Ecce

Nie jestem ideałem.

Nadużywam cierpliwości i alkoholu.

Jeżeli się śmieję, to za głośno.

Gdy coś robię, to lewą ręką.

Jestem poetessa.

Słowa metressa.

Pisze częstochowy

z dźwięcznej polskiej mowy.

Cierpię na nadwagę i na pokaz.

Jeżeli kocham, to nieszczęśliwie.

Jeżeli walczę, to do ostatniej kropli.

Zabijam bez potrzeby.

Jestem poetessa.

Słowa metressa.

Piszę na serwetkach

o innych poetkach.

Za dużo palę i oglądam telewizję.

Mój gust jest zaprzeczeniem dobrego smaku.

Moje sądy są najczęściej niesprawiedliwe.

Krzywo przysięgam.

Jestem poetessa.

Słowa metressa.

szukam dziury w całym

i dużego w małym.

Pożądam bliźniego swego.

Nie wierzę w niepokalane poczęcie.

Nie odmawiam. Nie pokutuję.

Nie obiecuję poprawy.

Jestem poetessa.

Słowa metressa.

Myślę gombrowiczem

o sobie i nietzschem.

Jeżeli żałuję, to dobrych uczynków.

Jeżeli ronię, to krokodyle łzy.

Schodzę na psy i na bliźniego

patrzę wilkiem.

Jestem poetessa.

Słowa metressa.

Piszę częstochowy

z dźwięcznej polskiej mowy.

Więc jeżeli stworzyłeś mnie

na wzór i podobieństwo

to chyba w przypływie jakiegoś

ziemskiego poczucia humoru.

1997

© Urszula Usakowska-Wolff

 

Miłość jednym tchem

Leciałam do ciebie nie pierwszą miłością

samolotem linii nie pamiętam

do zupełnie przypadkowej Afryki.

Przywiozłam ci słowa trudne do wymówienia

szelest spółgłosek i samogłosek

męczliwych i krnąbrnych.

Spotkały się w mauretańskiej kawiarni

na mozaikach lśniących od przeszłości

dwie małe ojczyzny trudne do wypowiedzenia

pierwszej na czasie miłości.

Naprawdę kwiat bouganvilli nosiłam we włosach

na skórze dotyki i drżenia

ziarnka piasku śpiewały na prześcieradłach

w oddechach spragnionych spełnienia.

No i stało się dobrze się stało

szumiało morze wirowała plaża

bieliły się domy niebieskimi okiennicami

ani jedna chmurka nie zawisła nad nami

pod szczęśliwą gwiazdą.

Miłość jednym tchem trudna jest do

wymówienia na dodatek w dwóch językach

odmieniana przez jedenaście przypadków

odleciała w drugą przyszłość gramatyka

naszej zwykłej codzienności.

1996

© Urszula Usakowska-Wolff


Słowność

Pod płaszczykiem futerka

kryła zgrabne męki do samej ziemi.

Nie kusiła losu nagą pięścią bytu.

Dokazywała tylko w bezpiecznym obejściu

legalnego związku bez kościelnego obrządku

szanowała przodków bez potrzeby i na odległość

dalszą niż wyciągnięcie kopyt.

Gdy chciała to wiedziała bo wiedziała co chciała.

Miała prawie wszystko nawet i na przysłowiowej niwie.

Kwitnącą magnolię na jawie, grządki przed dosłownym domem.

Samochód na zadatek, wyrozumiałego psa i wiernego męża za pasem.

Na dodatek myśli z nawiązką poniżej pasa.

Przyjaciół serdecznych niesprawdzonych w biedzie.

Świadomość na miarę potrzeb bez potrzeby wiary.

Wiedziała że miała więc brała jak zechciała.

Doigrała się tego życia w czepku urodzona z książek, obrazów

i zdań skwapliwie składanych na zapas.

Słowa powszedniego używała nadaremnie.

Daj jej panie na wieczne odpamiętanie.

Niewysłowiona między wierszami na amen.

1997

© Urszula Usakowska-Wolff


Listowność

pomknę do pana prostokątną bielą

naznaczę ją drobnym maczkiem

znaczków o obcym brzmieniu

pieszczotliwych dopełniaczy

zabawię się z panem w orzeczenia

między podmiotami

będę się z panem miała czarno na białym

w odcieniach pierwszej przyszłości

aż do ostatniego wołacza

rozpalę pana trybem warunkowym

przywołam z oddali bezwstydnym znakiem zapytania

zapomnę się z panem w przenośniach

aż do spełnienia w nawiasach

rozpisanych wierszy

1997

© Urszula Usakowska-Wolff

 

€(u)rotyk

(dla Zbyszka Brzyszcza-Marka)

gdy saksofon gra

wibrują hormony

przekwitają w zimnym słońcu

wielkanocne baranki

pękają malowane jaja

jak mydlane bańki

cierpią czekoladowe zajączki

z odgryzioną rączką

smakowicie mlaskają brązowe

usta małego kanibala

w taką noc

kiedy marynowany udziec

barani w gwiezdnym sosie

z hiszpańskiego czosnku

nie zmartwychwstanie

zadzwonię do pana

powolny palec wykręci numer

wyobraźni zerwanej z uwięzi

popłyną na skrzących łączach

zachcenia wyzwolone z uśpionego ciała

będę z panem miała

północną dosłowność na telefon

w taką noc

kiedy nerkówka cielęca

uduszona we francuskich jarzynach

nie poskarży się ludzkim głosem

będę z panem miała rozkoszny

bezcielesny dotyk

a w głowie mrowie wymyślonych pokus

gdy saksofon gra

wibrują hormony

budzą się demony

na wieki wieków udomowione

roją się myśli wyposzczone

na czekoladowej łodzi odpływa

liryczny bezsens

w przestrzeń muzycznie aseptyczną

w zimny wiosenny poranek

kiedy samotnie zamarza cukrowy baranek

będę z panem miała suchy śmigus dyngus

ciszę na klawiszach

przekorne wspomnienie

zamierzonych grzechów

na wieczne pokuszenie łudź mnie

oddechu nabrzmiały

w saksofonie

1997

© Urszula Usakowska-Wolff

Le plaisir, 1927

(dla pana R.Magritte)

Schwytała straszna pani brązowego ptaszka

czarne wargi rozchyla i języczkiem mlaska

ostre ząbki zaszpila na podbrzuszku lotnym

gęsta krew kropleje na palcu przewrotnym

Malownicza rozkosz wytryska z obrazka.

Podgryzany ptaszek nie broni się wcale

i oczęta przymruża w malowniczym szale

gdy w podbrzuszku zawita

żądza bólem przeszyta

niech się krwawi w miłosnym zapale.

Inne ptaszki czekają na olejnym drzewie

aż je pani w swych czarnych usteczkach pogrzebie

gdy języczkiem pomlaska

to wyfrunie z obrazka

ból i rozkosz w cielesnej potrzebie.

1997

© Urszula Usakowska-Wolff

 

RozLeśnieNie

a zębami chłopców nęci

i zna czar mogiły

błąka się po łąkach dziwna stwora

z daleka rysy ma upiora

w ustach zaciska młody mlecz

z drżeniem wysysa białą ciecz

straszna ta oprawca

chucha i dmucha w piórka dmuchawca

omdlewa w czułościach pęczniejący mak

pręży się sprężyście nawet psotny ptak

w tej rozłącznej ciszy

wstydnie języczkują parabure myszy

wąż przaśną piersią mozoli się w ziołach

stwora swe zębiska zazębia na czołach

młodniejących bielą pierwszej dziecinności

bijącej w gruczołach niewinnej męskości

w pajęczynę pająk zwabił pajęczaka

stwora już dopada pięknego Leśniaka

muska aksamitem mleczno białej skóry

Leśniak drżące ręce podnosi do góry

pręży się sprężyście rozbudzone ciało

już się zachceniom wieczystym oddało

wyposzczonej głębi słodkiej wilgotności

niespełnionego zakwitu chciejności

stwora wargi rozwiązłe zaplata w języku

coraz niżej pomyka w pajęczym dotyku

muska wężą łuską jedwabny naskórek

to wznosi to opada mechatliwy wzgórek

prześlizgują się jaszczurki pazurkowym drżeniem

podskórno naskórnym cielesnym odśnieniem

olśniewa w czułościach dojrzewania smak

czerwienieje z niewstydu łąkopolny mak

Leśniak już cięciwę rychtuje strzeliście

liście posuwiście szeleszczą w zaświście

w tej rozłącznej ciszy

rozbrojona stwora wije się i dyszy

w ustach zaciska młody miecz

mężnie wysysa białą ciecz

na wieki wieków i ponad wiekami

miłuje się chciejność nad Leśniakami

1997

© Urszula Usakowska-Wolff

   

Śmierć liryczna

trzeciego lutego umarł Hrabal

- podała telewizja -

w szpitalu karmił gołębie

miał na sobie gruby sweter

chyba nowozelandzki biały z

takim ręcznym wzorkiem

w szpitalu na piątym piętrze po

operacji chyba ortopedycznej

- to znaczy że mógł już chodzić -

siedział przed małym domkiem

siedział w knajpie pił piwo oczywiście

lubił jak ludzie po piwie mówili bez

przecinków bez składni jak po piwie

lubił żonę niestety zbyt wcześnie odeszła

udomowiły go koty bezdomne

umarł Hrabal

w szpitalu oczywiście na piątym piętrze

nie ma kotów

karmił gołębie ostatnią nie zapisaną

miłością do stworzenia

stary pisarze nie opada automatycznie na

cztery łapy niestety

teraz koty muszą nakarmić się same

Hrabal mruga do nich z kociego nieba

(kot ma podobno siedem żyć)

nić utkana z innej przestrzeni.

1997

© Urszula Usakowska-Wolff

Twórczość, miesięcznik lit.

Są panowie w redakcjach

zasuszeni na zakładkę

między wierszami.

Całują w rękę obowiązkowo

nazwiskiem na -ski.

I inni na szelkach

w manuskryptach

zakurzeni.

Ja

wolę sekretarkę

z poczuciem

internetu.

Więc

tańczę wciąż

ze sobą

i ekologicznym woreczkiem

literackim

z którego wyjmuję

króliki Rojtszwańca.

Na zawsze rozmnożone

w nowym pliku.

1997

© Urszula Usakowska-Wolff

 

Się

(dla Wisławy Szymborskiej)

Przez całe życie się żyło

w tym za małym metrażu.

Spało się jak się pościeliło

za krótką kołderkę.

Chodziło się na niskiej stopie

po odrapanych klatkach

w obłokach biedy

nabitej w butelkę.

Bez końca się wiązało koniec

z końcem.

Na włosku się wisiało

dzielonym na czworo.

Miało się przyjaciół jak na

lekarstwo.

Atrament we krwi.

Pióro pod skórą.

Zbyt od wielkiego święta.

No i się porobiło

no i się doigrało

że się nawet

nie można wypisać.

Ma się zdjęcie

z pierwszych stron gazet

nazwisko

dziwnie syczy bezradnie szeleści

w obcych językach.

Każde słowo ledwo

wypowiedziane krzyczy

czarno na białym

zrobione na szaro.

Od przybytku nawet głowa

nie zaboli

rozgłos snu z oczu nie spędza.

Ma się tylu przyjaciół

których nie poznało

się w biedzie.

Dobrą minę się nosi

jak tarczę.

Ma się te wszystkie

maski grymasy oklaski

z reguły

bez podkreślenia wyjątku.

1996

© Urszula Usakowska-Wolff

 

Żar(t)

(dla pana Germana Ritza)

oczy pan ma liryczne

jakby elektryczne

oswojone błyskawice

postmodernistyczne?

drgają źrenice

skrzą skrzą zaiskrzyły

a może od tej iskry

coś się zapali?

spojrzenie

migotliwą mgiełką

pada na usta

głaszcze coraz niżej

cieleśnieje pragnienie

pajączki palców

przebiegają z drżeniem

w pajęczynie uniesień

niespełnione zachcenie

w deszczu dreszczy

wilgotnieje

nie tylko marzenie

rozmowa rodzi słowa

może by te usta całować?

na pożegnanie

pan

mi podaje

palec

daleko nam do siebie

to oddalenie

nie będzie nas

wodzić

na pokuszenie

1995

© Urszula Usakowska-Wolff

Popyt na byt

Bzy się fiolecą i bzyczą wielokwieciem.

Skołowane stokrotki skromnie sobie świecą.

Dmuchawce się duszą i kuszą kunsztownie.

Milczące kaczeńce się kończą mozolnie.

Domyślne ślimaki się ślinią sowicie.

Osowiałe sowy mrowią się w bycie.

Ośmielone słowa budzą się i trudzą.

Mroczne mrówki w mrowisku się nudzą.

Nietoperze nie wierzą że jeże w operze

brylują barytonem na wysokim zerze.

Puszczyki się puszczają na boku obłoku

a stwórca ogórca ma zakalca w oku.

Włóczki się włóczą po zmęczonej trawie.

Pączki się plączą na jedwabnej jawie.

Pieski się pocą i psocą po nocach.

Kotki się złocą i kocą na kocach.

Suczki się suszą przy ogniu ogona.

Stłumione stonogi garną się do grona.

Zwierzęta się zwierzają i gnają po gaju.

Chrabąszcze chrzęszczą i chabry trącają.

Trutnie się trudzą z pszczołami do pary

a mary się biorą z barankiem za bary.

Na rżysku rżą srebrzyście poręczne pegazy.

Rzęsa uroczyście w rzecznej toni gwarzy.

Motylki miłują pyłki pierzchliwe.

Grzywacz grzmi gromko i tarmosi niwę.

Wiewiórki fruwają i grają na fujarkach.

Rybitwy rymują radośnie na barkach.

Kwiaty się kwiecą i pylą obficie.

Święci się świecą i śpieszą w niebycie.

Motylki się parzą w palącej pokrzywie.

A stwórca ogórca ma kapustę w grzywie

1999

© Urszula Usakowska-Wolff

 

Teraz

ćmy ćmią w ciemności

księżyc pełnią wschodzi

na spotkanie

traw świeżo skoszonych

w przerwie deszczu który

mży bez przerwy

na rynku mały pies w kagańcu

chce się wyswobodzić

a dorsz w cebulce

zawodzi octem

pszenne piwo w puszce

biało-niebieskiej

pieni się szampanem do nieba

a tam księżyc się godzi

na krótki występ

Teraz

chmury się rodzą

1998

© Urszula Usakowska-Wolff

 

€(u)rotyk n@ dotyk

(rymowana specjalnie dla Bogdana napisana medialnie)

zbliżenie między płciami

odbywa się palcami

które płoną jak róże

na klawiaturze

między pierwszymi dreszczami

wiersze odchodzą

od zmysłów parami

bo za oknem nie dyszy już bez

wiosna się dusi w jaśminie

lato różowych łez

ich nie ominie

to grzech się słowi

między wierszami

kusi

1999

© Urszula Usakowska-Wolff

 

Smutek lekich nutek

(RymUsia dla Bogusia)

Muzyka Wolfganga Amadeusza

jakieś struny porusza

to opadnie to się wzniesie

w rozedrganym lesie

jak orkiestra  zwiewnej tęczy

kropelkami nutek

dręczy

i faluje w ciszy

może ktoś usłyszy

koncert łagodnej męki

dźwięczy

smutek a-dur

i pomyka do chmur

1999

© Urszula Usakowska-Wolff

 

Romans na dystans

mam dla ciebie pieszczotę na potem

i ochotę na więcej

poganiaj mnie wierszem

będzie nam do siebie

w domyśle oddechu

jeszcze wcześniej

cieleśniej wreszcie

już dłużej pośpiechu

odwlekać nie mogę

słowem

1999

© Urszula Usakowska-Wolff

 

Mowogłowie

To wszystko mam z głowy

perwersyjne części mowy

chwytliwe przecinki

zawrotne zaimki

gołe imiesłowy

to wszystko mam z głowy

To wszystko mam w głowie

słowo co goni słowem

cwałujące celowniki

wibrujące wykrzykniki

nęcące gołosłowie

to wszystko mam w głowie

bezwstydna lingwistyka

pod pióro mi podtyka

chore metafory

zarażone wirusem

wściekłych słów

rób się mowo

wciąż na nowo głów

1999

© Urszula Usakowska-Wolff

do strony glównej
do Postliryki