O Tempora, o Mori!

Jest mistrzynią autokreacji i samo inscenizacji, przedmiotem i podmiotem własnej sztuki, artystką, która modeluje samą siebie. 35-letnia Mariko Mori, wschodząca gwiazda z kraju wschodzącego słońca, jest idealnym wcieleniem coraz to nowych wcieleń, kimś, kto jeszcze musi zostać stworzony. Kobieta o dziewczęcej aparycji, która swoją karierę zaczynała jako modelka, wie że kiedy ktoś nosi określony ubiór, staje się albo osobowością, albo samym ubiorem. Dlatego też jej sztuka może być odbierana jako odwrócenie bajki o „Nowych szatach króla” - o ile na Starym Kontynencie monarcha okazał się być nagi, o tyle po bóstwie, na które robi się Mariko Mori, pozostaną przynajmniej piękne szaty. Przecież sztuka to dziś także produkt markowy w atrakcyjnym opakowaniu.

Urszula Usakowska-Wolff: Darmowa informacja, 2004. © Urszula Usakowska-Wolff

Dziewczyna - lalka i maszyna

Proste interpretacje nie są jednak w stanie sprostać zjawiskom, na jakie kreuje się Mariko Mori. Ta modelka, która, zgodnie z wymogami zawodu, do perfekcji opanowała własne ciało, ubrała je następnie w zaprojektowane przez siebie stroje, nawiązujące do filmów science-fiction i komiksów. W tych kostiumach wychodziła na ulice rodzinnego Tokio, aby na wzór performance lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, nawiązać interaktywny dialog z przechodniami. Artystyczną porażkę dokumentują fotografie: „Subway” („Metro”) i „Play with me” („Baw się ze mną”) z 1994 roku, na których Mariko, raz jako kosmitka, pół dziewczyna, pół maszyna w srebrzystym skafandrze, trafia na obojętność tłumu, przelewającego się przez perony tokijskiego metra; po raz drugi jako jasnowłosa Barbie zaprasza do zabawy przy automacie w salonie gry. Ale dorośli hazardziści nie bawią się przecież lalkami, nie zadają sobie nawet trudu, żeby sprawdzić, czy są one z krwi i kości. Masy nie reagują nawet na najbardziej wyrafinowane przebranie, bo nie potrafią odróżnić fikcji od rzeczywistości, i gdyby w pasażu śródmiejskim wylądowało „prawdziwe” UFO, potraktowano by je zapewne jako chwyt reklamowy.

Metamorfozy i pozy

Mimo że świat realny, cielesny i namacalny nie wyszedł na spotkanie Mariko Mori, postanowiła ona włączyć publiczność do swoich, poddanych obróbce komputerowej instalacji fotograficznych. W „Empty Dream” („Pusty sen”) z 1995 roku artystka wcieliła się w lazurową syrenę na wypełnionej wczasowiczami plaży największego na świecie parku wodnego „Ocean Dom” w prefekturze Myiazaki w Japonii. W wakacyjnej oazie, jakby wyciętej z kolorowego prospektu biura podróży, wszystko jest sztuczne: piasek nawieziony na skałę, skały wystające z morza i palmy posadzone na skałach. Pewnie dlatego syrena nie wzbudza sensacji, jest częścią tego skonstruowanego świata, tak samo jak plastikowy delfin, kołyszący się na lazurowej wodzie. A może syrena to obce ciało niebieskie wśród spragnionych słońca ziemskich ciał? Ta wielka, składająca się z sześciu części instalacja fotograficzna, o wymiarach 274 x 732 x 7 cm, nawiązuje do popularnych w dziewiętnastym wieku europejskich panoram historycznych, które symbolizowały tęsknotę za przeszłością i jej bohaterami, świadczyły też o wielkości dziejów danego kraju. Wyidealizowane wczoraj zastąpiło idealne dziś: syntetyczna harmonia, w której społeczeństwa czasu wolnego delektują się namiastką przyrody.

W 1995 roku Mariko Mori ostatecznie zrezygnowała z publiczności - tej realnej i tej elektronicznie symulowanej i raz pierwszy zaprezentowała się jako całkowite, samowystarczalne i samo napędzające się dzieło sztuki, otoczone błyszczącymi kolorowymi piłkami, jakby sznurem prawdziwych gwiazd. W instalacji fotograficznej „Birth of a Star” („Narodziny Gwiazdy”),  zrealizowanej w technice 3 D, zastygła w pozie tańczącej gwiazdy, wykreowanej zgodnie z potrzebami i wyobrażeniami konsumentów pop kultury: to wirtualna starletka, która wprawia fanów w zaprogramowany trans. Nowo narodzona gwiazda zamknęła się w oświetlonej planszy o wymiarach 183 x 122 cm, z której wydobywa się śpiewany oczywiście przez Mariko song. Artystyczne wizjonerstwo zmaterializowało się rok później w Kyoto Date, stworzonej przez japońską spółkę HoriPro Multimedia wirtualnej młodzieżowej piosenkarce. Oto los sztuki, która wywołuje ducha naszych czasów - prędzej czy później rzeczywistość przekroczy najśmielsze nawet proroctwa.

Mariko Mori to Miko No Inori 

Ponieważ królestwo Mariko Mori jest nie z tego świata, nowo narodzona gwiazda rozpoczęła podróż do sfer niebieskich: w pochodzącej z 1996 roku instalacji video „Link of ten moon” („Ogniwo księżyca”) artystka wciela się w Miko no Inori, co po japońsku oznacza po prostu „Modlącą się dziewczynkę-szamankę”. Na pięciu płaskich monitorach podziwiać można perłowe wypukłości cybernetycznej Lolity w stroju futurystycznej Barbie, której dłonie - z pomalowanymi oczywiście na perłowo paznokciami - obejmują szklaną kulę. W tej kuli odbija się zarówno hala hipernowoczesnego lotniska Kansai w Osace, miejsce szamańskiej akcji, a także kosmos, bo wiadomo, że z lotniska łatwo można wznieść się do nieba, z którego już dobiegają monotonne dźwięki modlitwy no Inori, zapraszające niewątpliwie do medytacji z Mori. Sztuka powinna - zdaniem artystki - odzwierciedlać potrzeby ludzi, gdyż różne fantazje i sny są bardzo ważne dla naszego życia.

Mandala służy kosmicznej podróży

Dlatego też Mariko Mori z powodzeniem zaczęła spełniać duchowe potrzeby ludzi, robiąc się na buddyjskie bóstwo, które w ostatnim czasie podróżuje po „Esoteric Cosmos”. W czterech monumentalnych panoramach fotograficznych (każda o wymiarach 305 x 610 x 2 cm) artystka miesza ze sobą krajobrazy z różnych zakątków świata, aby się następnie w nich rozpłynąć. Podbój „Ezoterycznego Kosmosu” rozpoczyna od „Entropy of Love” („Entropii miłości” ), gdzie łączy w jedną całość zdjęcia pustyni Painted Desert i Biosfery II w Arizonie z parkiem nowoczesnych elektrowni wiatrowych w Kalifornii. W tym kraterowo-przemysłowym pejzażu wisi przeźroczysty kokon lub komórka, w której dwie nieokreślone bliżej istoty (takie podwójne odrealnione Mariko) wieszczą początek nowej energii, poza granicami świata i płci. W przeźroczystym tworzywie odbija się niebo i ziemia. „Entropia miłości” to - zgodnie z buddyjską nauką mandali - symbol Wschodu, żywiołu powietrza. Zachód i związany z nim żywioł wody personifikuje „Mirror of Water” („Zwierciadło Wody”), które sfotografowała w podziemnej grocie we Francji. W nim Mariko Mori nie przegląda się, bo objawia się jako zwielokrotniony duch głębin, efemeryczna powłoka pod powłoką ziemi, designerka z odzmysłowionego świata. Zielone sitka z dużymi otworami, przypominające tarcze telefonów z ery przedkomórkowej, umieszczone na białych żakiecikach artystki, pozwalają jej chyba nawiązać kosmiczny kontakt z kulistymi istotkami, zamkniętymi w plastykowej kapsułce. Symbolem północy i  korespondującym z nią żywiołem ziemi jest „Pure Land”. Te zdjęcia powstały nad Morzem Martwym w Izraelu, nawiązują jednak do rozpowszechnionego w dawnej Japonii kultu Buddy Amidy i wiary w odrodzenie się w jego raju, tak zwanej Czystej Ziemi. Bóstwo Mariko Amida, w zaprojektowanych jak zwykle przez siebie przepysznych szatach, wschodzi nad Ziemią jak słońce i pławi się w różowościach jutrzenki. Ten raj zaludniony jest wesołymi mutantami, skrzyżowaniem plastikowych potworków z Kinder-niespodzianki ze słodkimi gumowymi misiami: to ezoteryczna wersja orkiestry anielskich bodhisattwów, która w nowatorski sposób interpretuje  relief z hali Hôô-dô w zespole świątyń Byodo-In w Kioto. 52 muzykujących bodhisattwów stanowi tam tło osiemnasto metrowej rzeźby Buddy Amidy, siedzącego na tronie z kwiatu lotosu, dokąd - od dziewięciu wieków - udają się wierni, pragnący doświadczyć Czystej Ziemi. Na Południu wreszcie szaleje żywioł ognia, czyli „Burning Desire” („Płonące Pożądanie”), które artystka umieściła na pustyni Gobi. Otoczona obręczą tęczy, jak w ezoterycznej bańce mydlanej, unosi się - wyciągając bądź składając ręce w „mudra” - tradycyjnych gestach rzeźb buddyjskich, nad czterema płonącymi bóstwami. Po obejrzeniu Mariko Mori w  tylu boskich wcieleniach można naprawdę doznać oświecenia, że piąty żywioł buddyjskiej mandali - czyli pustkę - symbolizują wypełnione „Ezoterycznym Kosmosem” sale wystawowe.

Nirwana namacalnie odczuwana

W „Ezoterycznym Kosmosie” zagłębić i zasłuchać się można było od 30. stycznia do 9. maja 1999 roku w przestronnych salach Muzeum Sztuki w Wolfsburgu, które zaprezentowało pierwszy indywidualny pokaz multimedialnej Japonki w Europie. Cztery panoramy fotograficzne z kosmicznego cyklu, wystawione w 1998 roku w Serpentine Gallery w Londynie (współorganizatorki wolfsburskiej ekspozycji), oraz instalacja video  „Nirwana”, która wzbudziła sensację na Biennale w Wenecji w 1997 roku, uzupełnione zostały wcześniejszymi, omówionymi powyżej pracami („Narodziny Gwiazdy”, „Pusty Sen”,  „Połączenie z Księżycem”) i trzema nowszymi realizacjami. Na „Ezoteryczny Kosmos” złożyło się więc jedenaście dzieł, które świadczyć miały o kosmicznych aspektach twórczości Mariko Mori.

O tym, że kosmos jest przyjazny i różowy, przekonać się można było po wejściu do ciemnego pomieszczenia i założeniu czarnych okularów. Znikąd zaczynała dobiegać monotonna, nieziemska muzyka, zaś na ekranie pojawiło się bóstwo: panorama Czystej Ziemi ożyła i w różowej przestrzeni zaczęła unosić się Budda Mariko Amida w asyście orkiestry bodhisattwów - wesołych mutantów, którzy wraz nią wyrwali się z fotografii. Ten trwający niespełna trzy minuty trójwymiarowy film robił niezwykłe wrażenie, gdyż nagle widz znajdował się w samym środku akcji, sam był jej uczestnikiem, bo bóstwa spływało na niego z różnych stron, lewitowało nad nim, tak że wyciągał rękę, aby dotknąć tej realnych zjawy i ... chwytał pustkę. Pokusa, żeby unieść się w powietrze i popłynąć za Mariko Mori do Czystej Ziemi - przystanku na drodze do Nirwany, w której następuje wyzwolenie od wszystkich ziemskich pragnień i pożądań, była tak wielka, że chciał przywłaszczyć sobie czarne okulary. Współuczestnictwo w „Nirwanie” zacierało granice między realnością i wirtualnością, i nie wiadomo było, czy rzeczywistość jest wirtualna, czy wirtualność rzeczywista. O ile jednak perspektywa realnego odlotu z Amidą do nirwany była kusząca, o tyle możliwość obcowania na co dzień z wesołymi mutantami, komiksową wersją bodhisattwów, czyli istot doskonałych, które mają się stać buddami, motywowała raczej do szybkiego powrotu do realnego świata, który też zaludniony jest najróżniejszymi plastikowymi koszmarkami.

Metafizyka słonecznika

Granica między realnością i wirtualnością zaciera się także w jak najbardziej realnej przeźroczystej akrylowej rzeźbie „Enlightenment Capsule” („Oświecona Kapsułka”), w której materia i metafizyka łączą się dzięki nowoczesnej technice w jedną całość. Przeźroczysty kwiat lotosu, czyli tron, na którym zasiadał Budda Amida, oświetlany jest systemem do transmisji promieni słonecznych „Himawari” (tak po japońsku nazywa się słonecznik). Stwarza to iluzję, że lotos unosi się w kapsułce, tak jakby siły widzialne i nie widzialne stale pobudzały go do ruchu, zaś widz ma możliwość ponownego uczestnictwa w fizycznym i duchowym oświeceniu. Od niego tylko zależy, czy gotowy jest na porzucenie przyziemnych pragnień i ziemskich pokus, by podążać za artystką na wyżyny ducha. Mariko Mori jest przekonana, że nastąpi to już wkrótce, gdyż wszystkie stworzenia są w każdej chwili połączone ze sobą w wewnętrznej przestrzeni. Wszelkie przejawy życia z ich własnymi cyklami bytu są częścią zewnętrznego uniwersum, i istnieje tylko jedna planeta ziemia. W następnym tysiącleciu siła i energia ludzkiego ducha powinny  połączyć świat w pokoju i harmonii, bez jakichkolwiek kulturowych i narodowych granic.

Kimono i Kumano

Żeby jednak przekroczyć te granice, trzeba wrócić do źródeł, czerpać z nich siłę i wiarę w nowe tysiąclecie. A ponieważ ta drobna artystka, która zdaje się pozostawać w stadium wiecznego dziewczęcia, ma skłonność do wielkich formatów, odbywa się to tym razem też na panoramie fotograficznej „Kumano” o wymiarach 305 x 610 x 2 cm, gdzie Mariko Mori pojawia się dwukrotnie, za każdym razem w innym kimonie: raz jest ono różowawo-złociste, raz przeźroczysto-biało-fioletowe, i porusza się w kręgu rodzimej religii Nipponu - sintoizmu, który, począwszy od szóstego wieku, był usuwany w cień przez buddyzm  W „Kumano” Gijs van Tuyl, dyrektor Muzeum Sztuki w Wolfsburgu, dostrzega, zapewne ze względu na użycie kimona, które pojawiło się dopiero jedenaście wieków później, typowe dla Japonii pomieszanie sintoizmu z buddyzmem. Mori występuje tu wśród górskich japońskich lasów, otoczona mistycznymi promieniami. Jako kapłanka w nakryciu głowy celebruje rytualny taniec, będący wyrazem sintoistycznego połączenia z naturą i kosmosem. Inscenizacja ta odbywa się wewnątrz relikwiarza na tle wodospadu o szerokości 13 m i wysokości 133 m, i przez to największego wodospadu Nachi, ulubionego celu pielgrzymek. Relikwiarz wydaje się symbolizować ducha wodospadu. Duch głębin ze „Zwierciadła wody” wypłynął więc na powierzchnię i zamieszkał w wodospadzie: to zapewne Kami, sintoistyczne bóstwo niezliczonej i różnorodnej natury, mające zjednać do działania w interesie człowieka jaskrawie nowoczesną świątynią techniki, która osiadła - niczym kolejna kapsułka - w tym Świętym Gaju. Również i ta panorama fotograficzna ożywa: w instalacji video „Kumano” bóstwo wykonuje monotonne ruchy taneczne i śpiewa. I śpiewa. I śpiewa.

Kiedy się robi sztukę, twierdzi Mariko Mori, powinno to być zabawne. Dlaczego nie? I tak już dość cierpimy, zaś robienie sztuki o cierpieniach, to ma zbyt wiele do czynienia z winą i usprawiedliwianiem się. Być może dlatego „Kumano” pokryła starym japońskim pismem z zaklęciami, mającymi chronić przed cierpieniem.

Narodziny hipermodernizmu z ducha hipermarketu

Jak widać, bycie Japonką zobowiązuje, dlatego też w ostatnich latach Mariko Mori czerpie inspiracje z buddyzmu, prezentując go w sposób, dostępny dla konsumentów, wychowanych na wzorcach pop kultury. Jej sztuka faktycznie zaciera granice: środki techniczne, którymi w sposób perfekcyjny się posługuje, umożliwiają jej poruszanie się poza czasem i przestrzenią w coraz to nowych projektowanych dla siebie szatach,  kapsułkach i krajobrazach, sugerujących odlot w kierunku, zgodnym z duchem czasu. Sztuka Mariko Mori wieści nadejście ery hipermodernizmu, wirtualnego hipermarketu, na którego przepastnych półkach stoją video klipy i spoty reklamowe: składniki lekkiej i przyjemnej ezoterycznej mieszanki komiksowego buddyzmu, błyszczącego futuryzmu i różowego oświecenia. Powstaje z nich słodki drink szamanizmu, zaspokojający spirtualne pragnienie; miksowany przy  pomocy imponującego wysiłku technicznego przez firmę Deitch Project z Nowego Yorku, której szef, Jeffrey Deitch, jest producentem i menedżerem międzynarodowej gwiazdy sztuki.

Rzeczywistość i fantazja, powaga i humor, science i fiction, technika i natura, ciało i dusza, logika i mistyka, miasto i przyroda, materia i duchowość, kobieta i mężczyzna, robot i człowiek -  z tego wszystkiego składa się - zdaniem Gijsa van Tuyla, twórczość  Mariko Mori, będąca syntezą Wschodu i Zachodu, Tokio i Nowego Yorku, które odnajdują się w kosmosie, by natknąć się tam jeszcze na Północ i Południe.

Zgodnie z regułami buddyjskiej mandali, spotkanie tych stron odbywa się w pustce.


Tekst ©
Urszula Usakowska-Wolff

Kwartalnik ORO nr 1 - 2 (38 - 39)2000


Wszystkie cytaty pochodzą z katalogu

Mariko Mori

Esoteric Cosmos

Kunstmuseum Wolfsburg 1998

Wydawnictwo Cantz Verlag. Ostfildern


Mariko Mori

urodzona w 1967 roku w Tokio. W latach 1986 - 1989 studiowała designerstwo mody w Bunka Fashion College w Tokio i pracowała jako modelka. W latach 1989 - 1992 była studentką dwóch uczelni artystycznych w Londynie: Byam Shaw School of Art i Chelsea College of Art, zaś w latach 1992 - 1993 brała udział w indywidualnym programie studyjnym Whitney Museum of American Art w Nowym Yorku. Począwszy od 1993 roku prezentowała swoje prace na czternastu wystawach indywidualnych w USA ( w ubiegłym roku min. w Muzeum Andy Warhola w Pittsburghu), Japonii, Francji, Wielkiej Brytanii. Uczestniczyła także w 43 prestiżowych wystawach zbiorowych, min. w V. Międzynarodowym Biennale w Istambule i Biennale w Wenecji (1997). Mieszka i pracuje w Nowym Yorku i Tokio. W listopadzie 2000 roku japońska multimedialistka zajęła 63 miejsce w "Kunstkompass" (Kompasie sztuki) kolońskiego dwutygodnika "Capital" i mimo że w ubiegłym roku spadła na 66 miejsce, to nadal zajmuje ważną pozycję w tym prestiżowym rankingu stu najlepszych, bo najczęściej wystawianych, opisywanych i kupowanych artystów świata.


Tekst ©
Urszula Usakowska-Wolff

do strony glównej

do do tekstu o Felixie Nussbaumie