której zaczęła wyłaniać się traumatyczna historia jej rodziców. Żeby lepiej zrozumieć przemilczane przez nich koszmary, zaczęła masowo kupować literaturę na temat Holocaustu, od której - o czym donoszą liczni odwiedzający ją niemieccy dziennikarze, pękają w szwach regały jej mieszkania w dzielnicy SoHo w Nowym Yorku, do którego państwo Brett/Rankin przenieśli się w połowie lat osiemdziesiątych. Pod wpływem lektury o Holocauście i twórczej atmosfery nowej amerykańskiej ojczyzny, do której Lily Brett żywi nieodwzajemnione raczej uczucie, gdyż wszystkie jej książki publikowane są w Australii, a także w Austrii i w Niemczech, które ostatnio stały się jej nową, duchową ojczyzną, przeżycia jej rodziców zaczęły wydobywać się z podświadomości, jakby tylko czekały na moment, w którym rockowa dziennikarka stanie się pisarką. Stała się jednak najpierw poetką, wydając w 1986 roku tomik wierszy "Auschwitz Poems", który otrzymał główną australijską nagrodę literacką Victorian Premier´s Literary Award. W sześćdziesięciu wierszach, z ilustracjami jej męża Davida, który jest malarzem, czterdziestoletnia wówczas Lily Brett starała się opisać ogrom fizycznego i moralnego okrucieństwa, którego jej rodzice Rooshka i Max doświadczyli w piekła najwłaściwszym hotelu (cytat z wiersza "Sen"), gdzie zginęli wszyscy ich krewni i znajomi. Byli więc ludźmi, na trwałe okaleczonymi i przeraźliwie samotnymi, którym zabrano wszystko: nie tylko najbliższych, ale także indywidualną, zbiorową i geograficzną tożsamość. Za fasadą niezwykle uporządkowanego, demonstracyjnie normalnego życia w Australii, chcieli uciec przed traumatycznymi wspomnieniami o niekończącym się pochodzie ludzi/ puszczonych przez komin (cytat z wiersza "Rewir") i o tych, którzy pili własny mocz/ spali we własnych odchodach/ ostatniego dnia mężczyzna smażył wątrobę swojego przyjaciela (cytat z wiersza "Ostatni dzień"). Podczas prezentacji niemieckiego wydania "Auschwitz Poems", które wiosną 2001 roku ukazały się w w wydawnictwie Deuticke w Wiedniu, w tamtejszym Muzeum Żydowskim można było oglądać instalację Davida Rankina, który z osobistych rysunków, ilustrujących "Poematy" żony, stworzył przejmującą instalację video-artystyczną na jednej z klatek schodowych tego muzeum. Przez recenzentów niemieckojęzycznych wiersze Lily Brett nie zostały jednak dotychczas szerzej omówione, w przeciwieństwie do wspomnianego już zbioru jej esejów "Zu sehen" (Do obejrzenia) oraz wydanej na początku 1999 roku również przez Deuticke autobiograficznej powieści "Einfach so" (Po prostu), przyjętych przez niemieckie i austriackie media z entuzjazmem.

Okrutne doświadczenie przechodzi z pokolenia na pokolenie

Talent prozatorski i osobowość Lily Brett, które oczarowały krytyków, trafiły również i w gust niemieckojęzycznych czytelników obu jej wydanych pod koniec lat dziewięćdziesiątych książek. Oto bowiem pojawiła się autorka, która pisarstwo o poważnych sprawach traktuje ze specyficznym humorem i pop literacką lekkością, pokazująca typowe dla klasy średniej, codzienne problemy mieszkającej w Nowym Yorku australijsko-żydowskiej rodziny z pozornie niewidocznym lecz stale obecnym Holocaustem w tle. Jeżeli więc pisarka opisuje w esejach "Do obejrzenia" swój pobyt w eleganckiej nowojorskiej restauracji, wspomina o ojcu, który głodował w getcie i obozie, w czym upatruje źródło jego niespożytych (kiedy został wdowcem, także i seksualnych) powojennych apetytów oraz własnych, wieloletnich problemów z niezbyt szczupłą sylwetką, nad której satysfakcjonującą ostatnio w pełni linią panuje dzięki oszczędnemu spożywaniu, nałogowemu bieganiu i dźwiganiu ciężarów w fitness studio. Jeżeli Lily Brett opisuje tamże swoją skłonność do nadmiernego wysiłku fizycznego, to jest ona skutkiem nieludzkich ćwiczeń, do których zmuszani byli jej rodzice i inni żydowscy więźniowie w nazistowskich obozach zagłady. Jeżeli nosi krótkie włosy, to dlatego, że jej matce niemieccy oprawcy zgolili głowę. Jest to rodzaj kauzalistyki psychologicznej, zrozumiałej dla szerokiej publiczności: każde teraźniejsze działanie ma przyczynę w przeszłości, bo okrutne doświadczenie przechodzi z pokolenia na pokolenie i odciska się na pozornie banalnym i normalnym życiu pisarki i innych osób, występujących w jej publicystycznej prozie, uwiarygodnionej faktami, zaczerpniętymi z opracowań na temat Holocaustu. Opisywanie demonów przeszłości służy ich oswojeniu, dzięki czemu można lepiej zrozumieć teraźniejsze postawy ludzi, którzy w przeszłości doświadczyli niewyobrażalnego okrucieństwa i starają się wyrwać własne życie z cienia Zagłady, kładącego się także na ich rodzinach. Ma się jednak wrażenie, że Lily Brett chętnie widzi przede wszystkim siebie w roli ofiary, bo daje jej to podstawę do postrzegania świata w prostych kategoriach dobra i zła i podziału ludzi na białe i czarne charaktery. Pisanie o traumie jest formą ciągłej psychoterapii, dlatego też każda nowa książka Lily Brett zawiera treści z jej poprzednich publikacji: fragmenty jej esejów "Do obejrzenia" pojawiają się w cotygodniowych felietonach, które ukazują się od maja 1999 roku w hamburskim tygodniku DIE ZEIT. Ich zbiór wydany zostaje następnie w 2000 roku pod tytułem "New York" przez Deuticke Verlag, zaś niektóre z nich wypełniają także strony powieści "Za dużo mężczyzn". Jesienią tego roku ukaże się natomiast "Tagebuch einer Reise", czyli "Pamiętnik jednej podróży", z zapisem i - jak informuje wydawnictwo Deuticke - wzruszającą dokumentacją fotograficzną spotkań autorskich, podczas których Lily Brett w asyście rodziny na wiosnę tego roku promowała i uwiarygodniała autobiograficzną powieść "Za dużo mężczyzn" w Niemczech, Austrii i Szwajcarii.

Bliski głos z obozu drugich niebios

   
Lily Brett w Berlinie. Fot. Jacqueline Mitelman
Lily Brett z ojcem Maxem w Lipsku. Fot. Jacqueline Mitelman
Lily Brett...
i Max, jej dad

Niemieckie wydanie "Too many men" oczekiwane było z niecierpliwością, podsycaną doniesieniami niemieckojęzycznych mediów o tym, że pisanie tej najważniejszej i najobszerniejszej książki w dotychczasowym życiu i twórczości Lily Brett, doprowadziło ją na skraj rozstroju nerwowego, że przez trzy miesiące nie wychodziła ze swojego gabinetu, że zaprzestała nawet kontaktów z ukochaną rodziną, znajdującą się dosłownie za ścianą. Wynik wysiłku pisarskiego autorki, a także translatorskiego jej niemieckiej tłumaczki, Melanie Walz, jest zaiste okazały: autograficzna powieść o związkach rodzinnych i pamięci, równie pełna humoru co poruszająca (jak zapowiada tekst na wewnętrznej stronie okładki), po niemiecku nazwana "Za dużo mężczyzn" ma 655, więc z cała pewnością bardzo dużo stron i sytuuje ją w kategorii dzieł, określanych w Niemczech mianem "Waelzer", co na polski można przetłumaczyć jako "cegła". Dziwne, że ciężar gatunkowy tego dzieła umknął dotychczas uwadze rodzimych strażników właściwego wizerunku naszego kraju, tropiących antypolskie manifestacje głównie tam, gdzie ich nie ma, bo w tej książce na pewno są. Bohaterką za wielo wątkowej powieści "Za dużo mężczyzn" jest wspomniana już Ruth Rothwax, mieszkająca w Nowym Yorku Australijka, prowadząca coraz lepiej prosperujące biuro pisania listów i innych pism dla ludzi i firm, ze względu na brak czasu lub zdolności pozbawionych biegłości w piśmie. Ruth, markowa kobieta po czterdziestce, obuta w czółenka włoskiej firmy Prado, przywiązana do wytwornych perfum "Fracas" firmy Roberta Pigueta, odziana w dyskretną czerń, ozdobioną metkami designerów na czasie i za duże, gwarantujące społeczny prestiż pieniądze, bywalczyni wiodących salonów fryzjerskich i towarzyskich w mieście, zwanym Big Apple (była min. raz na przyjęciu u właściciela koncernu kosmetycznego, Ronalda Laudera), rozwiedziona single po trzech nieudanych małżeństwach, bezdzietna neurotyczka miejska ze skłonnością do psychoanalizy i Woody Allena (niestety, raczej bez widoków na dorównanie do oryginału), jest w rzeczywistości kobietą, która, za fasadą sukcesu, nie może i chyba nie chce uciec przez przeszłością. Jest bowiem córką rodziców, którzy przeżyli Holocaust. Jej matka, nazywana również i w niemieckim wydaniu tej powieści po amerykańsku mum, piękna i jasnowłosa Rooshka, zmarła przedwcześnie w Australii na skutek przejść w łódzkim getcie i w KZ Auschwitz. Ojciec, czyli dad Edek, pochodzący jak i mum z Łodzi, dał się w końcu w 81 roku życia namówić na podróż do Polski, mimo że niezmiennie od lat powtarzał: Czego szukasz w Polsce? Tam niczego nie ma. Tam wszyscy są martwi. Tam nie ma nic do obejrzenia. Ponieważ Edek zmienił zdanie, powieść "Za dużo mężczyzn" jest rodzajem dziennika podróży, które dad Ed i Ruth odbyli w ciągu jednego grudniowego tygodnia 1998 roku po Warszawie, Łodzi, Krakowie i KZ Auschwitz-Birkenau. Jest to zarazem podróż realna, bo w konkretnych miejscach, prowadząca w tym samym czasie ku przeszłości, a nawet w zaświaty, gdyż jedną z osób, konwersujących z Ruth Rothwax w trakcie tej podróży jest ... Rudolf Hoess (skazany w Procesach Norymberskich na karę śmierci, wydany władzom polskim w 1946 i rok później na terenie byłego obozu śmierci w Auschwitz stracony przez powieszenie), czyli pierwszy komendant KZ Auschwitz, przebywający na okres powieści w obozie drugiego nieba. Dosłownie przepisane przez autorkę fragmenty jego autobiograficznych notatek (których pierwsze, niemieckie wydanie ukazało się w 1958 roku pod tytułem: "Kommandant in Auschwitz. Autobiographische Aufzeichnungen"), są częścią składową tej powieści. Wplecione w dialogi, jakie toczy ona z tym całkiem zwyczajnym mordercą zza biurka, egzemplifikują na kartach obszernego dzieła banalność zła. Powieść ta jest z założenia fabularyzowanym dokumentem: odkrywaniu śladów zgładzonej przez Niemców (przy aktywnym udziale Polaków, co chętnie podkreśla bohaterka, nie podając jednakże konkretnych przykładów) społeczności żydowskiej w Polsce, w tym i własnej rodziny (której historia otoczona była milczeniem rodziców Ruth), towarzyszy obszerna statystyka dotycząca Holocaustu. Powieść ta jest kompendium wiedzy o Holocauście: można się min. dowiedzieć, jakie było statystyczne zagęszczenie ludności w warszawskim i łódzkim getcie na jedną izbę mieszkalną, jak niska była ilość spożywanych kalorii, ile setek tysięcy par butów i ile ton włosów pozostało po Żydach, zagazowanych w krematoriach KZ Auschwitz-Birkenau. Ponadto można się także dowiedzieć, w jakim wieku kobiety obecnie przechodzą menopauzę (bliżej pięćdziesiątego niż czterdziestego roku życia) i ile gatunków chleba jest w dzisiejszych Niemczech, mianowicie trzysta. Rozmowy, które Ruth Rothwax prowadzi z Rudolfem Hoessem, z czasem nawet po imieniu, sprawiają, że staje się on jej coraz bliższy, gdyż - podobnie jak wywołująca duchy bohaterka, też nie lubi(ł) Polaków. Podczas czytania dialogów nasuwa się wniosek, że gdyby zamiast Żydów równie skutecznie zajął się Polakami, to by mu wybaczyła. Ale, jak zauważa bohaterka, sama nie musi teraz życzyć Polakom niczego złego, bo większość z nich i tak z powodu nadużywania papierosów, skazana jest na rychłą śmierć. Ponieważ jednak polscy mężczyźni (tzn. portierzy hotelowi, kelnerzy i kierowcy taksówek marki Mercedes, ulubiony przez Rothwaxów środek lokomocji w Polsce) śmierdzą, mają tłuste włosy i nigdy nie wietrzone ubrania, więc należałoby ich już przed laty rozstrzelać. Z kolei Polki, nawet te młode, zawsze wyglądają staro, bo mają na czarno ufarbowane włosy i brwi, a także rozmazane karminowe wargi (to chyba te, których nie stać na szminkę Chanela). Jedna młoda, dwudziestoletnia Polka (jej kolor włosów umyka uwadze narratorki) w grudniowy poranek sra w Ogrodzie Saskim, co Ruth Rothwax, oddająca się porannemu joggingowi po Warszawie, z widoczną satysfakcją i fascynacją obszernie opisuje, podobnie jak swoje problemy z jedzeniem i trawieniem (bo ma psychiczną skłonność do anoreksji i chyba także bulimii), więc rzyga na warszawskich ulicach i w latrynie ... KZ Birkenau; wydaje także często i chętnie odgłosy, zwane delikatnie (mniej delikatnie w powieści) puszczaniem bąków.

Fekalia to polskie realia

Lily Brett, pisarka, która swoją karierę zaczynała od opisywania "mocnego uderzenia", jest zwolenniczką mocnych wyrazów. Powieść z trudno zrozumiałych względów nazwana "Za dużo mężczyzn" tonie więc przede wszystkim w za dużej ilości mocnych słów i - niestety, nie można tego inaczej przetłumaczyć - gówna: Gruby balas brązowego gówna zwisał z tyłka młodej kobiety (tej z Ogrodu Saskiego); Rudolf Hoess zalewał Ruth (werbalnie) animistycznym gównem, zaś ulice Łodzi wyglądały tak, jakby wznosiły się na nich wieże z psiego gówna. Dowiadujemy się też, że drekk to żydowskie słowo, oznaczające gówno. Ruth śmiała się. W pewnym sensie Edek miał rację. Oni drekkowali przez Polskę. Przebijali się z mozołem przez masę gówna. W kraju, gdzie Ruth i dad ciągle wchodzą w gówno, to i swoim, bo nie swoi, dostaje się po równo. Tak więc również i polscy Żydzi nie wyglądają jak Żydzi (niestety, autorka nie daje odpowiedzi na to, jak wyglądają Żydzi), są tak samo pazerni interesowni i złachmanieni jak Polacy (czyli portierzy, kelnerzy i szoferzy), co gorsza, starają się odbudować jakieś zręby nowego życia żydowskiego w Polsce, do czego Ruth odmawia im prawa, bo są za starzy, żeby się rozmnażać, ponadto nie mają pojęcia o życiu żydowskim, ale nie wyjaśnia, co pod tym pojęciem rozumie, tylko stwierdza, że nie może to być jarmułka pod kapeluszem. Wie natomiast, że jeżeli w Polsce - jednym wielkim masowym grobie Żydów - żyją jeszcze jacyś Żydzi (choć żaden Żyd, obdarzony odrobiną rozumu, nie może chcieć na stałe przebywać w takim kraju, zaś żaden ze znanych mi Żydów nigdy dobrowolnie nie przeniósł by się do Polski) to powinni oni wyjechać do Izraela lub USA, w czym powinien im pomóc Ronald Lauder, stojący na czele Foundation jego imienia. Centrum żydowskie na ulicy Zachodniej 78 w Łodzi, w którym też śmierdzi, na szczęście tylko starą kapustą i pleśnią, ale za to potwornie, dopiero wówczas pozwala Ruth i jej dadowi zwiedzić w asyście przewodnika cmentarz żydowski (przewodnik, Tadeusz Kowalski też chyba nie jest Żydem, bo miał ojca Polaka, tylko matka była Żydówką), kiedy Ruth oznajmia przewodniczącemu owego Centrum (który też zresztą marzy o wyjeździe na stałe do Izraela), że osobiście zna pana Laudera i kiedy daje wspaniałomyślnie dziesięć tysięcy złotych na biednych, starych Żydów w Łodzi. Stać ją na to, bo, jak oświadcza Edek zgiętemu w ukłonie przewodniczącemu: Moja córka jest bardzo bogata. Nie tak bogata jak wiszący na ścianie Centrum Ronald Lauder, ale też ma pieniądze, i co najważniejsze - hojnie nimi uszczęśliwia także i żydowskie ofiary polskiego losu. Pan Lauder, u którego była osobiście raz na przyjęciu, za mało robi dla polskich Żydów, bo - tu następuje opis obrazu Van Gogha w nowojorskim mieszkaniu multimilionera, gdyby go, jak się można domyślić, sprzedał, to wtedy we wzmiankowanym Centrum kapustą by nie śmierdziało, choć skądinąd wiadomo, że holenderski malarz też malował jej zagony. Skoro o kapuście mowa, to odgrywa ona w tej powieści niepoślednią rolę, gdyż dad i Ruth, podróżujący pod szczęśliwą gwiazdą Mercedesa z Warszawy do Łodzi i z Łodzi (gdzie państwowe biuro turystyczne Orbis nie było w stanie zmienić rezerwacji biletów na pociąg) do Krakowa, widzą z okien luksusowej limuzyny zadbane - naprawdę! - polskie wioski, z polami, na których - w grudniu - rosły równoległe rzędy kapusty i niezliczone rzędy fasoli. Rzędy jarmużu i czerwonej kapusty. Między rzędami panowała żenująca czystość. Przed żadnym z chłopskich domostw Ruth nie dostrzegła ani jednej słomki, także ani jednego chwasta. Również i zwierzęta były czyste. Biało-czarne krowy miały błyszczącą sierść. Nawet świnie wyglądały na zadbane i umyte. Na polskich grudniowych drogach nie brakło i innych typowo polskich zwierząt: Mijali osły i wózki, osły, obładowane węglem, osły, objuczone słomą. Przejeżdżali obok mężczyzny, który z gałązek wyrabiał miotłę. Szkoda, że ten mężczyzna nie jechał na ośle, bo wówczas byłby to zapewne nasz Chrystus narodów, jako że uważna bohaterka powieści madonnę dostrzegła przy i na każdym domostwie. O tym, że Ruth Rothwax podróż do Polski odbyła, świadczą ponadto skrupulatnie wymieniane bojowe, wręcz militarne nazwy warszawskich ulic, gdzie - o dziwo - na Krakowskim Przedmieściu tuż obok Uniwersytetu mieści się elegancki sklep z zachodnią, markową konfekcją męską, zaś, żeby dotrzeć z owego Krakowskiego Przedmieścia do muru getta na Złotej, najlepiej udać się pieszo do hotelu Mariott i wsiąść w taksówkę, której kierowca o getcie nigdy nie słyszał, może spod Mariotta nie ma ochoty? Po Piotrkowskiej w Łodzi, która jest najkoszmarniejszym spośród odwiedzonych polskich miast (Kraków znacznie lepszy, bo tam łatwiej było Ruth zapomnieć, że mieszkańcy Polski byli Polakami), mozolą się natomiast tramwaje, objuczone winogronami pasażerów, w przeciwieństwie do przechodniów, których nie widać na tej ulicy nawet w sobotni wieczór. Ale, nie czepiajmy się szczegółów, w końcu jest to fikcja literacka, więc być może bohaterka powieści, podróżująca realnie po naszym kraju u schyłku ubiegłego wieku, korzystała z jakichś mało aktualnych, wirtualnych przewodników i planów miast. Dla lektorów w wydawnictwach i czytelników, niezorientowanych w osłach na polskich drogach, chwastach, rzędach fasoli, kapusty i jarmużu w grudniu, w tramwajach i sklepach i wieżach z psiego gówna, to w końcu mało istotne. Ale skoro fikcja ta, jak wynika chociażby z obecności prawdziwego dada Maxa na wieczorkach autorskich jego prawdziwej córki Lily, wcale nie jest fikcją, tylko prawdą autobiograficzną, historyczną i opisem prawdziwej podróży po Polsce, to australijscy i niemieckojęzyczni lektorzy, wydawcy, krytycy i czytelnicy też chyba należą do gatunku osłów; bo zdają się w to wszystko wierzyć i nie podważają publicznie zawartych w tej książce, takich i innych niepodważalnych faktów.

Polacken są łajdaken

Dowiadujemy się więc, że po wkroczeniu Niemców 7 września 1939 roku do Łodzi: Polacy chcieli zademonstrować Niemcom swoją lojalność. 'Heil Hitler', krzyczeli. 'Heil Hitler'. Denuncjowali Żydów u Niemców. Polacy, którzy razem z Żydami chodzili do szkoły, denuncjowali wcześniejszych przyjaciół. Polacy, którzy od lat robili interesy z Żydami, denuncjowali ich u Niemców za najmniejsze wykroczenie przeciwko nowym przepisom. 'Jeszcze pożałujesz tego, że się ze mną nie chciałaś pierdolić', powiedział do Rooshki jej kolega z klasy. 'Teraz już nikt cię nie tknie, ty kawałku gówna', powiedział do niej. 'Miałaś pecha, że nie chciałaś się ze mną pierdolić'. Rooshka odeszła milcząc. 'Uważałaś się za kogoś lepszego', wołał za nią, 'ale się pomyliłaś. Niemcy wiedzą, kto jest szmatą a kto nie'. Szmatami, czyli schmates, byli wówczas i teraz oczywiście Polacy, jak owe stare, odrażające, brudne i chciwe łódzkie małżeństwo (stara polska kobieta nosi starą, czyżby też żydowską perukę, zaś na wyliniałym bujanym fotelu leży pled z wyliniałego futerka z kota, żywy kot, też wyliniały, siedzi na innym zdartym meblu), które sprowadziło się do łódzkiej kamienicy Rothwaxów na ulicy Kamedulskiej 23 zaraz po wysiedleniu jej prawowitych właścicieli przez Niemców do getta, czyli na początku 1940 roku, i w której oknach wiszą teraz zamiast firanek brudne szmaty. To łódzkie małżeństwo za cztery tysiące dolarów odsprzedaje im w końcu zawłaszczone przez siebie i przechowywane w słusznej nadziei na pojawienie się (po 58 latach) przedstawicieli prawowitych właścicieli, rodzinne pamiątki Rothwaxów: babciną porcelanę , która - mimo obecności Ruth i chęci pobicia tej polskiej hołoty, nie ulega stłuczeniu, a także płaszcz dziadka, w którym znajduje się informacja, prowadząca do schowka przy śmietniku, gdzie odkopane zostaje rodzinne zdjęcie, wskazujące na to, że "Za dużo mężczyzn" może mieć niestety ciąg dalszy w Niemczech. Ale nie wybiegajmy w nieopisaną jeszcze przyszłość, bo podczas tej powieściowej podróży po Polsce Rothwaxowie odnajdują i odkupują materialne dowody, świadczące o bogatej przeszłości ich żydowskiej rodziny w Łodzi i o niezmiennej postawie wczorajszych i dzisiejszych Polaków: 'Polacy nienawidzą Żydów, nic więcej', powiedziała Ruth. 'Ta nienawiść siedzi w nich bardzo głęboko. Żadne z cierpień, których doznali od Niemców, nie zmieniło czegokolwiek w ich nienawiści do Żydów'. 'To prawda', powiedział Edek. Jakich cierpień od Niemców Polacy doznali, chyba wszyscy czytelnicy wiedzą, bo Ruth nie wyjaśnia, na czym polegały te doznania. Natomiast z rozmów z komendantem Rudolfem wynika, że nie miał on żadnych osobistych antypatii do Żydów (miał, jak się dowiadujemy, nawet romans z żydowską więźniarką w KZ Auschwitz), był jedynie sumiennym niemieckim urzędnikiem, wykonującym skrupulatnie zza biurka ludobójcze rozkazy przełożonych. Trudno się więc dziwić, że komendant Hoess staje się coraz bardziej częścią osobowości Ruth Rothwax a także i Lily Brett, bo wyznała ona gazecie Rheinischer Merkur (10.06.01): Tydzień po skończeniu pracy nad powieścią pomyślałam: brakuje mi go. Brakuje mi Rudolfa Hoessa. Tak długo z nim rozmawiałam. Musiałam się naprawdę zmusić, żeby znowu czegoś nowego o nim nie przeczytać. Niemcy byli kiedyś źli, za co Ruth piórem Lily Brett wysłała jednego z nich do obozu drugiego nieba i teraz zrobili się dobrzy, tak więc jedyną sympatyczną osobą, spotkaną przez nią w Polsce, w najlepszym łódzkim, jednak potwornie zaniedbanym Grandhotelu Victoria (gdzie Rothwaxom ukradziono z pokoi napoczęty flakon perfum i jednorazowe maszynki do golenia), jest Niemka z Berlina, Martina Schmidt, wykładowczyni w szkole filmowej w Łodzi, która też nie gustuje w Polakach: Martina uśmiechnęła się.' Moi studenci nie interesują mnie; a już zupełnie ci spośród nich, którzy są Polakami'. 'Mogę to zrozumieć', powiedziała Ruth. 'Nie, żeby nie uważała Pani swoich studentów za atrakcyjnych, ale to, że nie uważa pani swoich polskich studentów za atrakcyjnych'. Ruth spojrzała na Martinę. Obawiała się, że Martina to spostrzeżenie uzna za otwarcie antypolskie. Ale Martina zaśmiała się. 'To prawda, że Polacy nie należą do najbardziej pożądanych ludzi na świecie', odpowiedziała. 'Mimo to uważam, że my w szkole filmowej mamy jedne z ich najmilszych i najbardziej interesujących egzemplarzy. Poza egzemplarzami, Polacy zwani są w tej książce nagminnie Polacken, czyli słowem, w Niemczech oficjalnie dotychczas nie używanym, bo słusznie uchodzącym za obraźliwe.

Niechęć, a właściwie jawna, obsesyjna nienawiść do Polaków i wszystkiego, co polskie, (nawet papierowe chusteczki do nosa są bardziej szorstkie od amerykańskich, a polska woda mineralna trująca, więc Ruth pije francuską), którą Lily Brett celebruje na 655 stronach powieści "Za dużo mężczyzn", odebrała jej widocznie zdolność do racjonalnego myślenia. Może to zresztą wyraz nietkniętej żadną myślą szczerości, swoistego wdzięku, bezpretensjonalności i specyficznego humoru, bo przecież autorkę bestsellerów (i jej wydawców) nie można chyba podejrzewać o głupotę. Polacy, jacy są, wszyscy i tak wiedzą. Co do Żydów, to Ruth najlepiej się czuła wśród martwych Żydów. To byli jej Żydzi. Spoczywający na cmentarzu żydowskim w Łodzi Żydzi są bowiem wyłącznymi twórcami byłego i teraźniejszego oblicza tego miasta: Najpiękniejsze gmachy w Łodzi, być może jedyne piękne gmachy w Łodzi, zostały zbudowane przez Żydów. Ruth stała przed numerem siedemnastym na ulicy Ogrodowej, przed Pałacem Poznańskiego. Israel Poznański był jednym z najważniejszych przemysłowców w Polsce. Ten pałac zbudował około 1880 roku. (...) Pod numerem sześćdziesiątym na ulicy Rewolucji 1905 roku znajdowało się Przytulisko, były dom sierot dla żydowskich dziewczynek. Dziś gmach ten należał do Uniwersytetu Łódzkiego. Cóż poczęłaby Łódź bez swoich Żydów? Któż inny zbudowałby te wszystkie wspaniałe gmachy i pałace? Co zrobiło by miasto Łódź, gdyby nie pozbyło się wszystkich swoich Żydów? Gdzie umieszczono by te wszystkie instytuty i muzea? Jak się okazuje, jej dad pochodzi też z zamożnej rodziny łódzkich tekstylnych fabrykantów. Edek, wychowany, jak dowiadujemy się z powieści, w ortodoksyjnej żydowskiej łódzkiej rodzinie, z Polski przedwojennej najlepiej pamięta smak...szynki i pontshkes, w czasie podróży po teraźniejszej konsumuje ogromne ilości owych tradycyjnych, polskich, kulinarnych przysmaków, a także pierogów, pasztetówki, kaszanki, parówek, serdelków i nazwanej również i w niemieckim wydaniu po polsku kiełbasy (bo w KZ Birkenau, kiedy widział i doznał, jaki nieludzcy są ludzie, stracił wiarę w Boga, więc przestał przestrzegać wymogów koszerności). Chętnie mówi po polsku, najchętniej Oj cholera i że jego córka jest po żydowsku trochę zwariowana, czyli meschugge, co Ruth ma mu wprawdzie za złe, ale mu wybacza, bo z wzajemnością bardzo kocha swojego dada. Wielki i poruszający powieściowy i ludzki temat, jakim by mogło być wydobycie historii rodzinnej z cienia Holocaustu, przywrócenia choćby własnej rodzinie indywidualnej przeszłości, został zaprzepaszczony i zamieniony w budzącą niesmak farsę, bo faktycznie opowiedziany z zapowiedzianym na okładce książki humorem. Tak więc podróżująca w poszukiwaniu rodzinnych korzeni Ruth Rothwax szasta najchętniej horrendalnymi napiwkami i obdarza nimi nawet tych, którzy wcale nie wyciągają ręki, zaś jej ojciec wszystkim opowiada o bogactwie córki i hojnie rozdziela jej duże pieniądze. Może w ten sposób chcą przekonać Polaków, że antysemityzm jest nieopłacalny? To prawda, że odwiedzane przez Rothwaxów resztki murów getta w Warszawie, Łodzi, bądź baraki i resztki krematoriów w KZ Auschwitz i w Birkenau (gdzie Edek odnajduje barak, a nawet i pryczę, na której przez parę miesięcy wegetował), są świadectwami Holocaustu, znajdującymi się realnie i na zawsze w Polsce. Winą za te zbrodnie Ruth Rothwax obarcza więc nienawistnych Polaków, bo mieszkali i mieszkają w kraju, w którym pozostały ślady zbrodni, popełnionych co prawda przez innych, ale przy akceptacji Polaków-antysemitów. Taka jest logika powieści "Za dużo mężczyzn". Nawet i te fragmenty, gdzie widzi się uważne oko publicystki i obserwatorki Lily Brett, którą mają prawo oburzać antysemickie napisy, jakich pełno w Łodzi (choć moje wątpliwości budzi jej przekonanie, że to Polacy pozbyli się wszystkich swoich Żydów, ale mogę się zgodzić z tym, że nie chcą się pozbyć antysemickich napisów), a także mętne próby wyjaśnienia tych napisów przez taksówkarzy jako nieszkodliwe sportowe, dziecinne bazgroły; oraz fragmenty, gdzie można podzielać jej słuszny gniew z powodu brodatych i pejsatych kukiełek żydowskich, sprzedawanych w aspirującym do centrum nowego życia żydowskiego krakowskim Kazimierzu, pseudo-koszernych restauracji, pseudo-żydowskich kabaretów, kapeli klezmerskich i turystyki szlakiem "Listy Schindlera", a także rutynowo-masowego zwiedzania byłych obozów zagłady Auschwitz-Birkenau, toną w potoku niekończących się monologów, raczej mniej niż bardziej humorystycznych dialogów, wulgaryzmów, liczb, naukowych komentarzy, przetykanych rozmowami telefonicznymi z pracowniczką biura pisania listów (ma na imię Max) w Nowym Yorku, która wydaje się być osobą niezdolną do podjęcia żadnej decyzji bez konsultacji z tropiącą przeszłość, czyli głównie złych Polacken, szefową. Rothwaxowie zwiedzają, biegają, jeżdżą, jedzą (Ruth bardzo mało, dad bardzo dużo), płacą i wciąż rozmawiają, a kiedy nie mają o czym, to płaczą, śmieją się, są wzburzeni, chcą bić i tępić tępych antysemitów: Polaków. Polaków, przypominających wizerunki Żydów, rodem z nazistowskiego "Stürmera" i filmu "Jud Süss", które - jak wynika z dialogów z Rudolfem, Ruth, czyli jej twórczyni Brett, dokładnie czytała i oglądała. Wczorajszy Jud Süss to w powieści "Za dużo mężczyzn" dzisiejszy Polacke Kowalski. Nawet momenty wzniosłe i przejmujące są przez autorkę w następnej chwili ośmieszane i banalizowane, zamieniając się niestety w potworny kicz. Przed wyjazdem do Oświęcimia Ruth krzyczy więc histerycznie na recepcjonistę krakowskiego hotelu Mimoza i kierowcę taksówki, że nie jedzie do Muzeum, tylko do Obozu Śmierci Auschwitz-Birkenau, a tam - chyba jako wyraz całkowitej identyfikacji z ofiarami - wymiotuje do latryny. Nie chce uczestniczyć w komercjalizacji Holocaustu w Auschwitz, oznajmiając, że nie wejdzie do sklepu z muzealnymi pamiątkami, a potem kupuje tam kilkanaście książek i kaset video. Przewodnika, Jerzego Branickiego, oprowadzającego dada i Ruth po byłym obozie śmierci, który stara się im wyjaśnić, że jest to dziś siłą rzeczy muzeum (bo czym innym mogłoby być, przecież nie Parkiem Zagłady z Holocaust-Reality-Show!), nazywa w rozmowie z Edkiem Arschloch! (Ty dupo!). Widocznie jej wolno tak się wyrażać w takim miejscu, i to kilka razy. Nie przyjmuje do wiadomości słów Branickiego, że także i polska rodzina jego żony tam została zgładzona. Ruth Rothwax jest bowiem przekonana, że tylko jej ofiary są jedynymi, pełnoprawnymi i prawdziwymi ofiarami Holocaustu: To było straszne, co przeżyła mum, i ty, dad. Tak, to było straszne, Ruth. Takie dialogi świadczą o tym, że Ruth wie, że jej rodzice przeżyli tam coś strasznego. Zachowuje się w Polsce, także i w byłym Obozie Śmierci Auschwitz-Birkenau, jak współczesny Übermensch: poucza i strofuje wszystkich, bo przyjechała z lepszej, co stale podkreśla, cywilizowanej, doskonale uzębionej, markowo ubranej, pachnącej drogimi perfumami, oczytanej i wykształconej części świata, pochodzi ponadto z rodziny faktycznych ofiar, więc prawda historyczna oraz sympatie dzisiejszych czytelników muszą być w tej sytuacji po jej stronie. Ma się wręcz wrażenie, że to właśnie Ruth Rothwax jest jedyną spadkobierczynią wszystkich reprezentowanych przez nią żydowskich ofiar Holocaustu, że to jedynie ona ma prawo przemawiać w ich imieniu, bo one przez nią i dzięki niej dopuszczone zostały do głosu, więc uzurpuje sobie prawo i autorytet moralny do wypisywania sądów ostrych, głośnych, obraźliwych, często mimowolnie komicznych i prostackich, ale podbudowanych historią rodzinną i niepodważalnymi historycznymi faktami.

Ruth i dad mają happy end

Ofiara, na którą kreuje się Lily Brett, czyli jej bohaterka Ruth, nie jest daremna. Powieść "Za dużo mężczyzn" została bardzo dobrze przyjęta, bo ofiara musi mieć rację - w Niemczech, gdzie ukazało się kilkadziesiąt entuzjastycznych recenzji tej książki, podkreślano szczególnie jej autobiograficzny charakter i opisywano ją przez pryzmat biografii pisarki i jej rodziców, Maxa i Rose Brett. Antypolski wydźwięk tej powieści bądź w ogóle nie został odnotowany, bądź skwitowany lakonicznym stwierdzeniem, że autorce z takim życiorysem, mieszkającej ponadto w USA, wolno jest pisać w stylu "polish jokes". Tylko dwie gazety zdobyły się na zamieszczenie krytycznych słów: Sueddeutsche Zeitung (17.05.01), w której Marta Kijowska napisała: Pozostaje uczucie, że przeczytało się książkę, sprawiającą z wielu powodów wrażenie niezdecydowania, ale która z pewnością da nowy pokarm antypolskim resentymentom wśród Żydów i - jeżeli miałaby się kiedyś ukazać w Polsce - antyżydowskim wśród Polaków. Zaś Andreas Nentwich tak zakończył swoją recenzję w hamburskim tygodniku DIE ZEIT (21.04.01): Czy prawda jest podzielna? Nikt nie będzie mógł wobec historii życia Lily Brett domagać się ugodowej perspektywy. Ale można wymagać od niej przynajmniej uczciwości, chociażby profesjonalnego rozszerzenia horyzontu na trudną historię Polski. Jej książka, bez względu na to, jak wstrząsające zdają się być niektóre jej fragmenty, jest wykolejeniem. Nie broni się przed nienawiścią, konserwuje wrogość, wręcz ją rozmnaża, dostarczając nowej strawy etnicznemu szaleństwu, przeciągającemu przez świat i Europę. 'Za dużo mężczyzn' - smutne, że trzeba to stwierdzić w momencie, kiedy znowu, jak teraz u nas, należy przeciwstawić się początkom zła - jest przede wszystkim: jedną książką za dużo. Jednak książek, które się dobrze rozchodzą (do tej pory sprzedano 30 tysięcy egzemplarzy tej powieści), nigdy za dużo. Szczególnie że ten - przed jesiennym wydaniem wzruszającego "Pamiętnika jednej podróży" - przedostatni przejaw twórczości Lily Brett kończy się, jak na Amerykankę z wyboru przystało, happy endem. Okazuje się bowiem, że dad do Polski przyjechał głównie po to, żeby namówić kapryśną córkę do ożenku za jednym australijskim malarzem Garthem Taylorem (bo Edek od czasu do czasu posługuje się żargonem, czyli dziwacznym językiem australijskim, przetłumaczonym na niemiecki w stylu pokracznego jiddisch-wasserpolnisch), czyli za jedynym gojem, który lubi czulent. Samego dada też nie opuszcza szczęśliwa gwiazda, spotyka on bowiem w krakowskim hotelu Mimoza dwie kobiety z Sopotu, jakby wyjęte ze starych filmów o Flipie i Flapie: grubą blondynę Zofię i chudą Walentynę, które wprawdzie nie wiadomo dlaczego się w powieści pojawiły, ale za to wiadomo po co. Ponieważ dad Ed gustuje w grubych blondynach, partnerką upojnej seks-nocy z dziarskim staruszkiem zostaje pełno kształtna Zofia (jest tak ognista, że nawet w grudniu nie nosi pończoch), może przyszła mum? Tak więc powieść o powrocie do rodzinnych korzeni kończy się jak w znanym polskim (może też żydowskim?) porzekadle: im dąb starszy tym ma korzeń twardszy. Jak to dobrze, że nasze ciężko doświadczone i zwaśnione narody z Holocaustem w tle, mają przynajmniej jeden wspólny korzeń. Jeszcze całkiem jary, szkoda, że za stary, żeby się rozmnożyć.

Oj cholera, to jest meschugge, Lily Brett!


Lily Brett: "Zu viele Männer" (Za duzo mezczyzn)
Lily Brett: "Tagebuch einer Reise" (Pamienik jednej podrózy)
Lily Brett: "New York"
Lily Brett: "Zu sehen" (Do obejrzenia)
Lily Brett: "Auschwitz Poems"

PS. Starając się o zamieszczenie wzruszającej dokumentacji fotograficznej z rodzinnych wieczorków autorskich Lily Brett, towarzyszących promocji powieści "Za dużo mężczyzn", skontaktowałam się z wydawnictwem Deuticke w Wiedniu, skąd dostałam zgodę na publikację kilku zdjęć w "Tyglu Kultury". Ponieważ udzieliła jej pani z kierownictwa tego wydawnictwa o imieniu i nazwisku takim samym, jak powieściowa, niemiecka wykładowczyni w łódzkiej szkole filmowej, czyli Martina Schmidt, opowiadająca o najmilszych i najbardziej interesujących egzemplarzach spośród niezbyt na świecie pożądanych Polaków, zapytałam ją więc, czy zbieżność powieściowej i jej prawdziwej osoby jest przypadkowa. Otrzymałam następującą odpowiedź (e-mail z 7.08.01, godz. 10:01.29 letniego czasu środkowoeuropejskiego): Z powieściową Martiną Schmidt mam tylko zbieżne imię i nazwisko. Pani Brett lubi w ten sposób stawiać ludziom, których lubi, rodzaj literackiego pomnika. Również i firma adwokacka Schoedel, Firth&Thompson jest takim przypadkiem: Schoedel to mój mąż, Firth&Thompson to fryzjerzy pani Brett w Nowym Yorku. Jest pani teraz jednym z bardzo niewielu ludzi w Europie, którzy to wiedzą! Ale, żarty na bok, mam nadzieję, że niezbyt życzliwe Polakom poglądy protagonistki, w Polsce nie zostaną odebrane, jak to częściowo tu się stało, jako poglądy jej autorki. Osobiście lubię być jedną z niewielu wiedzących, tym niemniej chętnie dzielę się tą wiedzą z czytelnikami "Tygla Kultury", bo lubię, kiedy więcej ludzi w Europie może się dowiedzieć, że poglądy powieściowej protagonistki są jej wyłączną sprawą.

Tekst © Urszula Usakowska-Wolff

TYGIEL KULTURY Nr 1 - 3/2002

Wszystkie cytaty, oprócz tych, których źródło podano osobno w powyższym tekście pochodzą z niemieckiego wydania powieści "Zu viele Männer" i zostały przetłumaczone na polski przez Urszulę Usakowska-Wolff.


Lily Brett
Zu viele Männer.
Roman.
Aus dem Amerikanischen von Melanie Walz
Franz Deuticke Verlagsgesellschaft m.b.H.
Wien - Frankfurt/Main 2001
Cena 49,90 DM (obecnie 24,90 €)


do strony glównej
do tekstu o Binjaminie Wilkomirskim