Bez
cenzury nie ma dysydentów
Rozmowa
z György Konradem, prezydentem Akademii Sztuk w Berlinie
| |
|
|
|
|
|
György
Konrad, Berlin, 1997
|
Jest pan pierwszym cudzoziemcem, który został
wybrany na prezydenta Akademii Sztuk w Berlinie. Jak pan to ocenia,
przede wszystkim na tle konfliktów wewnątrz Akademii po jej
zjednoczeniu w 1993 roku?
György
Konrad:
Możliwe,
że łatwiej było znaleźć cudzoziemca i
wzmocnić go zaufaniem, niż Niemca z zachodu lub wschodu.
Ale mnie nie było wtedy, kiedy byłem wybierany, tak
że nie mogę na ten temat nic powiedzieć. Najprawdopodobniej
był to też gest, próba szerszego otwarcia okien i drzwi
Akademii. Zresztą ze statutu Akademii zniknęło
rozróżnienie na niemieckich i nie niemieckich członków,
a 30% członków Akademii może pochodzić z zagranicy.
Dobrze jest, że Akademia znowu może być tym, czym
była kiedyś, i że nie podzielona jest dłużej
na dwie rywalizujące instytucje wzdłuż linii podziału,
który w zjednoczonym Berlinie przestał istnieć. Można
więc było wybrać cudzoziemca na jej prezydenta,
co też uczyniono.
Czy do pomyślenia jest, żeby Czech mógł
zostać prezydentem podobnej instytucji w Budapeszcie a Francuz
w Warszawie?
György
Konrad:
W
Budapeszcie istnieje Central European University, popierany przez
pana Sorosa, a rektorem tego uniwersytetu jest czeski profesor
z Ołomuńca, pisarz i badacz literatury amerykańskiej.
Tak więc faktem jest, że coś takiego jest możliwe
i w innych krajach.
W
Akademii Sztuk w Berlinie toczy się ostatnio namiętna
debata o przeszłości, która odnosi się głównie
do powiązań jej członków z byłej NRD z reżimem
wschodnioniemieckim. Czy rozliczenie z historią to niezbędny
proces w czasach przełomu?
György
Konrad:
To
już trwa od dawna i będzie trwać jeszcze długo,
gdyż przełom to ciągła praca, ciągłe
spoglądanie w przeszłość, aby z historii narodowej
i europejskiej wyciągnąć etyczne, społeczne
i strategiczne wnioski. Dla Niemców, którzy byli zamieszani w
dwie wojny światowe, wynikające z kwestii władzy:
a mianowicie kto będzie rządzić w Europie, to podstawowy
problem, gdyż ich dążenia do panowania nad Europą
kosztowało bardzo wiele ludzkich żyć. Chodzi więc
o to, żeby nie nastąpiła już taka trzecia
próba. Dotyczy to także innych wielkich mocarstw, co do których
ma się wrażenie, że rozstały się z ciągotkami
hegemonistycznymi. Żadne mocarstwo nie może już
rządzić Europą. Oznacza to, że Europą
będą rządzić jakieś inne reguły,
wartości etyczne, i ten proces federacyjny, który zmierza
w kierunku Unii Europejskiej, to jest podstawowy motyw decydujący
o tym, że Europejczycy na końcu tego wieku nie chcą
się już więcej zabijać. Interesy narodowo-państwowe
i blokowo-państwowe doprowadziły przecież prawie
do trzeciej wojny światowej. Jest cała sieć wartości,
które dotyczą Europejczyków, Niemców tak samo jak Polaków,
Węgrów i wszystkich innych narodów. Musimy sprawdzić
nasze dotychczasowe wartości i to, co możemy z nich
przenieść na następny wiek, co pozostaje nadal
obowiązujące. Bagażu, który doprowadził do
dwóch wojen światowych, nie powinniśmy zapakować
do naszych walizek.
Mam wrażenie, że dyskusja między członkami
Akademii nie zatacza aż tak szerokich kręgów, bo oni
sprzeczają się w pierwszym rzędzie o zaplątanie
w najnowszej historii, czyli o to, w jakim stopniu ktoś współpracował
z partią komunistyczną, z władzami NRD i kto ma
prawo do wznoszenia moralnego sztandaru dziś? To jest spór,
który porusza Akademię: kto był lepszym intelektualistą,
lepszym niemieckim intelektualistą?
György
Konrad:
Ten,
który o tym nie mówi.
Ale przecież opinia publiczna odbiera tylko głosy
tych, którzy głośno piętnują przeszłość,
cichych i milczących nie słychać!
György
Konrad:
To
jest zapewne długie historyczne doświadczenie,
że zawsze są ręce, które podnoszą sztandar
do góry, i chcą odgrywać taki moralny triumfalizm. Na
pewno nie zabraknie ich też i w przyszłości. I
jeżeli jest to niekiedy nieprzyjemne dla ludzi, którzy wcześniej
wznosili sztandar do góry, daje im to jednak możliwość,
aby podnieść ironiczne spojrzenie na nowe sztandary.
Może nie powinni tak żałować, że to nie
oni dziś trzymają za trzonki. Demonstracyjne podnoszenie
flagi nie jest zbyt eleganckie.
Czy
przeszłość powinni osądzać artyści,
intelektualiści, czy jest to zadanie praworządnego państwa?
György
Konrad:
Jeżeli dostrzegać w tym
tylko problem etyczny, to każdy powinien sporządzić
swój osobisty rachunek sumienia, a jeżeli czegoś powinien
żałować, to niech wykaże skruchę. To
indywidualny problem moralno-etyczny, osobiste wyzwanie. Jeżeli
chodzi o pozycje, stanowiska bądź też podział
przywilejów, to powiedziałbym, że jeżeli żyje
się w demokracji, należy poważnie traktować
reguły demokratyczne: wszyscy powinni mieć prawo do
uczestnictwa w tej grze, jeżeli respektują jej reguły.
Są szczególne prawa w tych krajach, na przykład na Węgrzech,
stanowiące o tym, że ci, którzy mieli kontakty z organizacjami
podobnymi do Stasi, denuncjonowali innych lub pisali donosy i
sprawozdania na swoich kolegów, nie powinni być posłami
lub sprawować najwyższych funkcji politycznych. Dziś
jest bardzo wątpliwe, czy uda się przeprowadzić
weryfikację przeszłości, gdyż decydują
o niej często i ci, którzy wcześniej otrzymywali te
sprawozdania. I tak na przykład obecny premier Węgier
dostawał takie sprawozdania, gdyż wtedy był ministrem
spraw zagranicznych, a przecież nie był on odosobniony.
Ja na to wszystko spoglądam z dużą wątpliwością,
bo wprawdzie nie można respektować ludzi, którzy coś
takiego robili, ale przecież to nie ja jestem ich sędzią.
To, co ludzie piszą i mówią, wynika z ich własnej
wolności - ludzi publicznie zabierających głos.
Ja natomiast sądzę, że nie jest zadaniem artysty
medytować o tym, czy konkretnie pan X lub pani Y powinni
być lub nie być publicznie napiętnowani. To nie
należy do nas. I jeżeli niektórzy emocjonalnie kroczą
po tej drodze, szkodzi to ich kondycji duchowej. Dlatego też
powinniśmy wyznaczyć granicę namiętności
wzajemnego osądzania się, które odciąga nas od
pracy i czyni z nas, co jest jeszcze bardziej nieprzyjemne, sędziów
i oskarżycieli. To rola, która istnieje w społeczeństwie
i jest zapewne niezbędna, ale która jest obca sztuce.
W
przeszłości dopatrywał się pan w inteligencji
ogromnej siły, widząc w niej nawet osobną klasę
społeczną. Dziś ma się wrażenie, że
inteligenci nie uczestniczą w życiu politycznym, nie
zajmują stanowiska w sprawach publicznych, a jeżeli
ktoś to czyni, jak na przykład Günter
Grass, to jest gwałtownie atakowany przez polityków.
Czy ta rola inteligencji, w której, szczególnie w krajach Europy
Wschodniej, dostrzegano sumienie narodu, skończyła
się w demokracji?
György
Konrad: Nie jestem pewny, czy
to tylko Günter Grass zabiera głos w sprawach publicznych.
Do tego sportu należy, że gdy się wymierza cios
bokserski, to się otrzymuje cios w zamian. Ostatnio wygłaszałem
laudatio na cześć Güntera Grassa w małym brandenburskim
mieście i mam wrażenie, że jest on w bardzo dobrej
formie, i jemu czyni dobrze, że jacyś tam politycy coś
tam powiedzą, bardzo prawdopodobnie nic mądrego. Czy
inteligencja miała odgrywać wiodącą rolę
w socjalizmie państwowym i przeżyć metamorfozę,
prowadzącą do objęcia wysokich funkcji i zorganizowania
się tam jako klasa rządząca? Tym inteligencja nigdy
się nie stała, jeżeli właściwie odczytała
pani moje wywody na ten temat. Natomiast w demokratycznym kapitalizmie
inteligencja jest częścią mieszczaństwa, klasy
średniej i istnieje pewna profesjonalizacja, nie należy
więc oczekiwać, że ludzie, którzy są niekompetentni
w jakichś sprawach, powinni właśnie o nich się
wypowiadać. Jeżeli problemy mają daleko idące
społeczno-moralne znaczenie, to należy sobie życzyć,
żeby intelektualiści zabierali głos,
co właśnie uczynił Günter Grass. Są jeszcze
i inni, którzy tak postępują, ja czasami też, bo
uważam, że nie zagraża to mojemu zdrowiu. Należy
jednak pamiętać o tym, że oficjalny artysta państwowy
należy do przeszłości, tak samo jak wczorajszy
buntownik we wschodnim i zachodnim wydaniu. Bez cenzury nie ma
dysydentów, ale również i kostium żyjącego z kapitalizmu
antykapitalisty jest mocno znoszony.
Był pan chyba najbardziej znanym węgierskim
dysydentem, zaangażowanym w to, żeby sytuacja w Europie
się zmieniła. Teraz mamy nowe czasy, trwają one
już dobrych kilka lat. Czy zadowolony jest pan z obecnego
stanu rzeczy?
György
Konrad:
Jestem
zadowolony, że teraz jesteśmy tacy, jacy jesteśmy
naprawdę. Jeżeli jesteśmy brzydcy, to jesteśmy
brzydcy. Ale pokazujemy to, do czego jesteśmy zdolni. Jestem
zadowolony z tego, że dla jednostki jest duża różnorodność
dróg, że parlamenty mogą wyrażać wolę
większośc. Jestem zadowolony z tego, że losy ludzi
bardziej zależą od nich samych niż od innych wyższych
instancji.
W krajach postkomunistycznych panuje demokracja, ale
szerzą są również tendencje nacjonalistyczne. Można
więc powiedzieć: to dobrze, bo wyraża to opinię
większości. Nie obawia się pan, że demokracja
może pójść w niewłaściwym kierunku?
György
Konrad:
Ma
pani rację, istnieją tak zwane demokratury, mieszane
formy między demokracją i dyktaturą, i te demokratury
posługują się często nacjonalistyczną
retoryką, organizują ruchy i kadrowe partie nacjonalistyczne.
Ale sądzę, że w tych trzech krajach środkowoeuropejskich,
w Polsce, na Węgrzech i w Czechach, nacjonalizm nie będzie
w stanie wykształcić się jako ideologia monopolistyczna.
Nacjonalizm to ideologia walcząca, ale nie samowładna.
Są również tendencje przeciwstawne do nacjonalizmu.
Przecież w Rumunii komunizm zmierzał w kierunku autorytarnego
nacjonalizmu, a teraz jest ruch przeciwny, zdążający
w kierunku społeczeństwa obywatelskiego.
Sądzi pan, że hasła nacjonalistyczne
to tylko retoryka wyborcza, a kiedy politycy, posługujący
się tą frazeologią, dojdą do władzy,
nie ominie i ich proces ucywilizowania?
György
Konrad:
Różnie
to wygląda w różnych krajach. W nowych demokracjach
nacjonalizm nie jest tak dobrze wychowany jak w starych. Nacjonalizm
to takie zjawisko, które nie może nie istnieć. Bardzo
ważne jest pytanie: jaki nacjonalizm? Jest nacjonalizm państw
demokratycznych, wszystkie państwa mają jakieś
tam nacjonalizmy, wszystkie narody mają jakąś tam
miłość własną, ale spytać należy:
co oni kochają? Siebie samych? Wolność -
czy bicie innych w twarz?
Podczas
uroczystości wręczania Nagrody Pokojowej Związku
Księgarzy Niemieckich, którą wyróżniono pana w
1991 roku, powiedział pan: Przeczucie podpowiada
mi, że nie czeka nas ani zbawienie ani katastrofa - banalność
odzyska władzę. Czy podtrzymuje pan dziś te
słowa?
György
Konrad:
Tak,
bo jeszcze nie widziałem zasadniczo mądrych eschatologicznych
obrazów przyszłej katastrofy. Katastroficzne wizje to najczęściej
dziennikarskie pyskówki.
Rozmawiała
Urszula Usakowska-Wolff,
1997
György
Konrad, urodzony 2.04.1933 w
Debreczynie. Socjolog, psycholog, pisarz i eseista. Aresztowany
w 1974 r. Po zwolnieniu na skutek międzynarodowych protestów
zmuszony do wyjazdu z Węgierskiej Republiki Ludowej. W latach
1976 -1979 i 1982 - 1984 stypendysta w Berlinie Zachodnim i USA.
W latach 1978 - 1988 objęty był zakazem publikacji na
Węgrzech. Laureat licznych nagród: 1984 - nagroda im. Herdera;
1985 - europejska nagroda eseistyczna fundacji Charlesa-Veillona;
1986 - nagroda skandynawskiego stowarzyszenia na rzecz pokoju
„Fredensfonden”, 1989 - nagroda Maecenasa, Budapeszt, 1990 - nagroda
Manesa Sperbera i nagroda Kossutha. W latach 1990 - 1993
prezydent Międzynarodowego PEN-Clubu. Od 1991 roku członek,
od maja 1997 roku prezydent Akademii Sztuk w Berlinie.
Pruska
Akademia Sztuk
została utworzona - na wzór
Academie Francaise - w 1696 roku przez księcia-elekta
Prus i grafa marchii brandenburskiej Fryderyka III w Berlinie.
Rozkwit Akademii nastąpił jednak dopiero sto lat później,
kiedy w 1797 roku jej dyrektorem został pochodzący z
Gdańska malarz Daniel Chodowiecki. Zwana wówczas Pruskim
Olimpem miała za zadanie grupować wybitnych przedstawicieli
świata kultury, promować elity intelektualne oraz doradzać
rządzącym. Od 1920 r. funkcję prezydenta Akademii
Sztuk sprawował malarz Max Liebermann, który wsławił
się również i tym, że w jej skład przyjmował
artystów, uchodzących za lewicowych (jak n.p. malarkę
i rzeźbiarkę Kathe Kollwitz). Po dojściu Hitlera
do władzy członek Akademii, poeta Gottfried Benn, osobiście
włączył się, żeby Kathe Kollwitz i pisarz
Heinrich Mann wystąpili z Akademii, której protektorem
został Hermann Goring. W 1947 roku alianci rozwiązali
Prusy, co oznaczało również koniec Pruskiej Akademii
Sztuk. W 1950 roku w Berlinie Wschodnim utworzono jedną Akademię
Sztuk, zaś drugą dziesięć lat później
w Berlinie Zachodnim. Na znak protestu, że w zachodnioberlińskiej
Akademii w 1989 roku nie mogło się odbyć spotkanie
solidarnościowe z Salmanem Rushdi, wystąpił z niej
Günter Grass, prezydent Akademii w latach 1983 - 1986. W
1993 roku obie Akademie zjednoczyły się tworząc
Akademię Sztuk w Berlinie i Brandenburgii. Na znak protestu
przeciwko obecności artystów państwowych z byłej
NRD, ze zjednoczonej Akademii wystąpiło 18 członków.
Dziś Akademia Sztuk w Berlinie składa się z 342
członków, tworzących 6 oddziałów: sztuk plastycznych,
filmu i sztuki medialnej, sztuk przedstawiających (aktorstwa,
piosenkarstwa, teatru, baletu i reżyserii), architektury,
muzyki i literatury. Członkami Akademii Sztuk w Berlinie
są również Magdalena Abakanowicz, Krzysztof Penderecki
i Andrzej Wajda. Działalność Akademii subwencjonowana
jest ze środków Senatu w Berlinie (18 mln DM rocznie) i kraju
związkowego Brandenburgii (2 mln DM rocznie). Akademia posiada
najbogatsze archiwum literackie, filmowe, teatralne i muzyczne
w Niemczech, zaś sam tylko dział dokumentacji na papierze
zajmuje 12 tysięcy metrów bieżących. Już wkrótce
archiwum Akademii, rozproszone po całym Berlinie, ma przenieść
się do odbudowywanego gmachu na Placu Paryskim, gdzie znajdowała
się pierwsza siedziba Pruskiej Akademii Sztuk. Akademia,
która zbiera się dwa razy w roku na sesjach wiosennych i
jesiennych, przyznaje liczne nagrody i funduje stypendia dla artystów
z całego świata. Kadencja jej prezydenta trwa trzy lata,
ale może on być po tym okresie wybierany ponownie. Akademia
wybiera również prezydenta honorowego: jest nim obecnie Walter
Jens, profesor retoryki na Uniwersytecie w Tybindze, prezydent
zwyczajny Akademii w latach 1990 - 1996.
©
Urszula Usakowska-Wolff