|
Kino
moralnego niepokoju
Documenta
11_Platforma 5 w Kassel
Od
poprzedniego, dziesiątego przeglądu sztuki światowej
w Kassel w 1997 roku, documenta ćwiczy poprawność
polityczną: jej kuratorką została wtedy po raz
pierwszy kobieta, niezapomniana Catharine David (ur.1954) z
Paryża, która dzięki akcji Sto dni - stu gości
sztukę wystawiania wzbogaciła o sztukę wysławiania,
nazwaną dyskursem, a documenta X określiła
mianem manifestacji kulturalnej. Z kolei kuratorem ostatniej,
a zarazem pierwszej Documenta 11 w nowym tysiącleciu mianowano
pochodzącego z Nigerii Okwuia Enwezora (ur. 1963), który
wprawdzie od dwudziestu lat zadomowił się na stałe
w Nowym Yorku i posiada paszport amerykański, ale nie ulega
wątpliwości, że był pierwszym organizatorem
prestiżowej imprezy, zwanej także Muzeum Stu Dni,
spoza Europy. Nominacja eleganckiego Amerykanina z afrykańskim
rodowodem, odzianego w markowe zachodnie garnitury, ulubione
fioletowe koszule i pasujące do nich apaszki, wzbudziła
sporą sensację i jeszcze większe nadzieje, bo
oto po raz pierwszy w prawie pięćdziesięcioletniej
historii, documenta stać się miała przeglądem
sztuki światowej, w pełni zasługującej na
to miano, czyli - zgodnie z duchem czasów - pokazem sztuki globalnej,
a nie, jak dotychczas, zachodnioeuropejskiej i amerykańskiej,
choć Enwezor stale podkreślał, że Afryka,
Azja, Europa - to nie jest istotne. Chodzi o to, w jaki sposób
sztuka może jeszcze oddziaływać na współczesność,
mimo że dowodzona przez niego Documenta 11 była przede
wszystkim pokazem tego, jak współczesność oddziałuje
na sztukę.
Documenta
coraz bardziej wzięta
Pierwsza
documenta odbyła się w 1955 roku. Jej inicjatorem był
malarz i architekt Arnold Bode (1900 - 1977), który zorganizował
ją jako jednorazową imprezę, towarzyszącą
Bundesgartenschau (Federalnemu Pokazowi Ogrodowemu). Liczące
dziś ponad 200 tysięcy mieszkańców miasto Kassel
było w przeszłości siedzibą landgrafów heskich,
po których pozostały piękne budowle z 18. wieku: Fridericianum,
Oranżeria, Ottoneum i zadbany park nad rzeką Fuldą
oraz górujący nad miastem zamek Wilhelmshöhe z ośmio
metrowym pomnikiem Herkulesa. Kassel została w czasie drugiej
wojny doszczętnie zniszczona oraz zepchnięta na granicę
zony wschodniej - dwadzieścia kilometrów za tym miastem
leżała bowiem Turyngia, która przypadła w udziale
NRD. Pierwsza documenta była przede wszystkim ekspozycją
sztuki, określanej przez nazistów jako entartete Kunst
(w 1937 roku tę sztukę zdegenerowaną prezentowano
- jako odstraszający przykład żydowsko-bolszewickiej
zgnilizny ideowej i artystycznej - na wielkiej i tłumnie
odwiedzanej wystawie w Monachium, po czym zniknęła ona
z muzeów i skazana została na zapomnienie). Tak więc
na documenta 1 pokazano 670 prac z lat 1905 - 1955, których autorami
było 148 artystów z trzynastu krajów. Zamiarem Arnolda Bode
było również zademonstrowanie, że wybitne dzieła
sztuki światowej można z powodzeniem eksponować
na prowincji, z dala od wielkich miast, uznanych za główne
ośrodki życia artystycznego. Ponieważ documenta
1 odniosła niespodziewany sukces, odwiedziło ją
bowiem 130 tysięcy osób, pokaz sztuki współczesnej postanowiono
zamienić w imprezę cykliczną. Następne documenta
odbyły się w 1959, 1964, 1968 roku, potem prezentowano
je w odstępach pięcioletnich, w 1972, 1977, 1982, 1987,
1992 i 1997 roku. Wszystkie spotykały się z kontrowersyjnymi
ocenami krytyki, ale najlepiej zapamiętano te, którym towarzyszyły
skandale: na otwarciu documenta 4 w burzliwym roku 1968 studenci
piętnowali documenta handlarzy i domagali się
sztuki społecznie zaangażowanej. W 1977 roku
zaprezentowano tu po raz pierwszy czterech czołowych malarzy
NRD: Willi Sitte, Bernharda Heisiga, Wernera Tübke i Wolfganga
Mattheuera, którzy w swych obrazach spełniali formalne
wymogi socrealizmu, cieszyli się jednak uznaniem czołowego
zachodnioniemieckiego kolekcjonera sztuki Petera Ludwiga (1925
- 1996), producenta czekolady z Akwizgranu, który ich prace gromadził
od końca lat sześćdziesiątych. Przeciwko obecności
nadwornych artystów z NRD zaprotestowali, zdejmując swoje
obrazy ze ścian we Fridericianum, ich mieszkający na
Zachodzie rodacy: Georg Baselitz oraz Markus Lüpertz. Wielkie
zainteresowanie wzbudziła też akcja Josepha Beuysa,
który na documenta 7 rozpoczął sadzenie siedmiu tysięcy
dębów w Kassel, urzeczywistniając w ten sposób swój
postulat rzeźby społecznej. Najbardziej spektakularna
była jednak documenta 9: jej charyzmatyczny kurator Jan Hoet
(ur. W 1936 r.), dyrektor muzeum w belgijskim mieście Gandawa,
mimo że podobno niczego nie chciał dla siebie, a wszystkiego
dla sztuki, potrafił doskonale sprzedać swoje targowisko
sztuki i komercji, jak przez dziennikarzy została okrzyknięta
jego documenta. 196 artystów z 37 krajów (z Polski zaproszeni
zostali Mirosław Bałka, Tomasz Ciecierski i Mirosław
Kruk) zaprezentowało ponad tysiąc prac, sprawiając,
że publiczność gubiła się w natłoku
najprzedziwniejszych kreacji. Tapety z rzędami mrówek, posadzki
z balaskami, instalacje z calówek i zegarów chodzących do
tyłu, rzeźby nagich afrykańskich wojowników i kopulujących
gejów, ale również i obrazy wybitnych konwencjonalnych malarzy
jak Pet Kirkeby i Susan Rothenberg oraz instalacje głośnych
artystów wideo (Bruce Nauman, Bill Viola i Gary Hill), wieczorne
mecze bokserskie i maratońskie dyskusje Jana Hoeta z publicznością
w Gandawie i Weimarze sprawiły, że to radosne i chaotyczne
widowisko pół żartem pół serio odwiedziło
prawie 610 tysięcy osób - co było absolutnym rekordem
w historii documenta. Ale ponieważ każda nowa edycja
pokazu sztuki światowej w Kassel przyciąga coraz większą
publiczność, jej poprzednie, dziesiąte wydanie,
zorganizowane przez Catharine David, odwiedziło jeszcze więcej,
bo aż 631 tysięcy osób.
Transnarodowa
produkcja słowa
Kurator
(trwającej tradycyjnie sto dni, czyli od 8 czerwca do 15
września 2002 roku) Documenta 11, Okwui Enwezor, który mówił,
że nie wierzy w całkowitą autonomię sztuki
wobec reszty świata, zademonstrował bezgraniczną
wiarę w potęgę słowa i jego nadrzędność
wobec sztuki. Żeby móc być pokazana, sztuka musi zostać
najpierw słownie opisana, tak więc sztuka współczesna
i nowa jest przede wszystkim produkcją słowa.
Towarzyszący poprzedniej documenta dyskurs, w którym
uczestniczyli teoretycy różnych sztuk, między innymi
Enwezor, zamienił się w dominującą nad wszystkim
produkcję wiedzy, ulubione hasło kuratora ostatniej
Documenta, pisanej po raz pierwszy w jej historii z dużej
litery. Tę wiedzę produkowano bardzo długo, bo
aż od marca 2001 do marca 2002 roku, na czterech Platformach
w mniej lub bardziej odległych zakątkach globalnego
świata, począwszy od Wiednia i Berlina, poprzez New
Delhi i karaibską wyspę Santa Lucia a skończywszy
na Lagosie w Nigerii. Dyskutowano tam o tak poważnych sprawach,
jak Niedoskonałość demokracji; Eksperymenty
prawdy: zmiany w systemach prawnych i procesy znajdowania prawdy
i pojednania; Créolité i kreolizacja oraz Stan oblężenia,
czyli o przeludnieniu afrykańskich miast. Czołowe problemy
globalnego świata omawiane były w globalnym języku
angielskim, mimo że podobno podstawową cechą nowego
tysiąclecia jest kreolizacja, globalna mieszanka języków,
znaków i obrazów. Nowe czasy są postideologiczne, transnarodowe,
deterytorialne, diasporyczne, po prostu hybrydalne.
Owe cztery Platformy, trwający tygodniami polityczny
talk show w ścisłym gronie adorujących się
wzajemnie specjalistów modnej obecnie dyscypliny naukowej, zwanej
Cultural Studies, postrzegającej przestrzeń sztuki
jako przestrzeń dyskursywną i kulturę jako interdyscyplinarne
zjawisko na styku polityki, gospodarki i socjologii, odbywały
się jednak, wbrew deklarowanej przez kuratora Enwuzora transparencji,
poza zasięgiem publiczności. Nawet redakcji bogatych
niemieckich mediów nie stać było na wysyłanie dziennikarzy
do odległych zakątków globalnej wioski, tak więc
peryferia, które dzięki Platformom miały zostać
przeniesione do uznawanego niesłusznie za centrum Zachodu,
pozostały na uboczu, a poza tym po co pisać o imprezach,
stanowiących podobno integralną część
największej wystawy sztuki światowej, skoro dyskutowano
tam na każdy temat, z wyjątkiem sztuki? Platformy,
na których produkowano ulubioną przez Okwuia Enwezora wiedzę,
wydaną następnie w czterech tomach o łącznej
objętości prawie 3 tysięcy stron, były najistotniejszą,
kluczową częścią Documenta 11. To właśnie
teoretyczna, platformowa droga była celem samym w sobie,
zaś pokaz sztuki światowej w Kassel, nazwany Platformą
5, miał być jedynie wizualizacją słusznych
tez o bolących problemach naszego globu: niedoskonałej
demokracji, która nie dla wszystkich jest wzorem godnym naśladowania,
postkolonialnych dylematów, biedy, migracji, katastrof ekologicznych
i żywiołowych, konfliktów etnicznych i religijnych,
słowem tych wszystkich nieszczęść, jakie pozostały
ludzkości w spadku po złowieszczym zachodnim imperializmie,
bo wschodniego, tego rodem z Rosji i jej wojnie na przykład
z Czeczenią, o dziwo nie omawiano i nie wizualizowano. Wóz,
którym krytyczny postkolonialista Enwuzor i jego sześciu
współkuratorów z krajów zachodnich podróżował po
postkolonialnym globie, miał cztery platformatorskie koła,
zaś Platforma 5, czyli właściwa wystawa
sztuki postkolonialnego świata, wydawała się być
przysłowiowym piątym kołem obładowanego teorią
wozu.
Postkolonialny
sekretarz generalny
Nadzieje,
pokładane w ostatniej Documenta 11, której logo z dużej
litery zaprojektował 49-letni Niemiec Ecke Bonk, określający
siebie mianem typozofa, czyli typografa, który w wolnym
od projektowania liter czasie z namiętnością poświęca
się filozofii, nie spełniły w większości
oczekiwań krytyki, nie będącej w stanie podążać
drogą, wyznaczoną przez kuratora Okwuia Enwezora.
Postkolonializm,
reprezentowany przez Nigeryjczyka z amerykańskim paszportem,
pochodzącego z zamożnej nigeryjskiej rodziny przemysłowców
budowlanych, jest współczesnym wydaniem zachodniego bolszewizmu
salonowego, który, jak widać nie odszedł do lamusa historii.
Globalny kapitalizm najlepiej jest zwalczać za pieniądze
globalnych kapitalistów, zaś osoba, uosabiająca antykapitalistyczną
waleczność, nagłośniona w mediach i medialnie
doskonale się sprzedająca, wytrąca broń z
rąk tych, którzy być może naprawdę gotowi
by byli walczyć. Walka na słowa toczy się na salonach,
po których poruszają się waleczni retorycy nowej rewolucji
kulturalnej, naprawiający świat na szczęście
przy bufecie, bo tam jest miejsce artystów. Zaś nic tak nie
pobudza apetytu i dobrego samopoczucia, jak widok nędzy,
widowiskowo pokazywanej na setkach ekranów. Świat jest wprawdzie
niesprawiedliwy, odrażający, brudny i zły, ale
my możemy czuć się dobrze, bo mieszkamy po
słonecznej stronie świata. Tak więc klimatycznie
dość słoneczne i w ciągu pięcioleci,
dzielących kolejne wydanie documenta, dość prowincjonalne
miasto Kassel, jest dobrą platformą walki o sztukę
politycznie zaangażowaną, czyli taką, która wprost
i bez ogródek pokazuje - jak to się kiedyś mówiło
w naszej ciągle jeszcze niesłusznej części
Europy - nabrzmiałe problemy współczesności, bolączki
turbokapitalistycznego dziś świata, wkłada wskazujący
palec do przysłowiowej rany, żeby jątrzyć
w służbie postępu i międzynarodówki postępowych.
Zgodnie z założeniem, że gdy istnieje teza, to
znajdzie się ilustrujące ją dzieło sztuki,
80% spośród 450 prac 118 wystawiających na ostatniej
Documenta artystek, artystów i grup artystycznych, powstało
na zamówienie. Ich zadaniem było stworzenie dzieł pokazujących
problemy, powstałych pod płaszczykiem imperializmu.
Dlatego przy wyborze artystów interesowali mnie ci, którzy zajmują
się takimi tematami - a nie rynek sztuki z jego wymogami.
Co nie znaczy, że zaprzeczamy istnieniu rynku sztuki, ale
nie będziemy mu składać ofiar. (...) Jestem zwolennikiem
demokratyzacji, może nie w sensie artystów, ale w odniesieniu
do przestrzeni wystawowej jako miejsca produkcji kulturalnej.
Świadomie zaprosiliśmy grupy, między innymi Raqs
Media Collective z Delhi, Park Fiction z Hamburga bądź
też Groupe Amos z Kinszasy. To nie przypadek, że wiele
tych grup pochodzi z tzw. krajów rozwijających się.
Dla nich praktyka artystyczna jest wkładem do społeczeństwa
cywilnego, każde oddzielenie sztuki od życia byłoby
wyrazem ekstremalnego ubóstwa ich moralnego zaangażowania.
Co nie oznacza, że artysta jako indywiduum, sytuujące
się poza tymi ramami, aby analizować i krytykować
społeczeństwo, nie byłby i u nas mile widziany.
Przeciwstawiam się tylko idei czystej artystycznej autonomii,
która jest wprawdzie fantastycznym ale mało pomocnym
wyobrażeniem, powiedział Okwui Enwezor berlińskiemu
dziennikowi taz (1.06.2002). Polityczny komisarz największej
wystawy sztuki światowej występował i wysławiał
się tak, jak na sekretarza generalnego Organizacji Artystów
Moralnie Zaangażowanych przystało
Cierpliwa
taśma filmowa
Mieszkający
od dwudziestu lat w Nowym Yorku Okwui Enwezor, urodzony w 1963
roku w małym nigeryjskim mieście Kalaba na granicy z
Kamerunem, jest zawodowym politologiem, absolwentem wydziału
nauk politycznych w Jersey City State College, poetą, od
1994 roku wydawcą czasopisma NKA - Journal of Conterporary
African Art, zajmuącego się współczesną sztuką
afrykańską, publicystą i kuratorem. W tej ostatniej
roli zasłynął w 1997 roku jako organizator II.
Biennale Sztuki w Johannesburgu oraz wystawy kolonialnej i postkolonialnej
sztuki afrykańskiej pod tytułem Krótki wiek,
pokazywanej w 2001 roku w Monachium i Berlinie. Jego poetyckie
skłonności nie doszły jednak do głosu w Kassel:
Documenta 11 była bowiem dziełem publicysty i politologu.
Naczelną zasadą skutecznej publicystyki jest słuszne
i sprawdzone przekonanie, że zła wiadomość
jest dobrą wiadomością a dobra wiadomość
nie jest żadną wiadomością. Ostatni pokaz
sztuki światowej w Kassel był pokazem złych wiadomości,
bo takie lubią dobrzy konsumenci codziennej i tygodniowej
prasy, kulturalni widzowie publicznoprawnej telewizji niemieckiej
łącznie z kulturalnym kanałem arte, nie mówiąc
o mniej kulturalnych konsumentach komercyjnych programów. Globalne
i regionalne okrucieństwa, codzienna dawka nędzy, rasizmu,
postkolonialnych wojen, zamachów terrorystycznych fanatycznych
obrońców jedynie słusznej wiary, katastrof ekologicznych
i demograficznych, słowem beznadziejna walka tych, którzy
zawsze żyli i zapewne żyć będą na pograniczu
dostatniego świata, owe wspomniane przez Enwezora 70% procent
ludzkości, masy wiecznych przegranych procesów modernizacyjnych,
odbywających się zawsze na ich koszt, wpływa na
czytelników i widzów z krajów o ugruntowanej demokracji i nieograniczonej
konsumpcji niezwykle kojąco. Oto bowiem przekonują się
za każdym razem na nowo, że wygrali los na loterii życia,
że zły los ich omija, bo przyszli na świat po jego
właściwej stronie, że katastrofy są straszne
i zagrażają być może przyszłości
naszego globu, ale pojawiają się najczęściej
z dala od centrów Zachodu, bo z perspektywy Kassel, Berlina, Kolonii,
Wiednia, Brukseli i innych dostatnich miast, nawet wieże
Word Trade Center w Nowym Yorku są dalekie, a ponadto, jak
powiedział Enwezor w cytowanym powyżej wywiadzie Czyż
akty terroru al-Quaidy nie są próbą zapewnienia sobie
suwerenności, wszystko jedno jakimi środkami? Cel
znowu więc uświęca środki, zaś środkiem,
którym najlepiej można pokazać suwerenną walkę
o słuszny cel, jest film, okazuje się, że dziś
także najważniejsza ze sztuk. Taśma filmowa jest
cierpliwsza od papieru: Documenta 11 była więc przede
wszystkim festiwalem filmów dokumentalnych, zaś skrupulatni
dziennikarze obliczyli, że czas ich projekcji trwał
300 godzin, więc żeby obejrzeć wszystkie, trzeba
było spędzić w Kassel cały miesiąc! A
ponieważ całodzienny bilet, gwarantujący dostęp
na muzealne parkiety i partycypację w filmowych nieszczęściach
naszego globu kosztował 16 €, sycić się nimi mogli
jak zwykle tylko ci najbogatsi.
Międzynarodowy
maraton filmowy
Na
Documenta 11 film zaangażował się czynnie także
i w służbie odnajdywania tożsamości rdzennej
ludności, niszczonej przez kolonizatorów różnej maści.
Zespół Iglooik Isuma Productions z Kanady pokazywał
na kilkunastu telebimach i na okrągło przez dziesięć
godzin postępową, telewizyjną operę mydlaną,
umożliwiającą Eskimosom powrót do korzeni. Po krwawych,
ale zgodnych z tradycją, a więc słusznych polowaniach
na jadalne istoty morskie różnych gatunków, dzielni myśliwi
zasiadali przed telewizorami, gdzie oglądać mogli przebieg
polowania. Dzięki nowoczesnym środkom przekazu odzyskiwali
oni poczucie etnicznej wspólnoty. Wielogodzinnym skutkom czystek
etnicznych poświęcił się z kolei izraelski
filmowiec dokumentalny, urodzony w 1964 roku w Hajfie i mieszkający
w Paryżu Eyal Sivan (autor głośnego filmu dokumentalnego
Specjalista o procesie Adolfa Eichmanna), pokazując
Jedno ludobójstwo więcej, zakończone ekshumacją
ciał ofiar wojny domowej w Ruandzie. Sześć godzin
trwała projekcja filmu Niemki Ulrike Ottinger pod tytułem
Pasaż południowo-wschodnio-zachodni, pokazująca,
min. na przykładzie scen z targów i plaż w Warnie i
Odessie, że Europa Środkowo-Wschodnia jest nadal białą
plamą na mapie naszego podobno jednoczącego się
kontynentu. Trafność jej wielogodzinnych spostrzeżeń
potwierdzała w pełni Documenta 11: o ile z Europy Środkowo-Wschodniej
zaproszono garstkę artystów z Chorwacji, Rumunii, Mołdawii,
Litwy i mieszkające w Berlinie i Nowym Yorku małżeństwo
Igora i Svetlanę Kopystianskych, epatujące publiczność
wideo o plastykowych śmieciach, płynących w wodzie,
o tyle z krajów pozostałej Europy zwanej Wschodnią,
nie zaproszono nikogo (w documenta X uczestniczył tylko jeden
artysta z Polski, Paweł Althamer). Widocznie nasze zaangażowanie
w artystyczne tematyzowanie nabrzmiałych problemów postkolonialnego
świata jest zbyt mało widowiskowe i postępowe,
a ponadto i tak bardzo rzadko dopuszczani jesteśmy na decydujące
o globalnej pozycji artystów salony sztuki. Polska była jednakże
częścią monumentalnego reportażu fotograficznego
Amerykanina Allana Sekuly (ur. 1951 r.), który, w pracy pod tytułem
Fish story, pokazującej skutki rozwoju i upadku przemysłu
rybnego i stoczniowego min. w USA, Korei Południowej, Niemczech
no i w naszym kraju, poświęcił nam cykl zdjęć
z Gdańska z 1990 roku, ze zmęczonymi stoczniowcami,
energicznym Lechem Wałęsą i zadowolonym duchowieństwem
oraz napisem Budują kościoły, żeby się
w nich modlić o mieszkania. Katalog Romana Opałki
był fragmentem instalacji jego przyjaciela Georges’a Adéagbo
z Beninu, zaś w przewodniku po Documenta 11 figuruje zdjęcie
tańczących par w krakowskim Klubie pod Jaszczurami z
1976 roku, którego autorką jest Angielka Craigie Horsfield
(ur. w 1949 r.) Mimo że wymogi rynku sztuki na tej
Documenta miały odgrywać marginalną rolę,
większość pokazywanych na niej artystów, szczególnie
tych z Europy Zachodniej, USA, Kanady i Ameryki Południowej,
od dawna zajmuje czołowe pozycje w międzynarodowym rankingu
sztuki. Należą do nich zarówno mieszkająca w Nowym
Yorku Iranka Shirin Neshat (ur. 1957 r.), która w nakręconym
w Meksyku filmie Tooba, prezentowanym w Kassel na dwóch
równoległych ekranach, alegoryzowała postać Magna
Mater, symbol wiecznego życia, poza wszelkimi podziałami
religijnymi i etnicznymi (może ta właśnie praca
była najbardziej polityczna, bo bez nachalnego dydaktyzmu
pokazywała, że cofając się we wspólną
przeszłość będzie można zbudować
jakąś wspólną przyszłość). Na brak
komercyjnych sukcesów nie może narzekać także ani
Kanadyjczyk Jeff Wall (ur. w 1946 r. w Vancouver), jeden z najbardziej
znanych artystów fotografików, który na Documenta 11 pokazywał
imponujące przeźrocze (o rozmiarach 240 x 320 cm) pod
tytułem Niewidoczny człowiek, ani robiąca
ostatnio zawrotną karierę Eija-Liisa Ahtila (ur. w 1959
r) z Finlandii, której film Dom, wyświetlany równolegle
na trzech ekranach, trwał tylko 14 minut i zajmował
się sytuacją młodej kobiety, nawiedzonej przez
głosy. Od lat do grona uznanych i wysoko cenionych artystów
należą także: Louise Bourgeois, Annette Messager,
On Kawara i Hanne Darboven, nie mówiąc o postkolonialnych
artystach z Afryki, którzy, jak na przykład Georges Adéagbo
z Beninu lub Bodys Isek Kingelez z Demokratycznej Republiki Kongo,
są od co najmniej dwudziestu lat ulubieńcami międzynarodowej
wspólnoty kuratorsko-kolekcjonerskiej.
Postkolonializm
i konceptualizm
Wybór
Okwuia Enwezora na kuratora (oficjalnie określanego jako
kierownika artystycznego) Documenta 11 związany był
zapewne także z nadzieją na kuratorską i artystyczną
zmianę pokoleniową, choć przegląd sztuki światowej
w Kassel był zawsze pokazem dokonań przedstawicieli
wszystkich, ustabilizowanych bądź prących na rynek
sztuki, artystycznych pokoleń. Orędownik postępowej
sztuki filmowej i jej rozszerzonej, dyskursywnej przestrzeni,
okazał się być jednak zwolennikiem sztuki już
dość dawno minionej. Na postkolonialnej wystawie najwięcej
miejsca udostępniono bowiem konceptualizmowi w wydaniu zajmującej
trzypiętrową rotundę Fridericianum Hanne Darboven,
urodzonej w 1941 roku weteranki documenta, która uczestniczyła
w jej 5, 6 i 7 edycji. Na ostatniej, pisanej z dużej litery
Documenta, pokazała ona więc bardzo duże dzieło:
składający się z 2782 tysięcy małych
(każdy o rozmiarach 30 x 20 cm), zapisanych drobnymi cyferkami
i oprawionych w drewniane ramki karteczek Kontrabas solo, opus
44. Środek pracowitej kompozycji, dokumentującej
jako żywo, choć bardzo nieruchomo, nieuchronny upływ
czasu, zdobiła kryształowa czaszka, umieszczona w podświetlonej
- jak na relikwiarz sztuki przystało - szklanej witrynie:
dla najbardziej nawet nieobeznanego w sprawach doczesności
(sztuki?) widza znak tego, że pytanie Być albo nie
być rozstrzygnięte zostaje na rzecz nie bycia. Dużej
sztuki dokonywali także pracowniczka i pracownik Documenta
11, odczytujący codziennie w szklanej klatce na pierwszym
piętrze Fridericianum przez dziesięć godzin i sto
dni monumentalne dzieło innego zasłużonego konceptualisty,
mieszkającego w Nowym Yorku Japończyka Ona Kawary pod
tytułem Milion lat. Można się więc
było nausznie przekonać o wpływie dat na upływ
ludzkiego życia, przysłuchując się brzmieniu
liczb, wyrażających lata począwszy od roku 998
031 przed naszą erą do 1069 roku naszej ery i od 1969
do 1 001 995 roku przyszłych er, które będą miały
coraz więcej zer - rozmach doprawdy nie na miarę ludzkiego
życia, przy którym bledną nawet dokonania naszego zasłużonego
dla wielkich liczb Roman Opałki, choć on osobiście
też dobrze czyta. On Kawara, który w dniu otwarcia Documenta
11 skończył 25.763 dni, o czym informuje katalog, jest
przykładem, że prawdziwą sztukę można
osiągnąć w każdej dyscyplinie artystycznej,
bo przecież wiadomo, że na przykład dobry aktor
potrafi także z wdziękiem przeczytać książkę
telefoniczną i że czasu przy tym też upływa
sporo.
Sztuka
dojrzała cierpiącego ciała
Jeszcze
więcej dni liczyła sobie 8 czerwca 2002 roku urodzona
w 1911 roku najstarsza uczestniczka Documenta, Louise Bourgeois,
którą także, jako ikonę sztuki feministycznej,
uhonorowano osobną salą. Pokazywano tam jej znane już
z innych wystaw druciane klatki z serii Cela, z tym że,
jako że są to dzieła schyłku życia, więc
stworzone zostały raczej bez rozmachu, charakterystycznego
dla jej głośnych instalacji z połowy lat osiemdziesiątych
i początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego
stulecia. Szmaciane, okaleczone lalki w kardynalskich płaszczach
bądź w różowej nagości miękkiego materiału
wydawały się dziwnie bezbarwne i obojętne na odbywający
się koło nich jarmark sztuki zaangażowanej, podobnie
jak dziesiątki wiszących na ścianach małych
papierowych dzieł z serii Bezsennych rysunków - pracowitych
rezultatów nieprzespanych nocy. Artystyczną córką sędziwej
rzeźbiarki wydaje się być jej mieszkająca
ciągle jeszcze we Francji rodaczka, 58-letnia Annette Messager,
która na Documenta 11 pokazała ruchomy i poruszający
się w kółko, więc łatwy do zrozumienia szmaciany
teatr pod tytułem Wypowiedziane, niewypowiedziane,
złożony z różnych dziecinnych zabawek w kształcie
lalek, zwierząt (głównie, jak się można było
domyślać wściekłych, ale na szczęście
pluszowych krów) i równie niegroźnych jako dzieło sztuki
samolotów - symboli upiornego korowodu życia, które bez względu
na gatunek biologiczny prędzej czy później kończy
się śmiercią. Ponura atmosfera panowała także
w jasnym pomieszczeniu, w którym urodzony w 1968 roku Holender
Mark Manders pokazywał przygotowaną specjalnie na Documenta
11 instalację z serii jego Autoportretów: wielkich,
bezpłciowych bliźniaków, umieszczonych na nieproporcjonalnie
małym stole, przy którym stały dziecinne krzesła.
W sąsiedniej niszy znajdowała się także witryna,
w której leżał martwy czarny kot, a właściwie
jego dwie połowy, połączone z różnymi plastykowymi
przedmiotami metalowymi drutami. W ścianę wmontowany
był kran, z którego bez przerwy ciekła woda, bo to co
płynie, kiedyś minie. Ze statystyk wiekowych, którym
chętnie poświęcali się publicyści kulturalnych
mediów wynikało, że co czwarty uczestnik Documenta 11,
łącznie z jej zasłużonymi uczestniczkami,
przekroczył sześćdziesiąt lat. Ostatni przegląd
sztuki w Kassel był więc (p)okazem sztuki w pełni
dojrzałej, bo i ci młodsi też prezentowali sztukę
nad wyraz dojrzałą, czyli całkiem na serio.
Cudze
cierpienia koją sumienia
Publiczność,
w przeciwieństwie do krytyki, lubi sztukę dojrzałą,
czyli taką, która przekazuje łatwe do zrozumienia i
natychmiast rozpoznawalne, poważne treści. Lubi także
solidaryzować się (choć nie wszyscy w równym stopniu),
z prześladowanymi mniejszościami seksualnymi i etnicznymi,
lubi wzruszać się biedą i beznadziejnością
życia mieszkańców hinduskich i południowoafrykańskich
slumsów, lubi utwierdzać się w przekonaniu, że
ludobójstwo jest okrutne, ale chyba niestety nieuniknione, skoro
ciągle odbywają się jakieś nowe ludobójstwa
i że globalizacja nie dla wszystkich jest dobrodziejstwem.
Kulturalna, głównie niemiecka publiczność (choć
ostatnią Documenta odwiedziło także 28% bliskich
geograficznie Holendrów) popiera słuszną walkę
Palestyńczyków przeciwko izraelskiemu najeźdźcy,
jaką serwowano jej dzięki dokumentalnym trudom palestyńskich
filmowców w ciasnych klitkach przestronnej skądinąd
Hali Documenta, choć na przykład znana, ale w tym przypadku
mało poprawna politycznie niedola społeczeństwa
izraelskiego nie znalazła odzwierciedlenia na tej zaangażowanej
wystawie. Kulturalna publiczność rozumie natychmiast,
że ogrodzona kolczastym drutem kuchenna instalacja Przywiązanie
do domu mieszkającej w Londynie, lecz urodzonej w 1952
roku w Bejrucie Mony Hatoum jest symbolem jej zadrutowanej i zniszczonej
przez wojnę domową ojczyzny, zaś ciemne pomieszczenie,
w którym Kubanka Tania Bruguera (ur. w 1968 r. w Hawanie i tam
do dziś pracującej) oślepia zwiedzających
na chwilę jaskrawym światłem, a potem muszą
się oni poruszać po omacku przy dźwięku niewidocznych,
tym bardziej głośno ładowanych karabinów, jest
wyrazem kubańskiego totalitaryzmu, a w szerszym rozumieniu
niebezpieczeństw, jakie czyhają na ludzi na szczelnie
strzeżonych granicach. Również i tych na styku dobrobytu
z inną biedą, co na osiemnastu monitorach i dwóch telebimach
prezentowała mieszkająca w Paryżu Belgijka Chantal
Akerman (ur. 1950 r.) w reportażu Z drugiej strony,
pokazującym sytuację na przedzielonej murem granicy
amerykańsko-meksykańskiej, gdzie wyposażona w najnowsze
środki techniczne amerykańska straż graniczna i
policja stara się (z miernym dość skutkiem), polować
na nielegalnych imigrantów z sąsiedniego, ubogiego kraju.
Kulturalna publiczność cierpi z torturowanymi w Urugwaju,
których okaleczone przez oprawców kończyny tak sugestywnie
sfotografował dla niej w serii Urugwajskich tortur
urodzony w 1936 roku w Lubece i mieszkający w USA Leon Camnitzer,
zaś nad losem innych męczonych i prześladowanych
może się litować dzięki wstrząsającym
obrazom Amerykanina Leona Goluba (ur. w 1922 r. w Chicago) i dzięki
stonowanym, przez co nie mniej przejmującym płótnom
Luca Tuymansa (ur. w 1958 r. w belgijskim mieście Mortsel),
który rozprawia się z belgijskim kolonializmem. Współuczestnictwo
w solidnie udokumentowanych i bez ogródek pokazanych cierpieniach
ludzkości jest bowiem aktem katharsis: wiedza o niedoskonałości
okrutnego świata wzbudza empatię zachodniej klasy średniej,
czyli publiczności przeglądu zaangażowanej sztuki
w Kassel i uspokaja jej sumienie. Dlatego też, mimo krytycznych
dość głosów prasy zachodniej, szczególnie prasy
amerykańskiej, która Okwuia Enwezora nazwała kuratorem
al-Quaidy, publiczność jak co pięć lat
dopisała i nawet zgodnie z logiką każdej nowej
documenta o 19 tysięcy pobiła rekord poprzedniczki.
Documenta 11 w 2002 roku odwiedziło aż 650 tysięcy
ludzi, wśród których było 15 tysięcy oficjalnie
akredytowanych dziennikarzy.
Rekordowa
masa wystawowa
Poza
rekordową frekwencją ostatni przegląd sztuki światowej
w Kassel miał rekordowy, bo wynoszący 12,8 milionów
€, budżet wystawowy i rekordowy zysk, zamykający się
sumą prawie 1 miliona €. Rekordowa była też powierzchnia
wystawowa - 13 tysięcy metrów kwadratowych, czyli tradycyjnie
już Fridericianum, Oranżeria, Hala Documenta, Dworzec
Kultury, a także jako nowość, zamieniony na muzeum
budynek byłego Browaru Bindinga, zarazem najciekawszy odcinek
tej wystawy. Documenta 11 miała bowiem charakter jak najbardziej
muzealny. Zwiedzających, przyzwyczajonych do plenerowych
instalacji, jakie na poprzednich documentach figurowały przed
Fridericianum, na przestronnym trawniku przed Oranżerią,
w pobliskim parku i na brzegach przepływającej nieopodal
rzeki Fuldy, spotkało rozczarowanie. Przestrzenią dyskursywnej
sztuki była zamknięta przestrzeń muzealna, istne
archiwum akt nowych. Wydaje się, że kurator Okwui Enwezor
dosłownie przełożył nazwę dokumenta na
zbiór dokumentów. Jego Documenta była documentą dokumentów
i archiwum poprawnie, z jego punktu widzenia, dla sztuki zasłużonych
artystów. Wśród tysięcy klatek filmowych, zdjęć,
karteluszek i gadających głów, prawie zupełnie
brakowało malarstwa, a całkowicie humoru. Postępowa
sztuka jest sprawą poważną, a ze spraw poważnych
nie wolno sobie stroić żartów. Miejscami wystawa w Kassel
sprawiała wrażenie pokazu sztuki maniakalnych kolekcjonerów
własnego życia. Do Fridericianum przeniesiono dwie kompletne
pracownie: Wielką ruinę stołową Dietera
Rotha (1930 - 1998), jego miejsce pracy, które począwszy
od 1970 roku zamieniało się w chaotyczne, lekceważące
wszelki porządek i coraz bardziej zagracone pomieszczenie,
i równie zagraconą, z tym że częściowo tworami
jakby rodem z muzeum socrealizmu w Kozłówce, pracownię
chorwackiego rzeźbiarza Ivana Kožarića, w której oglądać
można było ponad 500 rzeźb, ponad 50 obrazów akrylowych
na płótnie, ponad 300 grafik, ponad 200 fotografii i ponad
5 tysięcy rysunków i innych obiektów tego urodzonego w 1921
roku artysty, któremu nie pozwolono jednak na stały pobyt
w Browarze Bindinga, bo widocznie masa jego dokonań nie wymagała
jego dyskursywnej obecności. Wiara, że ilość
musi automatycznie przejść w jakość, emanowała
także z innych, kolekcjonerskich dzieł artystycznych,
w najbardziej, poza On Kawarą, zmasowany sposób z przygotowanej
specjalnie na Documenta 11 instalacji cytowanego już typozofa,
urodzonego w 1953 roku w Berlinie i mieszkającego w Karlsruhe
Ecke Bonka, pod angielskim, złożonym wyłącznie
z dużych liter tytułem BOOK OF WORDS - RANDOM READING
(Księga słów - przypadkowe czytanie), składającej
się z przypadkowo manipulowanych przy pomocy komputera i
rzucanych na cztery ściany wszystkich 350 tysięcy haseł
32-tomowego słownika braci Wilhelma i Jacoba Grimma, rozpoczętego
przez nich w 1838 roku i zakończonego przez ich następców
w 1960 roku, podstawowego dzieła niemieckiej etymologii.
Wyrazem skromniejszej, bo złożonej z setki malutkich
obrazków (15 x 9,5 cm) etymologii, była sala, w której pokazywano
słowotwórczo-rysunkowe poszukiwania właściwego
środka wyrazu przez urodzonego w 1921 roku Frédérica Bruly
Bouarbé z Wybrzeża Kości Słoniowej, w stylu nie
odbiegającym od naszego Nikifora: znak tego, że sztuka
autodydaktów wszędzie jest podobna. Tak jak wielka instalacja
Georgesa Adéagbo z Beninu (ur. w 1942 w Cotonou i tam też
mieszkającego), który do Kassel przywiózł prawdziwe
afrykańskie drzewo, na którym wisiały i wokół którego
leżały powycinane z gazet zdjęcia ikon globalnej
kultury masowej, a także figurki różnych regionalnie
i globalnie uwielbianych bóstw.
Modelarze
z architektfotoartystami w parze
Ponieważ
rzeczywistość, jaka jest, każdy mógł obejrzeć
w sztuce, pokazywanej na Documenta 11 w Kassel, nie mogło
na niej także zabraknąć sporej porcji postępowej
utopii urbanistycznej. Zadbali o nią na Dworcu Kultury, do
którego wchodziło się prosto z prawdziwego dworca kolejowego,
prawdziwi architekci, malarze, zajmujący się swego czasu
konstrukcjami modeli architektonicznych, fotograficy, poświęcający
się uwiecznianiu architektury oraz uznani na rynku sztuki
postkolonialni modelarze- samoukowie. Do tych pierwszych należał
urodzony w 1923 roku w Budapeszcie i mieszkający we Francji
i Izraelu Yona Friedman, autor przyjaznych projektów urbanistycznych
w stylu pudełek od butów, do tych drugich 82-letni Holender
Constant, jeden z założycieli znanej swego czasu grupy
Cobra, który od 1956 do 1974 roku zajmował się projektowaniem
Nowego Babilonu, obejmującego całą kulę
ziemską miasta, skonstruowanego zgodnie z wymogami wygodnego
życia i rygorystycznymi normami ekologicznymi. Mało
utopii było raczej w znanych już z najrozmaitszych wystaw
fotograficznych seriach dawnej niemieckiej architektury przemysłowej
autorstwa Bernda i Hilli Becher (ur. w 1931 i 1934 r. w Siegen
i Poczdamie, mieszkających w Düsseldorfie), którzy na Documenta
11 pokazali sporą dawkę zdjęć domów z muru
pruskiego z miasta Siegen. Cieszące się od końca
lat siedemdziesiątych sporym zainteresowaniem międzynarodowych
kolekcjonerów modelarstwo urbanistyczne do koloru i wyboru prezentował
natomiast z właściwym sobie powodzeniem urodzony w 1948
roku Bodys Isek Kingelez z Kimbeville (Demokratyczna Republika
Kongo), z powodu radosnych barw i wyklejanek z błyszczącego
staniolu trochę podobne do krakowskich szopek.
Ludzie
lubią klęczeć w budzie
Mimo
że Documenta 11 niewiele miała wspólnego z odbywającym
się w Kassel co pięć lat raczej mniej poważnym
i bardziej radosnym jarmarkiem sztuki, i tym razem największym
powodzeniem cieszyły się dzieła, należące
do atrakcji każdego jarmarku. Zostały one wprawdzie
jakby trochę wstydliwie ukryte na obrzeżach i w głębi
parku, ale publiczność, być może chwilami
znużona ogromem wizualizacji realnych nieszczęść
i nie zrealizowanych jak zwykle utopii, chętnie błądziła
w lustrzanym labiryncie urodzonego w 1956 roku Kanadyjczyka Kena
Luma; prawie że na klęczkach, bo pod niską, zawieszoną
bardzo blisko ziemi, drewnianą bryłą, w której
mieściło się absurdalne kino niemieckiego art-anarchisty,
37-letniego Johna Bocka, oglądała jego film o rewolucji
potraw przeciwko złemu kucharzowi, asystowała także
w jego performerskich popisach w skleconej z surowych desek, zagraconej
różnymi dziwnymi przedmiotami budzie. Na tej muzealnej, poważnej
artystycznej imprezie, jedynie budy tętniły naprawdę
prawdziwym życiem. 25 tysięcy osób odwiedziło dzieło
Szwajcara Thomasa Hirschhorna (ur. 1957) w newralgicznej, zamieszkałej
głównie przez Turków i nienajlepiej sytuowanych Niemców,
położonej na peryferiach Kassel dzielnicy Friedricha
Wöhlera. Szwajcarski artysta zbudował tam, przy pomocy 25
młodych ludzi, pomnik na cześć pisarza i filozofa
Georges’a Bataille'a (1897 - 1962), bibliotekę jego książek
i prowizoryczne, osiedlowe studio telewizyjne, w którym montowane
i transmitowane były filmy z tej naprawdę społecznej,
choć nie mniej artystycznej akcji. Można dyskutować
o tym, czy ociekająca krwią, potem i spermą, staromodnie
bluźniercza proza francuskiego myśliciela jest właściwą
lekturą dla dzisiejszej, przyzwyczajonej do niejednego młodzieży,
choć wiadomo, że swojej wiedzy o świecie nie czerpie
ona bynajmniej z książek. Była to na pewno radosna
i integrująca wspólna zabawa, na dodatek konstruktywna, bo
w jej wyniku powstały cztery prowizoryczne budy. Zostały
one wprawdzie 15 września 2002 roku całkowicie zdemontowane,
ale pamięć o nich długo jeszcze będzie krążyć
po osiedlu, po którym nadal krąży stary Mercedes, którym
młodzi kierowcy dowozili publiczność światowej
wystawy na miejskie peryferia. I tu sprawdziło się globalne
marzenie, które kiedyś brzmiało ze wsi do miast,
a dziś brzmi zupełnie odwrotnie, czyli z centrum
na peryferia.
Konwersacja
i penetracja
Zaś
w mej pamięci po Documenta 11 pozostaną dwa dzieła,
które nie były w stanie utonąć w masie sztuki,
służącej ilustracji z góry założonych,
teoretycznych racji. To przede wszystkim Boutique zmarłej
przedwcześnie w Paryżu pochodzącej z Teheranu żydowskiej
artystki Chohreh Feyzdjou (1955 - 1996), z jej tajemniczymi przedmiotami,
zamkniętymi w ustawionych na regałach słoikach
i obrazami, zwiniętymi w rulony jak dywany. Pozostanie też
wspomnienie kojącej lekkości sztuki urodzonego w 1962
roku w Londynie Yinka Shonibare. Jego bezgłowe manekiny z
epoki wiktoriańskiej, odziane w szaty z kolorowego perkalu,
produkowanego w Holandii, uchodzącego jednak za typowe wzornictwo
postkolonialnej Afryki, oddawały się z lubością
wyszukanej kopulacji pod wiszącą u sufitu dużej
sali Browaru Bindinga zabytkową karocą. Ta instalacja
pod tytułem Gallantry and Criminal Conversation (Galenteria
i kryminalna konwersacja), pokazywała, poza wszystkimi
odniesieniami historyczno-designersko-obyczajowymi po prostu to,
że w życiu jak i w sztuce dobrze jest penetrować
(nie)znane obszary raz z przodu, raz z tyłu, ale najlepiej
bez obarczonej teorią głowy.
Documenta
11_Platforma 5
8.06.
- 15.09.2002 w Kassel
Kierownik
artystyczny: Okwui Enwezor
Współpracujący
kuratorzy: Carlos Basualdo, Ute Meta Bauer, Susanne Ghez, Sarat
Maharaj, Mark Nash, Octavio Zaya
http://www.documenta.de
Z
okazji Documenta 11 ukazały się następujące
publikacje w języku niemieckim i angielskim, wszystkie w
wydawnictwie Hatje Cantz Verlag, Ostfildern, 2002
Documenta
11_Platforma 5
Katalog.
616 str., 700 w większości kolorowych ilustracji. Cena
55 €. (wersja niemiecka) oraz wersja angielska pod tytułem
Catalogue
o tej samej objętości i w tej samej cenie.
Documenta
11_Platforma 5
Kurzfűhrer/Short
Guide. (Przewodnik). Wersja niemiecka i angielska. 320 str., 120
kolorowych ilustracji. Cena 15 €.
Documenta
11_Platforma 5
Bildband/Picture-Book.
Wersja niemiecka i angielska. 240 str., 500 kolorowych
ilustracji. 30 €.
Informacje
o pozostałych publikacjach, związanych z Platformami
1 - 4 znajdują się na stronie http://www.hatjecantz.de
|

|
|
|
|
|