Dzieło zrujnowane może być zwiedzane


Herfordzka publiczność, która ma w zwyczaju tłumnie odwiedzać imprezy tymczasowej MARTy, i tym razem nie zawiodła: w sobotni, ciepły wieczór 1 czerwca ponad czterysta osób stawiło się na parterze zaadaptowanej na prowizoryczne muzeum starej poczty, aby podziwiać dzieło spustoszenia, jakiego na dziele młodego norweskiego artysty Bjarne Melgaarda dokonała prokuratura w Bielefeldzie i urząd porządkowy w Herfordzie, które na początku maja z paragrafu 131 niemieckiego kodeksu karnego zakazały otwarcia jego wystawy „Black Low”, zaś po międzynarodowych protestach i ekspertyzie dr Petera Laue z Berlina, specjalisty od prawa sztuki, w połowie maja ów zakaz cofnęły.

   
Bjarne Melgaard: "Ruina jednej wystawy", MARTa Herford, 2002. Fot. Manfred Wolff
Bjarne Melgaard: "Ruina jednej wystawy", MARTa Herford, 2002. Fot. Manfred Wolff
   

Ponieważ artysta nie zgodził się na pokazanie inkryminowanej wystawy, słusznie motywując to tym, że stróże niemieckiego porządku wkroczyli do akcji w momencie, kiedy jego ekspozycja nie była jeszcze w całości rozpakowana, organizatorzy w osobach Jana Hoeta, dyrektora MARTy i kuratorki Melgaarda, Ann Demeester, zdecydowali się na zaprezentowanie jej w takiej formie, w jakiej po pobieżnym obejrzeniu zakazali jej owi stróże. W sobotni wieczór 1 czerwca można więc było wędrować po „Ruinach jednej wystawy” i zastanawiać się, czy „sztuka powinna mieć konsekwencje”.

   
Dr Jan Hoet na otwarciu "Ruiny jednej wystawy" w MARTa Herford, 2002. Fot. Manfred Wolff
Ann Demeester  na otwarciu "Ruiny jednej wystawy" w MARTa Herford, 2002. Fot. Manfred Wolff
Jan Hoet
Ann Demeester


Fakt cenzury kultury

W konsekwencji skandalu, wywołanego bezprecedensowym zamknięciem wystawy Melgaarda, które było wynikiem akcji prowincjonalnych polityków przeciwko dotychczasowej działalności MARTy, starającej się włączyć Herford do międzynarodowego obiegu sztuki nie zawsze miłej dla oka, ale pobudzającej wyobraźnię i skłaniającej do dyskusji, refleksji i zadumy nad problemami współczesnego świata, świat dowiedział się o istnieniu Herfordu. W maju miasto to bowiem nie schodziło z czołówek niemieckiej prasy federalnej, cytującej min. norweską minister kultury, która akcję herfordzkich organów porządku publicznego nazwała aktem cenzury. Norweskie gazety porównywały sytuację w Herfordzie do tej, istniejącej w latach trzydziestych, kiedy narodowi socjaliści zabronili w Niemczech sztuki „zdegenerowanej”.

Ponieważ wystawę Bjarne Melgaarda zamknięto z powodu „gloryfikacji” i „banalizacji” przemocy oraz treści „uwłaczających godności ludzkiej” a także zwierzęcej w postaci odzianej w lateksowe ubranko kozy, których to prokuratorzy doszukali się w jego nie do końca rozpakowanych dziełach sztuki i nie do końca zapakowanego w sztuczny płaszczyk rogatego dzieła fauny, po Herfordzie krążyły obowiązkowe plotki o drastycznych obrazach i satanistycznych przekazach, zawartych jakoby w „Czarnym Niżu”. Mimo że nikt poza prokuratorami i urzędem porządkowym, czyli dziewięcioma osobami, wystawy nie widział, bo została ona przez nich zakazana, politycy z prawej strony zarzucali jej w regionalnej prasie dosłowne ranienie wartości, ci z lewicy oburzali się tamże z powodu jej pornograficzności.

   
Bjarne Melgaard: "Ruina jednej wystawy", MARTa Herford, 2002. Fot. Manfred Wolff
Bjarne Melgaard: "Ruina jednej wystawy", MARTa Herford, 2002. Fot. Manfred Wolff
   


Wstydliwe choroby współczesnej doby


Wielkie więc musiało być ich zdziwienie, kiedy 1 czerwca zobaczyli na własne oczy prowizorkę wystawy, przy ich pomocy zamienionej w tytułową „Ruinę”. To prawda, że podstawowym tematem, jaki przewija się przez nieliczne rozpakowane obrazy, rysunki i rzeźbiarskie instalacje Melgaarda, jest przemoc. Widać na nich wizerunki samobójców, widać samookaleczenia, widać postacie ćpunów z monstrualnymi strzykawkami w miejscu penisa, widać stos ze strzykawek i opakowań po innych, nie inkriminowanych lekach, po spożyciu których tzw. porządni ludzie też doznają odlotu. Pokazują też estetyzację przemocy, wszechobecną w mediach, bo przemoc, malowniczo pokazana, jest przecież przez wszystkich akceptowana i chętnie konsumowana. Bjarne Melgaard, którego obrazy formalnie nawiązują do dzieł jego rodaka Eduarda Muncha, też za życia z powodu drastyczności tematów nie cieszącego się specjalną estymą, jawi się jako kronikarz schorzeń, na które cierpią dzisiejsze społeczeństwa, udające że są zdrowe. A że schorzenia te są wstydliwe, najlepiej udawać, że ich nie ma, albo że dotyczą tylko nielicznych z marginesu. Melgaarda, który unaocznia, że margines jest w rzeczywistości środkiem społeczeństwa -także i w Herfordzie - słusznie więc było zakazać i co nieco zrujnować.


Tekst © Urszula Usakowska-Wolff

Fotografie © Manfred Wolff

 
Bjarne Melgaard: "Ruina jednej wystawy", MARTa Herford, 2002. Fot. Manfred Wolff
 

Bjarne Melgaard: „Ruine einer Ausstellung - maybe art should have consequences”

MARTa Herford

2. 06 - 18. 09. 2002

Bjarne Melgaard: "Ruina jednej wystawy", MARTa Herford, 2002. Fot. Manfred Wolff
Bjarne Melgaard: "Ruina jednej wystawy", MARTa Herford, 2002. Fot. Manfred Wolff
Plakat "Ruiny jednej wystawy" Bjarne Melgaarda, MARTa Herford, 2002. Fot. Manfred Wolff

do strony glównej

do tekstu o Mariko Mori