BÓL,
KRZYK I MALTRETOWANE CIAŁO
Rozmowa
z Eckhartem Gillenem,
kuratorem wystawy
"Deutschlandbilder - Kunst aus einem geteilten
Land"
w Martin-Gropius-Bau w Berlinie
|
ECKHART
GILLEN
urodzony
w 1947 r. w Karlsruhe; historyk sztuki, germanista, anglista
i socjolog. Od 1971 r. mieszka w Berlinie, gdzie od 1986
r. jest pracownikiem naukowym Instytutu Pedagogiki Muzealnej.
Kurator licznych wystaw sztuki niemieckiej w Europie i
USA, wydawca i publicysta. W 1994 r. przygotował
wystawę „Skok przez cień” prezentowaną
w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie.
|
Festiwal
"Berliner Festspiele" w 1997 roku odbywał się
pod hasłem przezwyciężenia podziału Niemiec.
Centralnym punktem programu festiwalu była przygotowana
przez pana wystawa "Obrazy Niemiec - sztuka w podzielonym
kraju". Dlaczego właśnie siedem lat po zjednoczeniu
tematyka podziału Niemiec cieszyła się takim
zainteresowaniem?
Eckhart
Gillen: Pomysł wystawy
narodził się w 1985 roku, był więc już
bardzo stary, ale wówczas z wiadomych względów niemożliwy
do zrealizowania. Otrzymałem wtedy zamówienie na napisanie
książki o sztuce wschodnioniemieckiej, i chciałem
pokazać, co jest wspólne mimo czterdziestu lat podziału.
Poprzez kontakty z artystami i ich pracami ta koncepcja krystalizowała
się powoli: było to mentalne rozliczenie z przegraną
niemiecką historią, która zerwała z cywilizacją,
czego symbolem jest Auschwitz. Tymi problemami zajmowali się
bardzo intensywnie artyści w Dreźnie i Düsseldorfie,
na wschodzie i na zachodzie Niemiec, bo wydarzenia historyczne
były inspiracją ich twórczości. Nie wyrażało
się to w obrazach stricte historycznych, które pokazywały,
co było naprawdę, ale we wspomnieniach i wizualizacji
intelektualnych skutków wojny i powojennego rozwoju. Natomiast
do wydarzeń z lat 1989 i 1990 niezbędny był oczywiście
pewien dystans czasowy. Niemcy zachodni byli przecież kompletnie
zaskoczeni, Niemcy wschodni nie mogli się odnaleźć
w nowej sytuacji. Ponadto toczyły się gwałtowne
kłótnie między artystami zachodnimi i wschodnimi o
to, która sztuka jest bardziej wartościowa. Sądzę,
że potrzebny jest taki odstęp czasowy, aby obiektywniej
spojrzeć i na jakość sztuki i nie za szybko ferować
ultymatywne wyroki.
Zgodnie
z pana koncepcją podział Niemiec rozpoczął
się już w 1933 roku. Dlatego też na początku
wystawy prezentowane były prace artystów, zmuszonych do
emigracji z Niemiec bądź do emigracji wewnętrznej.
Czy pana koncepcja spotkała się ze zrozumieniem?
Eckhart
Gillen: Wiele osób było
zaskoczonych, że wystawę rozpoczął 1933
a nie 1945 rok, ale myślę, że najwyższy
czas zrozumieć, że to właśnie w 1933 roku
w Niemczech nastąpiło zerwanie z cywilizowanym społeczeństwem.
Był to zwrot ku barbarzyństwu, również i w stosunku
do artystów, rozprawa z modernizmem. Pierwsze haniebne wystawy
pokazywane były jeszcze przed wystawą "Entartete
Kunst" ("Sztuka zdegenerowana") w Monachium,
przed 1937 rokiem. Ale problemy pojawiły się już
przed otwarciem naszej ekspozycji. Dużo emocji wzbudzał
tytuł "Obrazy Niemiec", nie dostrzeżono
bowiem od razu, że tytuł ten był w liczbie mnogiej,
a więc że nie prezentował nowego obrazu Niemiec,
ale obrazy niemieckich artystów, wyrażające ich własną
historię, przeżycia na emigracji, w obozach koncentracyjnych,
więzieniach oraz doświadczenia, jakie urodzeni po
wojnie mieli z pokoleniem dziadków, ojców, matek, z milczeniem
rodziców i że były to obrazy, krążące
wokół Niemiec. Słowa Niemcy przecież tu
przez długi czas nie wymawiano, mówiono, już wkrótce
będziemy Europejczykami, zaś w NRD było się
przecież w obozie socjalistycznym z zadekretowaną
i przymusową przyjaźnią do bratnich krajów. Po
obu stronach muru były próby, żeby niemiecką
historię traktować bardzo selektywnie. Ta złość
niszczenia i robienie tabula rasa to fenomen ogólnoniemiecki,
takie zapomnienie poprzez rozbiórkę. Dokładnie odwrotnie
do tego, co czyniono w Polsce, gdzie była rekonstrukcja,
odbudowa historii jako przełamanie skazania jej na całkowite
zniszczenie, wyrugowanie ze świadomości. A u nas dobrowolnie
rozbierano historię, bo nie chciano pamiętać.
Na wschodzie Niemiec była to historia prowadząca do
powstania socjalistycznego narodu, który nawiązywał
do chlubnych wydarzeń, jak na przykład wojny chłopskie
z XVI wieku, rewolucja 1848 roku, zrywy komunistyczne w listopadzie
1918 roku, zaś na zachodzie budowano demokrację i
patriotyzm konstytucyjny Republiki Federalnej. To właśnie
jest prowokacja, że się mówi: zaakceptować całą
historię, o niczym nie zapomnieć, żyć z
historią, zajmować się nią w sposób produktywny,
a nie tylko destruktywny, czyli poprzez zapomnienie, zakłamywanie,
bądź też ciągłe powtarzanie: nasza
wina jest tak wielka, że zapomnieć trzeba o teraźniejszości
i przyszłości. Ta wystawa to nie tylko requiem, jest
w niej ironia, są na niej nie tylko ciężkie,
przygnębiające obrazy, ale próby sprostania bolesnym
doświadczeniom i czerpania z nich nadziei. Tego jest w
stanie dokonać sztuka, bo właśnie dzięki
jej pięknu można przełamać i przetworzyć
najbardziej nawet negatywne przeżycia.
Pana
zamiarem było więc pokazanie, że sztuka niemiecka
jest zwierciadłem historii, najnowszej historii Niemiec.
Nie brakowało jednak słów krytyki, że była
to próba wyeksponowania niemieckości sztuki niemieckiej.
Czy w ogóle istnieje sztuka, która może być określana
jako typowo niemiecka, jak na przykład ekspresjonizm, kreowany
na ten najbardziej niemiecki kierunek sztuki. Jakie są
kryteria, które decydują o niemieckości sztuki?
Eckhart
Gillen: Nie wierzę w
to, że ekspresjonizm jest typowym niemieckim stylem. Takie
próby podejmowane były w czasach nazistowskich, kiedy na
początku określano ekspresjonizm jako sztukę
najbardziej niemiecką, wyraz istoty niemieckiej,
rasy, gotyku, w przeciwieństwie do impresjonizmu, kierunku
typowo francuskiego z bardzo powierzchownym blichtrem... Przecież
na pierwszą wojnę światową nawet artyści
niemieccy poszli z przekonaniem, że niemiecka istota
wyzwoli świat od kramarskich duszy i materializmu! Sądzę,
że typowym dla sztuki niemieckiej nie jest określony
styl ani kierunek, ale postawa i funkcja tej sztuki, która była
zawsze bardzo obciążona polityką i rozdarciem.
Kraj był przecież podzielony od czasów reformacji
na obszary katolickie i ewangelickie, zaś NRD była
bardzo zdominowana przez luteranizm, ascezę, rezygnację
ze zmysłowości i radości. W Niemczech zachodnich
prawdziwy powrót do historii nastąpił dopiero po 1960
roku, po uprowadzeniu Adolfa Eichmanna i procesach, które się
wtedy toczyły, jak na przykład proces oświęcimski.
Nagle okazało się, że myśmy wszystko zapomnieli,
że mordercy żyją wśród nas, są to aptekarze,
lekarze, kupcy, normalni ojcowie rodzin. To milczenie rodziców
doprowadziło synów i córki do rewolty 68 roku, która zakończyła
się terroryzmem.
Czy
dziś rozliczenie z historią jeszcze kogoś interesuje?
W RFN, szczególnie właśnie po 1968 roku, do rytualnych
obowiązków lewicujących intelektualistów należało
przypominanie o niemieckiej winie, której symbolem jest Auschwitz.
Dziś w Berlinie wznoszona jest stolica zjednoczonych Niemiec,
inwestuje się w przyszłość nowego tysiąclecia.
Co ma do tego przeszłość i historia?
Eckhart
Gillen: To chyba jest tajemnicą
sztuki, że nie jest ona dydaktyką w stylu uniwersytetu
ludowego: przyznajemy się do winy, patrzcie, jak szczerze
to robimy. Sztuka porusza ludzi, dotyka ich, przypomina im o
ich własnej historii. Zauważyłem, że zwiedzający
bardzo powoli, w zamyśleniu oglądali tę wystawę,
o wielu rzeczach sobie przypominali, zastanawiali się nad
swoimi odczuciami. I to właśnie jest osobisty punkt
widzenia poszczególnych artystów, którzy przypominają im
ich własną socjalizację, stawiają pod znakiem
zapytania niemieckie cnoty, dokładność, pracowitość,
posłuszeństwo. Wywołuje to wiele wspomnień,
lecz ludzie nie mają wrażenia, że są pouczani
moralnym palcem wskazującym, ale kierowane jest do nich
bardzo osobiste przesłanie, które albo im trafia do przekonania,
albo i nie, ale na pewno zmusza do zastanowienia. Pokazywała
ona również to, co po raz pierwszy oficjalnie wypowiedział
prezydent Roman Herzog podczas swojego pobytu na uroczystościach
z okazji 50 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego w 1994
roku w Warszawie: zbrodnie wojenne nie wydarzyły się
w imieniu Niemiec, ale zostały przez Niemców
dokonane. Jednak ta wystawa nie miała paraliżować,
bo w estetyce, pięknie tych prac jest również kawałek
wyzwolenia, przezwyciężenia, może transcendencji.
Dla mnie też było ważne, żeby teraz, kiedy
wszyscy sąsiedzi spoglądają na Berlin, na Niemców
i zastanawiają się, jak oni sobie poczynają w
tej stolicy, która jest tak obciążona przez historię,
zademonstrować, że tu się robi wystawę dla
zadumy i refleksji, a nie coś reprezentacyjnego. Ta wystawa
to też kawałek historii sztuki, bo wybór artystów,
bardzo wybitnych, też przecież nie był przypadkowy.
Widzieliśmy, że wystawa natrafiała na zainteresowanie,
sale były pełne zwiedzających, echo prasowe też
było bardzo duże nie tylko w Niemczech. Była
to próba pozwolenia na przemawianie sztuki, która jest najlepszą
mediatorką konsensu społecznego. My w Niemczech musimy
znowu się przyzwyczaić do wymawiania słowa Niemcy,
co nie oznacza rozgrzeszenia Niemiec z win, zapomnienia, ale
przyjęcie całej historii. To właśnie zawiera
w sobie słowo Niemcy. Nic nie daje stwierdzenie, że
ja jestem patriotą, bo tu jest mocna niemiecka waluta,
bo tu jest dobra konstytucja, ale jestem tu, bo muszę się
rozliczyć z tym krajem, jego historią i kulturą.
Nie mogę powiedzieć, że teraz jestem Europejczykiem,
i nie chcę być już Niemcem, to jest wyrugowanie
przeszłości i to nastawia sceptycznie naszych sąsiadów,
Polaków, Francuzów, którzy też muszą zajmować
się swoją trudną historią. Musimy to uczynić
wszyscy, jeżeli mamy się do siebie zbliżyć.
Nie wystarczą umowy gospodarcze i celne, trzeba poznawać
historię, mentalność, trzeba tak jak w rodzinie
opowiadać sobie historie, trzeba interesować się
tym, co robią inni: czy aby nie zapomnieli oni o przeszłości.
Przecież to dotyczy też każdego myślącego
Polaka, żeby przyjechać tu, gdzie wszystko zło
się zaczęło i zobaczyć - co to byli za ludzie,
jak ich potomkowie dziś sobie radzą z przeszłością,
czy zapomnieli o niej, wybudowali nowe domy, skompensowali poczucie
winy dobrobytem. Sądzę, że ta wystawa Berlińczykom
i Niemcom też pokazywała, że jest to ich osobista
historia, a nie coś abstrakcyjnego.
Artyści
z byłej NRD zarzucali panu, że zostali potraktowani
po macoszemu, bo przewaga ilościowa ich zachodnich kolegów
po fachu od razu rzucała się w oczy.
Eckhart
Gillen: W NRD był przecież
bardzo ograniczony, zamknięty krajobraz. W sztuce było
też dużo samo ograniczenia, zerwane zostały bowiem
wszelkie kontakty ze sztuką światową, co prowadziło
do emigracji we własną historię sztuki. Nie odbywały
się tam żadne debaty na temat form, po wybudowaniu
muru zabrakło możliwości porównania. Artyści
opuszczali NRD nie tylko z powodów politycznych, ale dlatego,
że brakowało im dyskusji, komunikacji, oddźwięku
w mediach.Trzeba też pamiętać o tym, że
NRD miała 17 mln mieszkańców, czyli tyle co Północna
Nadrenia-Westfalia, a RFN 60 mln, a więc z samej statystyki
wynika, że w obu tych krajach nie mogło być takiej
samej ilości artystów. Ponadto nie chodziło mi o pokazanie
rozwoju całej sztuki niemieckiej od 1933 czy też 1945
roku, ale o konkretny temat: rozważania nad historią
Niemiec po Auschwitz. Rytualnym hasłem w NRD był wprawdzie
antyfaszyzm, już w szkole wbijano go dzieciom do głowy,
co prowadziło do przesytu, dlatego też nikt się
tak naprawdę przeszłością nie zajmował.
Na przykład sprawa zamordowania Żydów europejskich
nigdy nie była tematem sztuki w NRD
To
zrozumiałe, bo złoczyńcy i faszyści żyli
w RFN, zaś spadkobiercy humanistycznych, czyli najlepszych
niemieckich tradycji - oczywiście w NRD!
Eckhart
Gillen: Tak, jeżeli ktoś
identyfikował się z partią SED, to udzielono
mu generalnej amnestii, zapomniano o jego własnej historii,
nawet o przynależności do partii nazistowskiej...
Na samym początku powiedziano też: nie spoglądajcie
w przeszłość, patrzcie naprzód, budujemy nowe
Niemcy, to wasz temat! A na zachodzie mówiono: na wschodzie
Niemiec jest sztuka, jakiej u nas nie ma - narracyjna, łatwiej
zrozumiała, nie tak silnie konceptualna, tam się maluje
prawdziwe obrazy, a to co wy robicie, to jakaś niezrozumiała
asceza. Sztukę NRD można w zasadzie porównać
do protestanckiego kazania obrazkowego: chodziło w niej
o treści, których nie wolno było wyrażać,
bo wszystkie inne media były ostro kontrolowane, zaś
w sztuce były pewne przestrzenie wolności, i wtedy
malowano tak jak Wolfgang Mattheuer, którego obraz "Kain",
pokazywany na naszej wystawie, mógł być interpretowany
jako symbol niemieckiego podziału, walki bratobójczej.
Przy pomocy biblijnych, mitologicznych tematów sugerowano treści,
bez nazwania rzeczy po imieniu. Mnie bardziej chodziło
o to, żeby pokazać: jest artysta w dyktaturze lub
w wolnym społeczeństwie, on po obu stronach muru robi
kompromisy, o których raz decyduje rynek sztuki, innym razem
powody polityczne lub pieniądze, ale są też artyści,
którzy biorą na siebie wszystkie konsekwencje swojego postępowania,
to znaczy muszą zarabiać pieniądze w innych dziedzinach,
żeby realizować swoją sztukę bez kompromisów.
Taki też był kierunek wyboru prac na tę wystawę,
starałem się zaprezentować takich artystów, którzy
rozwinęli własne pozycje i dlatego też akceptowali
izolację, emigrację wewnętrzną.
Jaka
jest dzisiejsza pozycja sztuki niemieckiej? Czy sztuka niemiecka
może dziś wywierać wpływ na sztuką
europejską, czy też sama ulegnie amerykanizacji?
Eckhart
Gillen: Zagrożenia amerykanizacją
nie dostrzegam, gdyż to właśnie powojenne przejęcie
abstrakcji niczego nie przyniosło sztuce niemieckiej. Wręcz
przeciwnie, to właśnie artyści, którzy zajmowali
się w swoich pracach historią, jak chociażby
Joseph Beuys lub Anselm Kiefer odnieśli właśnie
w Ameryce ogromny sukces. Myślę też, że
im młodsi są artyści, tym bardziej międzynarodowy
staje się ich język, ich środki wyrazu. Sądzę
jednak, że treść zawsze będzie indywidualna,
gdyż problemy poszczególnych krajów różnią się
od siebie. Nie należy więc dążyć do
tego, żeby sztuka stała się międzynarodowa,
może być rozumiana globalnie, ale tylko wtedy spotka
się z zainteresowaniem, jeżeli czymś będzie
w stanie zaciekawić. Kiedy oglądałem na Biennale
w Wenecji (1997 r.) prace Zofii Kulik - osobiście uważam,
że polski pawilon był najlepszy, bo można było
się w nim bardzo wiele dowiedzieć o Polsce, o pokoleniu
artystki, o rozliczeniu z czasami sowieckimi, a to mnie znacznie
bardziej porywa, niż prace, w których widać międzynarodowe
aspekty formalne, jakieś próby i nowinki. Treści i
formy - tego dialektycznego związku - nie wolno rozrywać.
Sztuka zajmująca się samą sobą nudzi na
dłuższą metę. Dlatego też w sztuce
niemieckiej taką ogromną rolę odegrali artyści
pochodzący z NRD - jak na przykład Gerhard Richter
i Georg Baselitz, którzy przywieźli ze sobą treści,
utratę ojczyzny, wojenne zniszczenie, ale też zastanawiali
się, czym dziś jest sztuka, że powinna ona sceptycznie
podchodzić do rzeczywistości, że nie można
jednym pociągnięciem pędzla namalować idealnego
obrazu, że sztuka, podobnie jak życie i historia pełna
jest pęknięć i ran. To właśnie miał
na myśli Theodor W. Adorno mówiąc, że po Auschwitz
nie można pisać już wierszy, czyli nie można
kontynuować tradycji, jak gdyby nigdy nic. Auschwitz -
to było głębokie pęknięcie, ale pochodziło
ze środka tej kultury, nie można go od niej oddzielić,
bo nie leżał na księżycu, na Syberii, tak
jak Weimaru nie można oddzielić od obozu koncentracyjnego
w Buchenwaldzie. Adorno krytykował sztukę niemiecką
po 1945 roku, bo była zbyt gładka, nic nie mówiąca,
a on był zdania, że po tym, co się wydarzyło
sztuką można wyrażać tylko ból, krzyk i
maltretowane ciało. Malarze nie powinni więc szukać
sensu tam, gdzie go nie ma.
Dobrzy
artyści powinni być trochę masochistami? Mam
wrażenie, że skłonność do masochizmu
jest jedną z cech Niemców. W tym są podobni do Polaków,
którzy też lubują się w cierpieniu.
Eckhart
Gillen: To być może
wynika z ich historii, że dostosowują się do
losu, który tak a nie inaczej się toczył. A u nas
zawsze ten kraj był podzielony, nie tylko z północy
na południe, nie tylko na kapitalizm i socjalizm, ale też
w poprzek, na części katolickie, protestanckie. A
protestantyzm dobrowolnie wyrzekał się wszelkich uciech,
hołdował ascezie. Głębokie granice kulturalne
nie zostały do dziś przełamane. Jest to rozdarcie,
które wyciska na nas piętno, przechodzi na kolejne pokolenia.
Nie ma to nic wspólnego z rasą i krwią, ale z socjalizacją
i doświadczeniami, które świadomie lub nieświadomie
przekazywane są dalej.
Dziękuję
Panu za rozmowę.
©
Urszula Usakowska-Wolff,
Berlin, 25.11.1997.
Wszystkie prawa zastrzeżone.
NIEMCÓW
PORTRET WŁASNY
Wybudowane
w 1881 roku przez architekta Martina Gropiusa muzeum rzemiosła
artystycznego w Berlinie to miejsce, gdzie jak nigdzie chyba
w Niemczech historia, teraźniejszość i przyszłość
tworzą nierozerwalny splot. W latach trzydziestych sąsiadowało
ono z centralą Gestapo i Głównym Urzędem Bezpieczeństwa
Rzeszy SS, w których dziś umieszczono stałą ekspozycję
Topografia terroru. Po wojnie zaniedbany i zdewastowany
budynek pozostawiono własnemu losowi, tym bardziej, że
od 1961 roku tuż obok wznosił się mur berliński.
Po cichu liczono na to, że muzealna ruina sama się
zawali i ustąpi miejsca autostradzie łączącej
północ i południe zachodniej części miasta,
której odcinek właśnie tędy miał przebiegać.
Dopiero interwencja Waltera Gropiusa, potomka słynnego
pruskiego architekta sprawiła, że gmach został
odbudowany i na początku lat osiemdziesiątych oddany
do użytku jako Martin-Gropius-Bau (Budowla Martina Gropiusa),
jedno z najważniejszych muzeów Berlina Zachodniego. Po
zjednoczeniu Martin-Gropius-Bau znalazł się w samym
centrum stolicy nowych Niemiec, tuż obok wznoszonej na
pobliskim Placu Poczdamskim gigantycznej dzielnicy biurowo-handlowej.
Specjalnie
dla Martin-Gropius-Bau kuratorzy Eckhart Gillen i Rudolf Zwirner
przygotowali wystawę "Obrazy Niemiec - sztuka z podzielonego
kraju", na której od 7 września 1997 do 11 stycznia
1998 roku oglądać można było 550 prac 108
artystów niemieckich. Ta wystawa była imponująca nie
tylko dlatego, że pełna lista zgromadzonych na niej
nazwisk (wśród których znaleźli się min. Max
Beckmann, Max Ernst, Paul Klee, Josef Alberts, Willi Baumeister,
Wols, Günther Uecker, Georg Baselitz, A.R. Penck, Gerhard Richter,
Joseph Beuys, Sigmar Polke, Hanne Darboven, Olaf Metzel, Anselm
Kiefer, Via Lewandowsky i Rosemarie Trockel)
zajmowała jedną stronę maszynopisu, a
opis dzieł 650-stronicowy katalog. Ta wystawa, podzielona
na dwadzieścia rozdziałów (min. "Noc nad Niemcami",
"Przeciwko niezdolności do żałoby",
"Fenomenologia zapominania", "W obliczu umarłych",
"Bohaterowie niemieckiego ducha") otwierała się
przed oczami zwiedzających jak wielka księga pamięci
o historii tej części Europy na przestrzeni ostatnich
sześćdziesięciu lat. "Obrazy Niemiec"
były zarazem pierwszą tak obszerną prezentacja
rozwoju sztuki w obu państwach niemieckich, która, mimo
wszelkich różnic ideologicznych, ukazywała zadziwiające
podobieństwa i byłaby nie do pomyślenia poza
politycznym, historycznym i społecznym kontekstem podzielonego
od 1933, 1945, 1949 bądź też 1961 roku kraju.
"Obrazy
Niemiec" rozpoczynały się od prac artystów, uznanych
w latach trzydziestych za zdegenerowanych, zmuszonych
do emigracji bądź zamordowanych w obozach koncentracyjnych
(jak np. Felix Nussbaum i Otto Freundlich), pokazywały
wojenne zniszczenia i ofiary barbarzyństwa ("Ecce
homo" Gerharda Altenbourga, "Ptaki" Wolsa, "Ofiarom
faszyzmu" Hansa Grundiga, "Requiem" Wernera
Tübke), przywoływały wypchniętą ze zbiorowej
świadomości historię ("Reflektor z Auschwitz"
z instalacji "Czarny pokój" Wolfa Vostella,
projekty do "Pomnika oświęcimskiego" Josepha
Beuysa, bądź też wstrząsające prace
Anselma Kiefera "Twoje spopielałe włosy Sulamith",
nawiązujące do wiersza "Fuga śmierci"
Paula Celana). Ostatnim "Obrazem Niemiec" był
"Beton", instalacja Hansa Haacke specjalnie przygotowana
na tę wystawę. Przeszklony, otoczony elegancko zdobionymi
arkadami neoklasycystyczny dziedziniec Martin-Gropius-Bau zamienił
się w miejsce pustki, gdyż na kolorową mozaiką
podłogi artysta wylał masę świeżego
betonu: 26-metrowy odcinek autostrady. "Obrazy Niemiec"
pokazywały narodową tradycję, rządzoną
przez samokrytykę, samopenetrację - aż do samozagłady,
napisał hamburski tygodnik "Die Zeit." Wystawie
"Obrazy Niemiec" Stowarzyszenie Krytyków Niemieckich
przyznało drugie miejsce w rankingu trzech najlepszych
wystaw 1997 roku (na pierwszej pozycji znalazły się
"Trzy kłamstwa malarstwa" Sigmara Polke, czyli
jego retrospektywa w Bundeskunsthalle Bonn i w muzeum Hamburger
Bahnhof w Berlinie, na trzeciej międzynarodowy plener "Rzeźba.
Projekty. Münster").
©
Urszula Usakowska-Wolff
Deutschlandbilder
Kunst aus einem geteilten Land
7.09.1997
- 11.01.1998
Martin-Gropius-Bau,
Berlin
Katalog
Deutschlandbilder
Kunst aus einem geteilten Land
655
str., 1000 reprodukcji, w tym 720 kolorowych oraz 95 tekstów
Dumont,
1997
ISBN
3-7701-4173-3 (Katalog)
ISBN
3-7701-3869-4 (Wydanie książkowe)