Urszula Usakowska-WolffUrszula Usakowska-WolffUrszula Usakowska-WolffUrszula Usakowska-WolffUrszula Usakowska-WolffUrszula Usakowska-Wolff

Urodziłam się 30 września 1954 roku, czyli pod znakiem Wagi, bo Waga to znak taki, który od początku dawał mi się na każdym kroku we znaki. Urodziłam się od razu w samej stolicy, na Chałubińskiego ulicy. Ponieważ moi rodzice Eugenia z domu Piotrowska (lekarka dentystka) i ojciec Henryk (ekonomista) wybrali dla swego pierworodnego imę męskiego Rysia, musieli się zdecydować jednak na coś żeńskiego, stała im się bowiem Urszula Zofia Usakowska, późniejsza Usia. Od 1955 do 1959 roku mieszkałam na przemian w Warszawie u babci Marysi i dziadka Bronka oraz w Berlinie, dokąd mojego ojca wysłano w Polskiej Misji Handlowej, dlatego mam skłonność do zmian i mam rozeznanie w polsko-niemieckiej dziedzinie. W 1958 roku moja mama na krótko odwiedziła ojczystą krainę, żeby 31 marca urodzić moją siostrę Aldonę-Balbinę. Rok później przyjechaliśmy na dłuższy czas znowu do stolicy Polski Ludowej, gdzie czas mi się dłużył szczególnie w pierwszej klasie 233. szkoły podstawowej, do której zmuszona byłam uczęszczać od 1961 roku bez zapału, należnego sprawie naukowej i w trzydziestu pierwszaków masie. Ponieważ od najwcześniejszej młodości zmieniałam miejsce zamieszkania ze względu na powyższe okoliczności, siedzenie w ławce szkolnej przez 45 minut sprawiało mi sporo trudności. Raz wstałam więc w połowie lekcji i powiedziałam: "Wychodzę, bo się nudzę", a za mną wyszła cała klasa, problemów więc była masa. Patronem szkoły był Xawery Dunikowski, więc 18 lat później zamieszkałam na ursynowskiej ulicy imieniem tego rzeźbiarza, czy taki przypadek często się zdarza? A w jeszcze późniejszych latach dopadła mnie sztuka, która niekiedy takiej właśnie ofiary sobie szuka, tak że teraz piszę o niej dla internetowych magazynów Fototapeta, Raster  i  artmix  oraz miesięcznika  Tygiel Kultury  w Łodzi i kwartalnika Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku   oro,  i sztuka się na to godzi, choć wybiegłam w czasie sporo. Wracając do 1964 roku - znowu wyjazd do Polskiej Misji Handlowej był na widoku. Do niemieckojęzycznego Berna wysłano bowiem mego tatka i tam bardzo szybko minęły nam trzy latka. Mój tata był attaché handlowym, a Szwajcaria była krajem wyborowym: same Alpy, w bród zegarków, czekolady i sera - kapitalistyczna (chim)era! Do szkoły Bern - Hochfeld chodziłam jednak pod górkę, więc dobrobyt mi zbytnio nie zaszedł za skórkę. Nauczyłam się tam schwizerdütscha i hoch niemieckiego, języka wroga byłego. I w przyszłości z tym już nie wrogiem żyłam w przyjaźni i w duchu polskości i za jednym progiem i na pamiątkę młodości miałam z nim potem dużo radości z powodu żeńskiego - o imieniu Myszka (1993 - 2005) - owczarka berneńskiego. Szybko minęły berneńskie trzy latka i do Warszawy wróciłam jako trzynastolatka. Znowu do szkoły Dunikowskiego, a potem do gimnazjum Modzelewskiego, ostoi języka niemieckiego. Bawiłam tam jednak tylko jeden roczek, potem trzeba było zrobić ryzykowny kroczek w kierunku demoluda bratniego pod rządami Ceausescu i Eleny jego. Tam misją handlową mój ojciec zajmował się na nowo. A ja uczęszczałam do liceum dwudziestego pierwszego, gdzie też uczono tylko niemieckiego, który dobrze znałam. Aldona chodziła do rosyjskiej szkoły, gdzie nastrój - o dziwo - był bardzo wesoły. Bo każdego dziecka tata był oczywiście dyplomata. A niejedna matka też była samodzielna dyplomatka. W 1973 roku maturę zrobiłam i rok na rumuńską germanistykę chodziłam, także trochę i na romantistykę, bo ogólnie lubię lingwistykę. Do ojczyzny wróciłam w następnym roku: niemiecki prześladywał mnie od świtu do zmroku. Warszawską germanistykę studiowałam i po zajęciach jako rumuńska tłumaczka pracowałam i niemieckim tłumaczeniem też się parałam. Magisterką zostałam w 1977 roku i dziennikarstwo miałam na widoku. Przyjęli mnie do radia polskiego i jego programu niemieckiego. Radio nazywało się Komitet i nazwę Polonia miało za epitet. Po godzinach pisałam wiersze, bo miałam zainteresowania szersze. Tłumaczyłam też wiersze z niemieckiego i rumuńskiego dla "Poezji", "Literatury" i "Życia Literackiego." Pisałam też filmowe i artystyczne oceny dla "Sztandaru Młodych", "Filmu", "Razem" i "Anteny." Nadejście "Solidarności" sprawiło radiowcom dużo radości. W prezydium związku w Komitecie zasiadałam, przez co potem jakieś problemy miałam. Po wprowadzeniu stanu wojennego miałam bardzo dużo czasu wolnego, bo nie wpuścili mnie do pracy umundurowani rodacy. Wojenna komisja mnie nie zweryfikowała, bo weryfikowana sama tego nie chciała. Nie musiałam być wcale taka ona, co to wypadła wronie spod ogona. W Inter-Polcomie potem pracowałam i polonijne firmy zakładałam. Zakładałam je i zakładałam, aż austriacką firmę "Tyrolux" poznałam. W październiku 1984 roku do Tyrolu wyjechałam, gdzie polskimi żarówkami handlowałam. Trzeba było co tydzień Volkswagenem jeździć do kraju, żarówkowego raju. Do Tunezji poleciałam na urlop we wrześniu następnego roku i w tym samym hotelu spotkałam Manfreda Wolffa o zmroku. Jako Kosmopolka pracująca i wyemancypowa, nie chciałam wyjść za mąż za żadnego pana. Ale zmieniłam zdanie: niech co ma być, się stanie. 30 marca roku 1986 doszło między nami w Warszawie do związku małżeńskiego. Potem do Bad Oeynhausen wyjechałam i polską kulturę promowałam. Przez jakiś czas miałam galerię polskiej sztuki, i wyciągnęłam z tego słuszne nauki. Niemcy polską sztukę chętnie oglądali, dobrze o niej w gazetach pisali, ale za mało kupowali. Przeniosłam więc polską sztukę z Herfordu do mojego domu w Bad Oeynhausen, i razem z Manfredem robiłam wystawy w całych Niemczech, przyjmowane z dużym aplauzem. Była tych wystaw ponad sześćdziesiątka, polska sztuka dotarła do niejednego deutsch-zakątka. Za te artystyczne zdarzenia przyznano nam dla każdego z osobna trzy wyróżnienia: "Owce Dawida" w Krakowie za działania, służce polsko-niemiecko-żydowskiej rozmowie; posążki "Pegaza" Akademii Sztuki Pięknych w Warszawie, za nasze oddanie jej plastycznej sprawie oraz krzyże kawalerskie orderu zasługi trzeciej republiki za naszej kulturalnej promocji Polski w Niemczech wyniki.

Należę też do dwóch organizacji piszącej formacji. Jedna to Verband Deutschsprachiger Übersetzer (Związek Tłumaczy Niemieckich), druga zwie się Internationaler P.E.N Club, czyli P.E.N Klubem Międzynarodowym i od maja tego roku jestem tam członkiem nowym.

Teraz sztuka polska jest nieraz na mym widoku, lecz literatura ojczysta też nie pozostaje z boku. Liryka, proza i książka popularno-naukowa - gotowa lista przekładowa. Kogo ona interesuje, niech na Bibliografia  zaklikuje. A o sztuce międzynarodowej pisze na stronie nowej, która "kunstdunst" się nazywa i tekstów z czasem na niej przybywa. W połowie roku 2006 przeniosłam sie do Berlina umiłowanego. Wcale tego nie żałuje, bo bardzo dobrze tu sie czuje. I zawsze tu już będę żyła, bo Bundesstolica jest bardzo miła.

Zapraszam do zwiedzenia mojej jednej i drugiej strony - czas na pewno nie będzie stracony!

do strony glównej
do moich "Tekstów i Znaków"