O
Tempora, o Mori!
Jest
mistrzynią autokreacji i samo inscenizacji, przedmiotem
i podmiotem własnej sztuki, artystką, która modeluje
samą siebie. 35-letnia Mariko Mori, wschodząca gwiazda
z kraju wschodzącego słońca, jest idealnym wcieleniem
coraz to nowych wcieleń, kimś, kto jeszcze musi
zostać stworzony. Kobieta o dziewczęcej aparycji,
która swoją karierę zaczynała jako modelka, wie
że kiedy ktoś nosi określony ubiór, staje
się albo osobowością, albo samym ubiorem.
Dlatego
też jej sztuka może być odbierana jako odwrócenie
bajki o „Nowych szatach króla” - o ile na Starym Kontynencie
monarcha okazał się być nagi, o tyle po bóstwie,
na które robi się Mariko Mori, pozostaną przynajmniej
piękne szaty. Przecież sztuka to dziś także
produkt markowy w atrakcyjnym opakowaniu.
Dziewczyna
- lalka i maszyna
Proste
interpretacje nie są jednak w stanie sprostać zjawiskom,
na jakie kreuje się Mariko Mori. Ta modelka, która, zgodnie
z wymogami zawodu, do perfekcji opanowała własne ciało,
ubrała je następnie w zaprojektowane przez siebie
stroje, nawiązujące do filmów science-fiction i komiksów.
W tych kostiumach wychodziła na ulice rodzinnego Tokio,
aby na wzór performance lat sześćdziesiątych
i siedemdziesiątych, nawiązać interaktywny dialog
z przechodniami. Artystyczną porażkę dokumentują
fotografie: „Subway” („Metro”) i „Play with me” („Baw się
ze mną”) z 1994 roku, na których Mariko, raz jako kosmitka,
pół dziewczyna, pół maszyna w srebrzystym skafandrze,
trafia na obojętność tłumu, przelewającego
się przez perony tokijskiego metra; po raz drugi jako jasnowłosa
Barbie zaprasza do zabawy przy automacie w salonie gry. Ale
dorośli hazardziści nie bawią się przecież
lalkami, nie zadają sobie nawet trudu, żeby sprawdzić,
czy są one z krwi i kości. Masy nie reagują nawet
na najbardziej wyrafinowane przebranie, bo nie potrafią
odróżnić fikcji od rzeczywistości, i gdyby w
pasażu śródmiejskim wylądowało „prawdziwe”
UFO, potraktowano by je zapewne jako chwyt reklamowy.
Metamorfozy
i pozy
Mimo
że świat realny, cielesny i namacalny nie wyszedł
na spotkanie Mariko Mori, postanowiła ona włączyć
publiczność do swoich, poddanych obróbce komputerowej
instalacji fotograficznych. W „Empty Dream” („Pusty sen”) z
1995 roku artystka wcieliła się w lazurową syrenę
na wypełnionej wczasowiczami plaży największego
na świecie parku wodnego „Ocean Dom” w prefekturze Myiazaki
w Japonii. W wakacyjnej oazie, jakby wyciętej z kolorowego
prospektu biura podróży, wszystko jest sztuczne: piasek
nawieziony na skałę, skały wystające z morza
i palmy posadzone na skałach. Pewnie dlatego syrena nie
wzbudza sensacji, jest częścią tego skonstruowanego
świata, tak samo jak plastikowy delfin, kołyszący
się na lazurowej wodzie. A może syrena to obce ciało
niebieskie wśród spragnionych słońca ziemskich
ciał? Ta wielka, składająca się z sześciu
części instalacja fotograficzna, o wymiarach 274 x
732 x 7 cm, nawiązuje do popularnych w dziewiętnastym
wieku europejskich panoram historycznych, które symbolizowały
tęsknotę za przeszłością i jej bohaterami,
świadczyły też o wielkości dziejów danego
kraju. Wyidealizowane wczoraj zastąpiło idealne dziś:
syntetyczna harmonia, w której społeczeństwa czasu
wolnego delektują się namiastką przyrody.
W
1995 roku Mariko Mori ostatecznie zrezygnowała z publiczności
- tej realnej i tej elektronicznie symulowanej i raz pierwszy
zaprezentowała się jako całkowite, samowystarczalne
i samo napędzające się dzieło sztuki, otoczone
błyszczącymi kolorowymi piłkami, jakby sznurem
prawdziwych gwiazd. W instalacji fotograficznej „Birth of a
Star” („Narodziny Gwiazdy”), zrealizowanej w technice
3 D, zastygła w pozie tańczącej gwiazdy, wykreowanej
zgodnie z potrzebami i wyobrażeniami konsumentów pop kultury:
to wirtualna starletka, która wprawia fanów w zaprogramowany
trans. Nowo narodzona gwiazda zamknęła się w
oświetlonej planszy o wymiarach 183 x 122 cm, z której
wydobywa się śpiewany oczywiście przez Mariko
song. Artystyczne wizjonerstwo zmaterializowało się
rok później w Kyoto Date, stworzonej przez japońską
spółkę HoriPro Multimedia wirtualnej młodzieżowej
piosenkarce. Oto los sztuki, która wywołuje ducha naszych
czasów - prędzej czy później rzeczywistość
przekroczy najśmielsze nawet proroctwa.
Mariko
Mori to Miko No Inori
Ponieważ
królestwo Mariko Mori jest nie z tego świata, nowo narodzona
gwiazda rozpoczęła podróż do sfer niebieskich:
w pochodzącej z 1996 roku instalacji video „Link of ten
moon” („Ogniwo księżyca”) artystka wciela się
w Miko no Inori, co po japońsku oznacza po prostu „Modlącą
się dziewczynkę-szamankę”. Na pięciu płaskich
monitorach podziwiać można perłowe wypukłości
cybernetycznej Lolity w stroju futurystycznej Barbie, której
dłonie - z pomalowanymi oczywiście na perłowo
paznokciami - obejmują szklaną kulę. W tej kuli
odbija się zarówno hala hipernowoczesnego lotniska Kansai
w Osace, miejsce szamańskiej akcji, a także kosmos,
bo wiadomo, że z lotniska łatwo można wznieść
się do nieba, z którego już dobiegają monotonne
dźwięki modlitwy no Inori, zapraszające niewątpliwie
do medytacji z Mori. Sztuka powinna - zdaniem artystki - odzwierciedlać
potrzeby ludzi, gdyż różne fantazje i sny są
bardzo ważne dla naszego życia.
Mandala
służy kosmicznej podróży
Dlatego
też Mariko Mori z powodzeniem zaczęła spełniać
duchowe potrzeby ludzi, robiąc się na buddyjskie bóstwo,
które w ostatnim czasie podróżuje po „Esoteric Cosmos”.
W czterech monumentalnych panoramach fotograficznych (każda
o wymiarach 305 x 610 x 2 cm) artystka miesza ze sobą krajobrazy
z różnych zakątków świata, aby się następnie
w nich rozpłynąć. Podbój „Ezoterycznego Kosmosu”
rozpoczyna od „Entropy of Love” („Entropii miłości”
), gdzie łączy w jedną całość
zdjęcia pustyni Painted Desert i Biosfery II w Arizonie
z parkiem nowoczesnych elektrowni wiatrowych w Kalifornii. W
tym kraterowo-przemysłowym pejzażu wisi przeźroczysty
kokon lub komórka, w której dwie nieokreślone bliżej
istoty (takie podwójne odrealnione Mariko) wieszczą początek
nowej energii, poza granicami świata i płci. W przeźroczystym
tworzywie odbija się niebo i ziemia. „Entropia miłości”
to - zgodnie z buddyjską nauką mandali - symbol Wschodu,
żywiołu powietrza. Zachód i związany z nim żywioł
wody personifikuje „Mirror of Water” („Zwierciadło Wody”),
które sfotografowała w podziemnej grocie we Francji. W
nim Mariko Mori nie przegląda się, bo objawia się
jako zwielokrotniony duch głębin, efemeryczna powłoka
pod powłoką ziemi, designerka z odzmysłowionego
świata. Zielone sitka z dużymi otworami, przypominające
tarcze telefonów z ery przedkomórkowej, umieszczone na białych
żakiecikach artystki, pozwalają jej chyba nawiązać
kosmiczny kontakt z kulistymi istotkami, zamkniętymi w
plastykowej kapsułce. Symbolem północy i korespondującym
z nią żywiołem ziemi jest „Pure Land”. Te zdjęcia
powstały nad Morzem Martwym w Izraelu, nawiązują
jednak do rozpowszechnionego w dawnej Japonii kultu Buddy Amidy
i wiary w odrodzenie się w jego raju, tak zwanej Czystej
Ziemi. Bóstwo Mariko Amida, w zaprojektowanych jak zwykle przez
siebie przepysznych szatach, wschodzi nad Ziemią jak słońce
i pławi się w różowościach jutrzenki. Ten
raj zaludniony jest wesołymi mutantami, skrzyżowaniem
plastikowych potworków z Kinder-niespodzianki ze słodkimi
gumowymi misiami: to ezoteryczna wersja orkiestry anielskich
bodhisattwów, która w nowatorski sposób interpretuje relief
z hali Hôô-dô
w
zespole świątyń Byodo-In w Kioto. 52 muzykujących
bodhisattwów stanowi tam tło osiemnasto metrowej rzeźby
Buddy Amidy, siedzącego na tronie z kwiatu lotosu, dokąd
- od dziewięciu wieków - udają się wierni, pragnący
doświadczyć Czystej Ziemi. Na Południu wreszcie
szaleje żywioł ognia, czyli „Burning Desire” („Płonące
Pożądanie”), które artystka umieściła na
pustyni Gobi. Otoczona obręczą tęczy, jak w ezoterycznej
bańce mydlanej, unosi się - wyciągając bądź
składając ręce w „mudra” - tradycyjnych gestach
rzeźb buddyjskich, nad czterema płonącymi bóstwami.
Po obejrzeniu Mariko Mori w tylu boskich wcieleniach można
naprawdę doznać oświecenia, że piąty
żywioł buddyjskiej mandali - czyli pustkę - symbolizują
wypełnione „Ezoterycznym Kosmosem” sale wystawowe.
Nirwana
namacalnie odczuwana
W
„Ezoterycznym Kosmosie” zagłębić i zasłuchać
się można było od 30. stycznia do 9. maja 1999
roku w przestronnych salach Muzeum Sztuki w Wolfsburgu, które
zaprezentowało pierwszy indywidualny pokaz multimedialnej
Japonki w Europie. Cztery panoramy fotograficzne z kosmicznego
cyklu, wystawione w 1998 roku w Serpentine Gallery w Londynie
(współorganizatorki wolfsburskiej ekspozycji), oraz instalacja
video „Nirwana”, która wzbudziła sensację na
Biennale w Wenecji w 1997 roku, uzupełnione zostały
wcześniejszymi, omówionymi powyżej pracami („Narodziny
Gwiazdy”, „Pusty Sen”, „Połączenie z Księżycem”)
i trzema nowszymi realizacjami. Na „Ezoteryczny Kosmos” złożyło
się więc jedenaście dzieł, które świadczyć
miały o kosmicznych aspektach twórczości Mariko Mori.
O tym, że kosmos jest przyjazny i różowy, przekonać
się można było po wejściu do ciemnego pomieszczenia
i założeniu czarnych okularów. Znikąd zaczynała
dobiegać monotonna, nieziemska muzyka, zaś na ekranie
pojawiło się bóstwo: panorama Czystej Ziemi ożyła
i w różowej przestrzeni zaczęła unosić się
Budda Mariko Amida w asyście orkiestry bodhisattwów - wesołych
mutantów, którzy wraz nią wyrwali się z fotografii.
Ten trwający niespełna trzy minuty trójwymiarowy film
robił niezwykłe wrażenie, gdyż nagle widz
znajdował się w samym środku akcji, sam był
jej uczestnikiem, bo bóstwa spływało na niego z różnych
stron, lewitowało nad nim, tak że wyciągał
rękę, aby dotknąć tej realnych zjawy i ...
chwytał pustkę. Pokusa, żeby unieść
się w powietrze i popłynąć za Mariko Mori
do Czystej Ziemi - przystanku na drodze do Nirwany, w której
następuje wyzwolenie od wszystkich ziemskich pragnień
i pożądań, była tak wielka, że chciał
przywłaszczyć sobie czarne okulary. Współuczestnictwo
w „Nirwanie” zacierało granice między realnością
i wirtualnością, i nie wiadomo było, czy rzeczywistość
jest wirtualna, czy wirtualność rzeczywista. O ile
jednak perspektywa realnego odlotu z Amidą do nirwany była
kusząca, o tyle możliwość obcowania na co
dzień z wesołymi mutantami, komiksową wersją
bodhisattwów, czyli istot doskonałych, które mają
się stać buddami, motywowała raczej do szybkiego
powrotu do realnego świata, który też zaludniony jest
najróżniejszymi plastikowymi koszmarkami.
Metafizyka
słonecznika
Granica
między realnością i wirtualnością zaciera
się także w jak najbardziej realnej przeźroczystej
akrylowej rzeźbie „Enlightenment Capsule” („Oświecona
Kapsułka”), w której materia i metafizyka łączą
się dzięki nowoczesnej technice w jedną całość.
Przeźroczysty kwiat lotosu, czyli tron, na którym zasiadał
Budda Amida, oświetlany jest systemem do transmisji promieni
słonecznych „Himawari” (tak po japońsku nazywa się
słonecznik). Stwarza to iluzję, że lotos unosi
się w kapsułce, tak jakby siły widzialne i nie
widzialne stale pobudzały go do ruchu, zaś widz ma
możliwość ponownego uczestnictwa w fizycznym
i duchowym oświeceniu. Od niego tylko zależy, czy
gotowy jest na porzucenie przyziemnych pragnień i ziemskich
pokus, by podążać za artystką na wyżyny
ducha. Mariko Mori jest przekonana, że nastąpi to
już wkrótce, gdyż wszystkie stworzenia są
w każdej chwili połączone ze sobą w wewnętrznej
przestrzeni. Wszelkie przejawy życia z ich własnymi
cyklami bytu są częścią zewnętrznego
uniwersum, i istnieje tylko jedna planeta ziemia. W następnym
tysiącleciu siła i energia ludzkiego ducha powinny
połączyć świat w pokoju i harmonii, bez
jakichkolwiek kulturowych i narodowych granic.
Kimono
i Kumano
Żeby
jednak przekroczyć te granice, trzeba wrócić do źródeł,
czerpać z nich siłę i wiarę w nowe tysiąclecie.
A ponieważ ta drobna artystka, która zdaje się pozostawać
w stadium wiecznego dziewczęcia, ma skłonność
do wielkich formatów, odbywa się to tym razem też
na panoramie fotograficznej „Kumano” o wymiarach 305 x 610 x
2 cm, gdzie Mariko Mori pojawia się dwukrotnie, za każdym
razem w innym kimonie: raz jest ono różowawo-złociste,
raz przeźroczysto-biało-fioletowe, i porusza się
w kręgu rodzimej religii Nipponu - sintoizmu, który, począwszy
od szóstego wieku, był usuwany w cień przez buddyzm
W „Kumano” Gijs van Tuyl, dyrektor Muzeum Sztuki w Wolfsburgu,
dostrzega, zapewne ze względu na użycie kimona, które
pojawiło się dopiero jedenaście wieków później,
typowe dla Japonii pomieszanie sintoizmu z buddyzmem. Mori występuje
tu wśród górskich japońskich lasów, otoczona mistycznymi
promieniami. Jako kapłanka w nakryciu głowy celebruje
rytualny taniec, będący wyrazem sintoistycznego połączenia
z naturą i kosmosem. Inscenizacja ta odbywa się wewnątrz
relikwiarza na tle wodospadu o szerokości 13 m i wysokości
133 m, i przez to największego wodospadu Nachi, ulubionego
celu pielgrzymek. Relikwiarz wydaje się symbolizować
ducha wodospadu. Duch głębin ze „Zwierciadła
wody” wypłynął więc na powierzchnię
i zamieszkał w wodospadzie: to zapewne Kami, sintoistyczne
bóstwo niezliczonej i różnorodnej natury, mające zjednać
do działania w interesie człowieka jaskrawie nowoczesną
świątynią techniki, która osiadła - niczym
kolejna kapsułka - w tym Świętym Gaju. Również i ta panorama
fotograficzna ożywa: w instalacji video „Kumano” bóstwo
wykonuje monotonne ruchy taneczne i śpiewa. I śpiewa.
I śpiewa.
Kiedy
się robi sztukę, twierdzi
Mariko Mori, powinno to być zabawne. Dlaczego nie? I
tak już dość cierpimy, zaś robienie sztuki
o cierpieniach, to ma zbyt wiele do czynienia z winą i
usprawiedliwianiem się. Być może dlatego
„Kumano” pokryła starym japońskim pismem z zaklęciami,
mającymi chronić przed cierpieniem.
Narodziny
hipermodernizmu z ducha hipermarketu
Jak
widać, bycie Japonką zobowiązuje, dlatego też
w ostatnich latach Mariko Mori czerpie inspiracje z buddyzmu,
prezentując go w sposób, dostępny dla konsumentów,
wychowanych na wzorcach pop kultury. Jej sztuka faktycznie zaciera
granice: środki techniczne, którymi w sposób perfekcyjny
się posługuje, umożliwiają jej poruszanie
się poza czasem i przestrzenią w coraz to nowych projektowanych
dla siebie szatach, kapsułkach i krajobrazach, sugerujących
odlot w kierunku, zgodnym z duchem czasu. Sztuka Mariko Mori
wieści nadejście ery hipermodernizmu, wirtualnego
hipermarketu, na którego przepastnych półkach stoją
video klipy i spoty reklamowe: składniki lekkiej i przyjemnej
ezoterycznej mieszanki komiksowego buddyzmu, błyszczącego
futuryzmu i różowego oświecenia. Powstaje z nich słodki
drink szamanizmu, zaspokojający spirtualne pragnienie;
miksowany przy pomocy imponującego wysiłku technicznego
przez firmę Deitch Project z Nowego Yorku, której szef,
Jeffrey Deitch, jest producentem i menedżerem międzynarodowej
gwiazdy sztuki.
Rzeczywistość
i fantazja, powaga i humor, science i fiction, technika i natura,
ciało i dusza, logika i mistyka, miasto i przyroda, materia
i duchowość, kobieta i mężczyzna, robot
i człowiek - z tego
wszystkiego składa się - zdaniem Gijsa van Tuyla,
twórczość Mariko Mori, będąca syntezą
Wschodu i Zachodu, Tokio i Nowego Yorku, które odnajdują
się w kosmosie, by natknąć się tam jeszcze
na Północ i Południe.
Zgodnie
z regułami buddyjskiej mandali, spotkanie tych stron odbywa
się w pustce.
Tekst ©
Urszula Usakowska-Wolff
Kwartalnik
ORO
nr 1 - 2 (38 - 39)2000
Wszystkie
cytaty pochodzą z katalogu
Mariko Mori
Esoteric Cosmos
Kunstmuseum
Wolfsburg 1998
Wydawnictwo
Cantz Verlag.
Ostfildern
Mariko
Mori
urodzona
w 1967 roku w Tokio. W latach 1986 - 1989 studiowała designerstwo
mody w Bunka Fashion College w Tokio i pracowała jako modelka.
W latach 1989 - 1992 była studentką dwóch uczelni
artystycznych w Londynie: Byam Shaw School of Art i Chelsea
College of Art, zaś w latach 1992 - 1993 brała udział
w indywidualnym programie studyjnym Whitney Museum of American
Art w Nowym Yorku. Począwszy od 1993 roku prezentowała
swoje prace na czternastu wystawach indywidualnych w USA ( w
ubiegłym roku min. w Muzeum Andy Warhola w Pittsburghu),
Japonii, Francji, Wielkiej Brytanii. Uczestniczyła także
w 43 prestiżowych wystawach zbiorowych, min. w V. Międzynarodowym
Biennale w Istambule i Biennale w Wenecji (1997). Mieszka i
pracuje w Nowym Yorku i Tokio. W listopadzie 2000 roku japońska
multimedialistka zajęła 63 miejsce w "Kunstkompass"
(Kompasie sztuki) kolońskiego dwutygodnika
"Capital" i mimo że w ubiegłym roku spadła
na 66 miejsce, to nadal zajmuje ważną pozycję
w tym prestiżowym rankingu stu najlepszych, bo najczęściej
wystawianych, opisywanych i kupowanych artystów świata.
Tekst ©
Urszula Usakowska-Wolff