INWERSJA
REWERSJI W PERWERSJI
Sensacja!:
Młodzi Brytyjscy Artyści z kolekcji Saatchi
"Uwaga:
Eksponaty tu zgromadzone mogą obrazić uczucia estetyczne
i religijne”, przestrzegał napis przed wejściem na wystawę
„Sensacja”, prezentowaną od 30 września 1998 do 7 stycznia
1999 roku w przebudowanym na Muzeum Sztuki Współczesnej Dworcu
Hamburskim z połowy ubiegłego wieku w Berlinie. Publiczność
nie przestraszyła się, wręcz przeciwnie, żądza
przeżycia sensacji była tak wielka, że ekspozycja
została przedłużona do 21 lutego, tak że wszyscy
mogli nasycić się widokiem grozy zakonserwowanej w formaldehydzie,
zminiaturyzowanych zwłok ze wszystkimi atrybutami męskości,
bądź manekinów - dzieci z atrybutami obojga płci
w miejscach, w naturze zazwyczaj niespotykanych.
110
dzieł 42 młodych artystów brytyjskich - przedstawicieli
pokolenia urodzonych w latach sześćdziesiątych
i nazywanych przez krytykę generacją „Brit Art” starało
się unaocznić, że sztuka nie musi być bezpłciowa,
bezmięsna i bezkrwawa, że musi prowokować, bulwersować
i zmuszać do reakcji, że nie powinna wywoływać
nudy a raczej nudności.
Ryby
i ssaki w kwasie mrówkowym
Do
czołowych przedstawicieli „Brit Artu” i zarazem najbardziej
znanych artystów brytyjskich należy urodzony w 1965 roku
Damien Hirst, którego dzieła, bo aż dziewięć,
zajmowały pod względem ilości i objętości
poczesne miejsce wśród innych „Sensacji”. Ulubionymi obiektami
jego przestrzennych kreacji są zwierzęta zimno- i ciepłokrwiste,
którym Hirst, po uprzednim uśmierceniu i wypreparowaniu przez
fachowców, zapewnia wieczne życie w szklanych powłokach.
Po wejściu na wystawę widzowie stawali więc oko
w oko z rekinem, który zamarł w szklanej trumnie, wypełnionej
5-procentowym roztworem formaldehydowym, czyli kwasem mrówkowym,
co było wyrazem „Niewyobrażalności śmierci
dla żyjącego”. Groźny rabuś, istnie zimnokrwisty
postrach mórz i oceanów, to - nazwa nie pozwalała na żadną
wątpliwość - dziś już tylko pokaźny
eksponat muzealny, który jakby z muzeum przyrodniczego trafił
na salony sztuki. O ile doczesność przerywa krwawe dzieło
największego nawet rekina, o tyle artysta inne łagodne
i pożyteczne zwierzęta i rybki ocala od zjedzenia i
bezmyślnego wydalenia. Należą do nich: „Uciekinier”,
czyli baranek-merynos, a także witryna z ośmioma półkami,
na których w wiecznym bezruchu trwają jadalne rybki, czyli
„Odizolowane elementy, płynące w celu porozumienia w
tym samym kierunku.” Damien Hirst utwierdzał też „W
pocieszającym przeświadczeniu, że nic nie jest
wolne od kłamstwa”, czego dowodem były dwie pokrojone
w poprzek krowy w 12 wolnostojących szklanych pojemnikach.
Była też rozcięta na dwie połowy świnia
w dwóch jednakowych szklanych witrynach, poruszających się
w przeciwnych kierunkach, tak że można się było
naocznie przekonać o tym, że „Jedna mała świnka
poszła na targ, a druga została w domu.” Odwieczny cykl
życia, prowadzącego do śmierci obrazowała
instalacja „Tysiąc lat” - leżąca na dnie szklanej
klatki, ociekająca prawdziwą krwią czaszka krowia
wabiła muchy, które pod wpływem właściwie
dozowanego ciepła na oczach publiczności wykluwały
się z larw, aby zakończyć swój krótki żywot
w elektrycznej muchołapce, zawieszonej nad czaszką.
Tytuły są integralną częścią dzieł
Damiena Hirsta, bo wychodzi on ze słusznego założenia,
że co pokazane musi być nazwane, tak więc swoją
kolejną przestrzeń, zdobiącą tym razem ściany
jednego z pomieszczeń berlińskiego Dworca, określił
może nieco przewrotnie mianem „Brak uczuć” - to apteka,
gdzie w obowiązkowych szklanych szafkach znajdują się
leki i pigułki, mniej lub bardziej niezbędne do przeżycia
naszej krótkiej glorii, która tak samo mija w świecie ssaków
jak i ryb. Reszta jest już tylko płaskim „Pięknym
pocałuj-mnie-w-dupę-obrazem”, który, bo okrągły
i pokryty gładkim lakierem, jak fortuna kołem się
toczy. W życiu pozawystawowym Damienowi Hirstowi udało
się połączyć zainteresowania dla żywca
i pożywnych okazów ichtiologii z obrazotwórczą sztuką
jak na lekarstwo: w lutym ubiegłego roku otworzył on
bowiem w londyńskiej dzielnicy Notting Hill restaurację
„Pharmacy”[1]
, gdzie na taboretach w kształcie pigułek i w otoczeniu
szafek aptecznych smakosze spożywają kulinarne dzieła
z istot, których artysta nie ocalił dla wieczności.
Może więc Pop Art, który narodził się w nowojorskiej
„Factory” Andy Warhola zostanie w pełni skonsumowany w londyńskiej
„Pharmacy”?
Portret
rodzinny we wnętrzu
Skłonność
do zwierząt nieobca jest także i innym męskim uczestnikom
„Sensacji”. Ponieważ nie każdy widzi, jaki naprawdę
jest koń, Mark Wallinger, rocznik 1959, stworzył składającą
się z czterech obrazów (każdy o rozmiarach 230 x 300
cm) kompozycję „Rasa Klasa Sex” (1992), która bez natarczywej
dydaktyki, dlatego też sugestywnie i przejmująco pokazuje
drogę od ogiera do wałacha. Beznadziejność
egzystencji alkoholików, którą dzielą z psami i kotami,
dokumentuje na wielkoformatowych barwnych fotografiach Richard
Billingham, rocznik 1970. Przez siedem lat fotografował on
swoich rodziców, braci i zwierzęta domowe w rodzinnym mieszkaniu
w Sunderland, zaś zdjęcia te miały mu służyć
jako podkładka do malarstwa. Dzięki pomocy zaprzyjaźnionego
dziennikarza Billingham zaczął wystawiać swoje
fotografie. Dziś, przyjęte z entuzjazmem przez krytykę,
wiszą w renomowanych galeriach Nowego Jorku, Mediolanu, Paryża
i Londynu. Niezwykłość tych fotografii bierze się
z przeciwieństw, w nich zawartych: są one naiwne, ludzkie,
wzruszająco piękne a zarazem sztuczne, surowe i dezorientujące.
Są dokumentem i fikcją, tragikomedią domowego życia.
Wbrew wszelkim regułom dobrego gustu, zdjęcia te pokazują
zwyczajną, beznadziejną codzienność zdeklasowanej
rodziny robotnicznej. Jej główni protagoniści - Ray
i Liz, rodzice Billinghama, to żałośni bohaterowie.
Na jednym ze zdjęć Liz układa puzzle. Kolorowe
tatuaże na jej rękach zlewają się z wzorzystą
sukienką. Na stole leży paczka papierosów „sky” - zwiastunka
niebiańskich rozkoszy. Na innym głowa Raya spoczywa
w muszli klozetowej pełnej wymiotów. Między małżonkami,
spożywającymi na wysłużonej skórzanej kanapie
posiłki z oczami wlepionymi w ekran telewizora, leżą
w zgodzie psy i koty; z rodzinną kłótnię kontrastują
porcelanowe figurki w kredensie. Fotografie Billinghama: okrutne,
bezsensowne lub wzruszające, są świadectwem żywotności
jego modeli w ich rozpaczliwej sytuacji.
Shit
na zbyt
Sensacyjnego
odkrycia nowego tworzywa sztuki dokonał Chris Ofili, urodzony
w 1968 roku w Manchesterze, podczas pobytu na stypendium British
Council w Zimbabwe. Tam to, w 1991 roku artysta przeżył
„olśnienie” - zirytowany ograniczonością malarskich
środków wyrazu wpadł na pomysł wykorzystania shitu
(co nie daje się przetłumaczyć inaczej niż
gówno) słoni dla uzyskania przestrzenności obrazu. Dwa
lata później, w Berlinie i Londynie, Ofili zorganizował
dwie akcje pod tytułem „Shit Sales” („Shit na zbyt”), podczas
których ten właśnie w oryginale lepiej brzmiący
„shit” zbywał na drodze sprzedaży. Dziś „shit”
jest podstawowym elementem jego obrazów (w dwóch rozmiarach 183
x 122 cm i 243,8 x 182,9 cm). Nie dość, że każdy
z nich stoi na dwóch okrągłych nóżkach z „shitu”,
to „shit” góruje nad kolorowymi najczęściej kompozycjami
z farby olejnej, paciorków, pinesek i kolaży na płótnie,
które obejrzeć można było jako kolejną sensację
„Sensacji”. Tu również tytuły są integralną
częścią trójwymiarowych barwności: jest więc
„Spaceshit” (1995), są „Popcorn Tits” (czyli „Cycki z popcornu”
z 1996 roku), jest też obrazoburcza „Maria Dziewica” , niby
amazonka z jednym shitem na biuście, otoczona wyciątymi
z pism pornograficznych licznymi gołymi damskimi pośladkami,
zachęcającymi do penetracji od tyłu. Są też
„shity” nawiązujące do afrykańskiego rodowodu artysty:
„Afrodizzia” z kolażami wyciętych z gazet wizerunków
czarnoskórych idoli i idolek, czy wreszcie „Afrobluff” - czarny
obraz, na którym naklejony jest biały papier, układający
się we wzorki w kształcie kajdanków, stojący aż
na poczwórnych nóżkach z „shitu”, co odpowiada zresztą
jego ilości na tym płótnie. Richard Cork, krytyk tygodnika
„The Times” w Londynie nazwał Chrisa Ofili najciekawszym
artystą i najorginalniejszym malarzem swojego pokolenia,
gdyż jest on bardziej ambitny i kompleksowy niż można
wywnioskować z notorycznego stosowania przez niego łajna
słoni. [2]
Nie jest to opinia odosobniona, gdyż Ofili otrzymał
prestiżową nagrodę Turnera londyńskiej Tate
Gallery za rok 1998, której towarzyszy 55 tysięcy DM: tak
więc „Shit” ma zagwarantowany dostatni byt.
Bal
manekinów
Poza
zwierzętami i produktami ich metabolizmu, do ulubionych obiektów
artystycznej ekspresji uczestników „Sensacji” należą
manekiny i lalki, w całości bądź w kawałkach.
„Tragicznym anatomiom” poświęcają swoje instalacje
Jake & Dinos Chapman (urodzeni w 1966 i 1962 roku), którzy
od początku lat dziewięćdziesiątych pracują
w bratnim duecie. „Tragiczne anatomie” (1996 r.) to kilkanaście
dziewczynek - sióstr syjamskich z włókna szklanego, zrośniętych
ze sobą tam, gdzie kończą się plecy; złączonych,
wśród drzewek plastikowego gaju, w akcie radosnej kopulacji
od tyłu, mimo że pozbawione są pierwotnych cech
płciowych w miejscach przyrodzenia. Genitalia przemieściły
im się bowiem na usta i nosy. Oprócz miłosnych uścisków
te bezpłciowe obojnaki łączy zamiłowanie do
obuwia markowego: ich stopy obute są w tenisówki firmy Nike.
Szeroko rozwarte anusy zamiast ust i fallusy w stanie wzwodu zamiast
nosów zdobią z kolei zrośniętą ze sobą
na zawsze grupę Lolitek, nazwaną „Zygotycznym przyśpieszeniem,
biogenetycznym, desublimowanym modelem libido”, któremu mocne
oparcie na ziemi zapewniają buty marki Fila. Bracia Chapmanowie
oburzają się na próby postrzegania ich dzieł jako
przyczynków do krytyki genetycznych eksperymentów, zdecydowanie
odrzucają wszelkie polityczne bądź społeczne
przesłanie sztuki, która jest tylko i wyłącznie
towarem, i opiera się na zasadzie pobytu i podaży.
W
innym dziele Chapmanowie porzucają bezpłciowość
na rzecz okaleczonej cielesności: „Wielkie czyny przeciwko
umarłym” z 1994 roku to przestrzenna realizacja jednej z
grafik słynnego cyklu Francisco y Goyi „Okrucieństwa
wojny”: trzech przywiązanych do drzewa wykastrowanych żołnierzy,
z poobcinanymi rękami i nogami. Goya w wersji Chapmanów to
ironiczne zaklinanie piękna i perwersji, humoru i horroru.
[3]
Lalkarze,
morfolodzy i krawcy
Cielesnością
w dosłownym tego słowa znaczeniu zajmuje się w
najbardziej chyba przekonywujący i dojrzały sposób urodzony
w 1958 roku w Melbourne Ron Mueck, który swoją karierę
rozpoczynał jako lalkarz i aktor teatru lalkowego w telewizji
australijskiej. W latach osiemdziesiątych był współtwórcą
„Drogi Sezamkowej”, a następnie producentem spotów reklamowych.
Jego lalki reklamowały odświeżacze powietrza, papier
toaletowy, napoje alkoholowe i masło orzechowe. Dziś
porzucił lalki i reklamę i w pełni poświęcił
się rzeźbie. Mimo że na „Sensacji” pokazywane były
tylko trzy jego prace, to one korzystnie wyróżniamy się
spośród (po)tworów, mających programowo szokować
publiczność. Imponująca jest niezwykła staranność
wykonania jego ludzkich postaci, które modeluje w glinie, a następnie
odlewa we włóknie szklanym, silikonie lub żywicy sztucznej.
Należy do nich jednometrowa rzeźba „Martwy ojciec” z
1996 roku. Mueck stworzył ją w hołdzie swojemu
ojcu, który zmarł podczas nieobecności syna. Jest to
dokładna kopia nagich zwłok, pokazująca szczegółowo
każdą zmarszczkę, każdy włos i każde
znamię na skórze. Najbardziej irytujące są jednak
dziecięce rozmiary martwego mężczyzny. Inna rzeźba,
zredukowana do dziecięcych rozmiarów, to siedzący mężczyzna
w postaci „Anioła” oraz monumentalna płaskorzeźba
- autoportret artysty, przypominający maskę pośmiertną
za życia.
Sam
sobie modelem i tworzywem własnych dzieł jest również
Marc Quinn (rocznik 1964), który rozgłos uzyskał dzięki
- prezentowanej również na „Sensacji” pracy pod tytułem
„Self” (1991). W ciągu ośmiu miesięcy Quinn pobierał
sobie krew - w sumie osiem litrów (co odpowiada ilości krwi
w ludzkim organiźmie), wlał ją następnie do
odlewu własnej głowy, zamroził i wstawił do
chłodzonej kostki z plexi. „Self”, czyli „Sam”, zainspirowane
popiersiem poety, myśliciela, malarza i czołowego przedstawiciela
angielskiego romantyzmu Williama Blake’a „jest medytacją
o śmiertelności, przez krótki czas zatrzymanej przez
lodową rzeźbę”. [4]
Własna głowa posłużyła Quinnowi również
za model do „Morfologii konkretu”, czyli leżącej na
ziemi głowie i ręce ze szkła i srebra, wokół
których zastygły wielkie, metaliczne krople krwi. Symbolem
przemijania jest zapewne też plastikowa rzeźba „Bez
wyjścia” - zwisający z sufitu nogami do góry mężczyzna
z częściowo obdartą skórą.
Całkowite
odrealnienie cielesności, wyjście poza ograniczoną
powłokę ludzkiego ciała przyświeca z kolei
twórczości urodzonego w 1968 roku Paula Finnegana. Jego rzeźby,
to groteskowe i monstrualne deformacje ludzkiego ciała, jak
na przykład prezentowany na „Sensacji” rodzaj obłoku
w spodniach i męskich butach, ale „Bez tytułu” z 1995
r. Są one symbolem „zatrzymania groźnych, postludzkich
istot w ruchu, ponadzmysłowym bytem, który wstrząsa
naszym pojęciem o rzeczywistości”. [5]
Wiadomo,
że samo ciało, jakie by ono nie było, to za mało,
tak więc nie zabrakło artystów, dbających o atrakcyjną
zewnętrzną powłokę ciała i jego higienę.
Do pierwszych należy Yinka Shonibare (rocznik 1962), który
- zamiast na płótnie - maluje na tradycyjnych afrykańskich
tkaninach i tworzy z nich wolnostojące instalacje odzianych
w fantazyjne suknie manekinów krawieckich pod przewrotnym tytułem
„Jak taka dziewczyna jak ty stanie się taką jak ty?”.
Do drugich zaliczyć należy urodzonego w 1961 roku Hadriana
Pigotta, producenta walizkowych umywalek, wypożyczonych zapewne
od Marcela Duchampa.
Wszystko
na pokaz
Wrażenie,
że w „Sensacji” zupełnie pominięto kobiety, rozwiało
się na pierwszym piętrze Dworca Hamburskiego, choć
w wystawie 42 „Brit Artystów” uczestniczyło zaledwie
dziewięć „Brit Artystek”. Jednak to właśnie
męska instalacja - urodzonego w 1958 roku Walijczyka Ceritha
Wyna Evansa pod tytułem „Inwersja, Rewersja, Perwersja” -
wklęsłe lustro o średnicy 73 cm, w którym zwiedzający
ujrzeli swoje nieprawdopodobnie zdeformowane oblicza stojące
na głowie, była niezłym wprowadzeniem w świat
sztuki odmiennej płci. W niebieskim namiociku z aplikacjami,
materacem i elektrycznym światłem nazwanym „Wszyscy,
z którymi spałam od 1963 do 1995 roku” Tracey Emin (rocznik
1963) nie broniła nikomu wglądu w jej horyzontalne życie
intymne i erotyczne, począwszy od dzielenia łoża
z członkami rodziny, następnie z partnerami seksualnymi
aż do informacji o jej nienarodzonym dziecku, ofiarze aborcji.
Sztuka Tracey Emin wydaje się być tautologiczna:
jej sztuka jest jej życiem, jej historią i odwrotnie.
Ma tylko wtedy znaczenie, jeżeli Emin sama coś znaczy.
Emin pozwala na zmartwychwstanie swojej przeszłości,
stawia jej pomnik, i tka z niej narratywne performance. Przejmując
główną rolę w swoim tragikomicznym życiu,
przepisuje je dosłownie na obiekty: flagi, koce, krzesła,
torby i namiot.(...) Autobiograficzna spowiedź Emin w każdej
chwili jest dostępna publicznie, granica między sztuką
a życiem zostaje zuchwale przerwana. [6]
Obiektem
własnej sztuki jest także Mona Hatoum, urodzona w 1952
roku w Bejrucie i przebywająca od 1975 roku na emigracji
w Londynie. Swoją twórczość kieruje w głąb
własnego organizmu, penetrując go przy pomocy endoskopu
i utrwalając na taśmie video. W instalacji „Deep Throat”
(„Głęboki przełyk”), składającej się
z krzesła i nakrytego stołu, serwuje na talerzu własny
przełyk, miarowo rozkurczający i skurczający się
podczas jedzenia. Zastosowanie „Głębokiego przełyku”
jako materiału poglądowego w dietach odchudzających
przyniosło by zapewne sensacyjne wyniki, bo na ten widok
apetyt przechodzi gwarantowanie.
Na
sztukę kulinarną w służbie sztuki, obnażającej
seksizm i stereotypy kobiecości, stawia Sarah Lucas (rocznik
1962), nazywana przez krytykę „estetyczną terrorystką”.
Zgodnie z głębokim przekonaniem, że sztuka jest
zawsze mniejsza od życia, przyjmuje życie za miarę
swoich instalacji. Życie to stół, krzesło i materac,
na których stoją „Dwa jajka sadzone i kebab”, zaaranżowane
jako piersi i wagina; siedzi w wyzywającej pozie „Bunny”,
czyli kukła bez głowy ale za to w kuszących czarnych
pończochach, i leżą dwa melony i wiadro, symbolizujące
kobiecość obok męskości w pełnym wzwodzie:
ogórka w towarzystwie dwóch pomarańczy. Tytuł „Au Naturel”
trafia w jądro sprawy, a nawet w dwa.
Nieśmiertelne
przedmioty
Najciekawszą,
najbardziej dojrzałą, choć najmniej spektakularną
i widowiskową uczestniczką „Sensacji” jest urodzona
w 1963 roku Rachel Whiteread. Jej sztuka nie krzyczy, pokazuje
bezgłośnie to, co właściwie jest niewidzialne.
Wywracając wnętrza na zewnątrz ocala je od zapomnienia.
Dzięki rzeźbie „Dom” artystka uzyskała rozgłos
już w 1992 roku. W jednej z londyńskich dzielnic wypełniła
cementem ostatni, przeznaczony do rozbiórki budynek, pochodzący
z dziewiętnastego wieku. Po rozebraniu ścian zewnętrznych
pozostał tylko odcisk wnętrza: nostalgiczny bezbronny
pomnik przeszłości, narażony na działania
atmosferyczne. „Dom” wywołał falę oburzenia, zaś
prasa brukowa rozpoczęła atak na rzeźbiarkę,
zarzucając jej, jak zwykle w takich przypadkach, marnotrawienie
pieniędzy publicznych. Po upływie roku „Dom” został
całkowicie zniszczony, ale za tę właśnie realizację
Whiteread otrzymała nagrodę Turnera Tate Gallery za
dokonania artystyczne w 1993 roku. Była ponadto pierwszą
Brytyjką, która dostąpiła zaszczytu prezentacji
indywidualnej ekspozycji w pawilonie brytyjskim na Biennale w
Wenecji w 1997 roku. Wygrała także konkurs na realizację
pomnika, upamiętniającego zamordowanie 65 tysięcy
Żydów austriackich przez nazistów. „Bezimienna biblioteka”,
który wzniesiony został na Judenplatz w centrum Wiednia.
Swoje
prace artystka nazywa „negatywnymi pomieszczeniami”. Szafy, wanny,
umywalki, łóżka, materace wylane cementem, przypominają
sarkofagi, ich rozmiary korespondują z ludzkim ciałem.
Chciałam te przedmioty uczynić nieśmiertelnymi,
dać im wielkość. [7]
Właśnie poprzez fizyczną nieobecność
człowiek jest w tych pracach szczególnie obecny. Na „Sensacji”
prezentowała rzeźby, pozbawione w większości
tytułów, gdyż mogłyby one zbyt wiele obnażyć.
[8]
Znajdowały się wśród nich dwie wanny, jedna z gipsu
powleczonego szkłem (1990), druga - pomarańczowa z gumy
i styroporu (1996), a także kwadratowa umywalka z gipsu (1990).
„Sto pomieszczeń” wypełniało jedno pomieszczenie
Dworca Hamburskiego. Ta instalacja z 1995 roku to prostokątne
stołki z żywicy, przypominające szklane kafle w
złamanych żółciach, błękitach, fioletach,
zieleniach i brązach. Można było też obejrzeć
„Ducha” z gipsu na stalowych szynach: to pokój, w którym artystka
mieszkała jako studentka na północy Londynu. Aby wewnętrzną
stronę drzwi wylać gipsem, Rachel sama musiała
zamknąć się w pokoju: Czułam się jak
zakonnica, która popełniła straszliwą zbrodnię
i za karę została zamurowana w celi. [9]
Rachel
Whiteread, która ze względu na wiek zaliczana jest do pokolenia
"Brit Artu", nie ma w sobie nic z bezczelności,
arogancji i cynizmu swoich rówieśników, przedstawicieli otoczonej
aurą skandalu młodej sztuki brytyjskiej, którzy z wirtuozją
manipulują rynkiem, napisał Hans Pietsch w hamurskim
miesięczniku „art”. [10]
Szok
z doków
Szok
przeszyty ironią - tak, zdaniem krytyki - scharakteryzować
można młodą sztukę brytyjską, która w
drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych rozpoczęła
triumfalny pochód po muzeach świata, począwszy od Wolfsburga,
poprzez Wenecję, Minneapolis, Baden-Baden, Lizabonę,
Amsterdam, Rzym, Sydney, Hamburg i Berlin.
Po
raz pierwszy pokolenie, zwane później „Brit Artem”, wkroczyło
na scenę w maju 1988 roku, kiedy to 22-letni Damien Hirst
w pustej hali podupadających londyńskich doków zorganizował
zbiorową wystawę pod przekornym tytułem „Freeze”
(co przetłumaczyć można jako „Zamrożenie”
lub „Zastygnięcie w bezruchu”). 16 młodych artystów,
w większości studentów Goldsmiths’ College, zdumiało
publiczność londyńską świeżością
spojrzenia, dynamiką i profesjonalizmem wykonania, a także
wyczuciem potrzeb konsumentów sztuki. Assemblage Damiena Hirsta
z kolorowych kartonów, stragany z warzywami Michaela Landy, montaże
fotograficzne Mata Collishawa i mniej lub bardziej abstrakcyjne
płótna Fiony Rae, Iana Davenporta i Gary Hume’a działały
na zwiedzających z siłą, jakiej Londyn nie doświadczył
od połowy lat sześćdziesiątych, czyli od czasu
triumfu brytyjskiego Pop Artu. Sytuacja ekonomiczna sprzyjała
także młodym artystom: w boomie gospodarczym późnych
lat osiemdziesiątych nie brakło pieniędzy na estetyczną
rewoltę i artystyczny ferment, tak że młodzi rebelianci,
na czele z Damienem Hirstem, doskonale wiedzieli, do kogo wyciągnąć
rękę. Studia na Goldsmiths’ College przygotowały
ich dobrze do walki o zaistnienie i przetrwanie na rynku, do czego
przyczynił się jeden z ich nauczycieli, wychowany na
minimaliźmie amerykańskim, 60-letni dziś Michael
Craig-Martin, który niestrudzenie patronował ich przedsięwzięciom.
Craig-Martin zniósł też tradycyjny podział na malarstwo,
rzeźbę i nowe media, zachęcał ponadto swoich
studentów do rozważań na temat warunków ich pracy i
głośnego arytukułowania swoich potrzeb. „Co” i
„dlaczego” ich sztuki powinno ich interesować bardziej, niż
„jak”, dzięki czemu będą mogli uzyskać właściwą
pozycję na rynku sztuki.
W
połowie lat osiemdziesiątych młodą brytyjską
sztukę odkrył Charles Saatchi, właściel międzynarodowej
sieci agencji reklamowych, który od początku lat siedemdziesiątych
zgromadził jedną z największych kolekcji (o wartości
szacowanej na ok. 470 mln DM) sztuki światowej. W 1985 roku
otworzył on w byłej londyńskiej fabryce na St.John’s
Wood prywatne muzeum: Saatchi Gallery. Poprzez liczne wystawy
i zakupy dzieł młodych brytyjskich artystów, stał
się ich najważniejszym mecenasem.
W
1997 roku młoda sztuka wkroczyła na dostojne salony:
od 18. września do 28. grudnia „Sensacja - młodzi brytyjscy
artyści z kolekcji Saatchi” pokazana zostali w Królewskiej
Akademii Sztuk w Londynie. Wystawa wywołała szerokie
echo z powodu poza artystycznego raczej skandalu: oto bowiem na
wielkoformatowym obrazie „Myra” (396 x 320 cm) Marcus Harvey (rocznik
1963) sportretował odsiadującą dożywotnią
karę więzienia morderczynię dzieci, Myrę Hindley.
Pytanie, czy morderczyni może być uwieczniona na płótnie
bulwersowało media i opinię publiczną : „Sensację”
obejrzało 350 tysięcy osób.
Szokujący
jest jedynie fakt, że bez skrupułów publiczne muzea
wykorzystywane są do pomnożenia prywatnych zysków,
napisała o „Sensacji” Dorothea Müller,
krytyczka dziennika "Süddeutsche Zeitung" w hamburskim
miesięczniku „art”. [11]
Opinię tę podzielała również Laura Cherubini,
z „Flash Art” w Mediolanie: Pokaz wydawał mi się
chaotyczny, niezmiernie podkreślający prowokacyjny aspekt
sztuki, był ponadto zdominowany przez agresywny marketing.
[12]
Akcja
na aukcji
„Sensacja”
to, poza nielicznymi wyjątkami, pozornie drastyczne i drapieżne
twory pokolenia, wychowanego na mediach i spotach reklamowych.
Tam, gdzie wszystko musi zostać nazwane, pokazane i spuentowane
tak, aby zrozumiał to najgłupszy nawet konsument, nie
ma miejsca na fantazję, ironię i inne subtelności.
Przedstawiciele „Brit Artu” - „dzieci Margaret Thatcher”, mają
bowiem troskliwego i zapobiegliwego ojca: jest nim Charles Saatchi,
który wcześnie zrozumiał, że sztuka jest
najtańszym nośnikiem reklamy, zaś marketing najważniejszą
ze sztuk. Kolekcjonera młodej sztuki brytyjskiej nie należy
podejrzewać o bezinteresowność. Nic tak nie wpływa
na wartość rynkową kolekcji, jak ekspozycja w renomowanych
muzeach. „Sensacja” pokazywana w Królewskiej Akademii Sztuk w
Londynie i na Dworcu Hamburskim w Berlinie, mimo że nie rozpieszczana
przez krytykę, to i tak przez wiele miesięcy stale obecna
była w mediach. Bezpłatna reklama stała się
więc dźwignią sensacyjnego handlu: w grudniu 1998
roku londyński dom aukcyjny „Christies” sprzedał młodą
brytyjską sztukę z kolekcji Charlesa Saatchi za 4,5
mln DM. Cena wywoławcza dzieł „Brit Artu” została
w licznych przypadkach wielokrotnie przekroczona, tak że
tylko 15% zbiorów pozostało w rękach zapobiegliwego
kolekcjonera. Akcja pod tytułem „Sensacja” sprawdziła
się na aukcji.
Tekst
© Urszula Usakowska-Wolff
Kwartalnik ORO
Nr 2 (35) 1999
Przypisy
[1]
Pod koniec 1998 roku Damien Hirst zmienił
nazwę swojej restauracji na „The Pharmacy Restaurant and
Bar”, gdyż Królewskie Towarzystwo Aptekarskie groziło
mu podjęciem środków prawnych, gdyby zdecydował
się pozostać przy starej nazwie.
[2]
Hamburski miesięcznik „art” Nr 1/99,
str. 56
[3]
„Sensation. Young British
Artists from the Saatchi Collection”. Katalog.
Hamburger Bahnhof & Cantz-Verlag, Ostfildern, 1998; str.
194
[7]
„art” Nr 2/99, str. 55
[8i]
„art” Nr 2/99, str.54
[9]
„art” Nr 2/99, str. 55.
[10]
„art” Nr 2/99, str. 54
[11]
„art” Nr 1/99, str. 54
[12]
„art” Nr 1/99, str. 59
Sensacja!:
Młodzi Brytyjscy Artyści z kolekcji
Saatchi
30.09.1998
- 7.01.1999
Hamburger
Bahnhof
Invalidenstr.
50-51
10557
Berlin