Święto
pawilonu
Przed
barokowym zamkiem - siedzibą uniwersytetu w Münster - Koreańczyk
Nam June Paik, pionier sztuki wideo, uplasował 32 samochody,
powleczone srebrną farbą, jakby grubą patyną
czasu. Ustawione w czterech grupach modele z lat 1920 - 1960 były
pomnikiem pionierskiego okresu lokomocji. Po
wspaniałych limuzynach - symbolach statutu społecznego
i mobilności - pozostały blaszane sarkofagi, wypełnione
okaleczonymi sprzętami, które piętrzyły się
za przednimi szybami, jak za ekranami telewizorów. Z ich wnętrza
dobiegały ciche dźwięki Requiem Mozarta.
Wiek samochodu dobiega końca, sugerował Paik, ale medium
telewizji też już należy do przeszłości.
Tylko Amadeusz wiecznie żywy!
Partner
w plenerze to widz na rowerze
O
tym, że do przeszłości należy również
aparat pojęciowy, jakim zwykło się określać
i opisywać zjawiska z dziedziny sztuki, można się
było przekonać, zwiedzając, a właściwie
obchodząc, objeżdżając i doznając wystawy
plenerowej Skulptur.Projekte.Münster 1997 (Rzeźba. Projekty.
Münster 1997), która od 22 czerwca do 28 września 1997
roku gościła w tym westfalskim mieście. Nam June
Paik, autor najbardziej monumentalnego i zarazem najbardziej „rzeźbiarskiego”
widowiska tego pleneru, był jednym z 77 twórców, których
zadaniem była odpowiedź na pytanie: jak się ma
rzeźba w przestrzeni publicznej? Otóż rzeźba ma
się nie najgorzej, pod warunkiem że za rzeźbę
uznamy wszelkie konstrukcje architektoniczne, jak pawilony, budki,
obiekty pływające, ale także metalowe płyty
zatopione w chodnikach, napisy, chorągiewki oraz konstrukcje
wirtualne, umieszczone w 61 punktach tego miasta. Może właśnie
dlatego prace, specjalnie zaprojektowane (projekt to podstawowe
pojęcie tej ekspozycji) dla przestrzeni miejskiej w Münster,
więcej mówiły o kondycji, sytuacji, znaczeniu i postrzeganiu
sztuki, niż odbywająca się w tym samym czasie documenta
X w Kassel.
Żeby
stać się partnerem w grze, którą proponowali publiczności
rzeźbiarze (z braku adekwatnego terminu posłużę
się tym antykwarycznym pojęciem), trzeba się było
wyposażyć w podstawowe narzędzia zwiedzania: szeroko
otworzyć oczy i uszy, założyć wygodne buty,
zegarek schować do kieszeni. Münster, płaski jak tradycyjny
placek westfalski ze skwarkami, jest rajem dla rowerzystów. Dlatego
też również i tę wystawę (rozciągającą
się na kilkunastokilometrowej trasie) najlepiej pokonywało
się na rowerze, który wypożyczyć można było
w na przykład w ... Landesmuseum.
Otaczają
nas z każdej strony najróżniejsze pawilony
Podstawowymi
formami, wypełniającymi przestrzeń artystyczną
w Münster, były pawilony. Dzieliły się one na podgrupy:
naziemne, nadziemne, wodno-statyczne i pływające. W
czterech punktach miasta (niedaleko zamku, na deptaku między
domami towarowymi, na dworcu oraz nad sztucznym jeziorem Aasee)
Wolfgang Winter i Berthold Horbelt zbudowali cztery opływowe
kontenery z różnokolorowych, standardowych plastikowych skrzynek
na butelki. Można w nich było odpocząć, wysłuchać
informacji o wystawie bądź po prostu podziwiać
sączące się przez otwory światło. Na
dachu nieczynnej stacji benzynowej niedaleko rynku Kim Adams z
Kanady postawił okrągłą, przeszkloną
rotundę z prefabrykatów. Było to karuzela, która się
nie kręciła, biuro, w którym nikt nie pracował,
dom, w którym nikt nie mieszkał. Przed nim stał rower
dziecięcy, jadący równocześnie do przodu i do tyłu,
a więc skazany na bezruch. Okrągły pawilon z wiatą
był z kolei dziełem Elin Wikstrom i Anny Brag ze Szwecji.
Prowadziły one w nim wypożyczalnia rowerów, które jechały
do tyłu. Na trawniku przy dużym skrzyżowaniu Irlandczyk
Stephen Craig ustawił zamknięty drewniano-szklany pawilon,
a obok fundamenty z piaskowca, przypominające antyczne wykopaliska.
Pływający pawilon-arkę zbudował, wykorzystując
terapeutyczne funkcje sztuki, Japończyk Tadashi Kawamota
wraz z pacjentami jednej z holenderskich klinik odwykowych, zaś
Kubańczyk Jorge Prado ozdobił jezioro Aasee molem zakończonym
- a jakże - pawilonem. Był też szklany pawilon
Amerykanina Dana Grahama, przypominający do złudzenia
bramkę piłkarską bądź przystanek autobusowy.
W tym szklanym pawilonie można było doznać złudzenia
rozmnożenia: współczesna wersja gabinetu luster w parkowym
plenerze. Z czterech pawilonów-przyczep na kółkach składała
się instalacja Przyjaciel domu II holenderskiej pracowni
van Lieshout, która na pozór nie różniła się niczym
od stojących na pobliskim placu budowy „prawdziwych” barakowozów.
Swój okrągły drewniany pawilon na dziedzińcu teatru
miejskiego Francuzka Marie-Ange Guilleminot nazwała Parawanem.
Nie można było tam wprawdzie zajrzeć do środka,
ale zwiedzających, którzy odważyli się na wsadzenie
doń kończyn dolnych nie ominęło iście
cielesne doznanie: masaż stóp wykonywany (podobno) przez
prawdziwych masażystów.
Sztuka
codzienności nie sprzyja inności
Tworzywo
i forma sztuki prezentowanej w przestrzeni miejskiej w Münster
niczym nie różniły się od tworzywa i form otaczającego
nas świata. Jego symbolem jest pawilon - wszechobecna forma
użytkowa i funkcjonalna, trwała prowizorka, przenośny
barak konsumpcji, ale także ulubione miejsce spędzania
czasu wolnego: przyczepa kempingowa. Zadaniem sztuki wydaje się
być podkreślenie sztuczności unormowanej i zorganizowanej
przestrzeni, w jakiej przyszło nam żyć. Tak pojęta
sztuka jest przede wszystkim sztuką kamuflażu, bo niczym
nie odróżnia się od otaczającego nas świata.
Miasto - podstawowa forma sztucznej organizacji przestrzeni -
wytwarza sztuczne formy przestrzenne i wizualne, które - poprzez
możliwości bezgranicznego powielania - stają się
uniwersalnym kanonem. Bo przecież miejskie centra tak samo
wyglądają w Münster, Warszawie, Nowym Jorku, Kolonii,
Caracas lub w dowolnym śródmieściu naszego uniwersum:
zabetonowane pasaże handlowe z neonowymi reklamami wielkich
sieci fast food (Mc Donalds, Burger King), ze sztucznymi fontannami
i kolorowymi kwiatkami w doniczkach jako namiastka przyrody. Sztuczność
podniesiona do rangi uniwersalnego kanonu wyklucza sztukę,
która - posługując się „uniwersalnymi” formami
i tworzywem codzienności - staje się nierozpoznawalna.
Ale rozpoznawalna i „konwencjonalna” sztuka też nie ma specjalnych
szans na zaistnienie w zabudowanej przestrzeni miejskiej: bo nawet
dwudziesto tonowa metalowa rzeźba Eduardo Chillida Klatka
wolności, ustawiona przed wejściem do Landesmuseum,
została stłamszona i przytłoczona bryłą
tego budynku.
Oczekiwania
pod znakiem zapytania
Mimo
tych niewesołych w końcu refleksji a może właśnie
dzięki nim, wystawę Skulptur. Projekte. Münster 1997
należy ocenić jako najważniejsze wydarzenie artystycznego
lata 1997 roku w Niemczech. Zwiedzanie prac, rozmieszczonych w
przestrzeni miejskiej i rekreacyjnej Münster sprawiało prawdziwą
przyjemność estetyczną i intelektualną. Artyści
traktowali bowiem publiczność jak partnera w subtelnej
grze z rzeczywistością. Cytując i powielając
jej formy, stawiali zarazem pod znakiem zapytania nasze oczekiwania
i zdolności postrzegania. Granice sztuki są płynne,
tak samo jak granice percepcji. Białe przedmioty, pływające
na jeziorku przy promenadzie miejskiej, przypominały do złudzenia
rowery wodne; miały siedzenia, ale pozbawione były pedałów.
To Samotne wyspy Amerykanki Andrei Zittel. Formy - zgodnie
z oczekiwaniem - użytkowe i funkcjonalne, pozbawione zostały
przez artystkę tych atrybutów, stając się przez
to po prostu estetycznymi bryłami, nostalgicznymi samotnymi
wysepkami w ograniczonej przestrzeni sztucznego akwenu. W parku
nad jeziorem Aasee wznosił się maszt telewizyjny. Było
to dzieło Ilyi Kabakova, zaklęty w banalną przemysłową
formę, zawieszony między niebem a ziemią wiersz:
Mój kochany! Leżysz głową na trawie, wokół
Ciebie żywej duszy, słyszysz tylko wiatr i spoglądasz
do góry na otwarte modre niebo, tam gdzie chmurki przeciągają
- to może najpiękniejsze, co w życiu uczyniłeś
i widziałeś. Stalowe litery promieniowały takim
ciepłem, że nawet niesłowiańska dusza się
wzruszała i naturę kontemplowała!
Urządzenia
do suszenia i pomnik zniszczenia
Inna
dusza, a raczej duch Marcela Duchampa, unosiła się także
nad Münster. Nad idyllicznym potoczkiem, wpadającym do sztucznego
jeziorka przy promenadzie, Austriak Franz West ustawił Etiudę
kolorów - pisuar w kolorach (żółtym, zielonym, czerwonym,
fioletowym, niebieskim, brązowym) nawiązujących
do pobliskiego placu zabaw dla dzieci. Monotonny szmerek wody
sprzyja - jak wiadomo - czynnościom fizjologicznym. Sycić
się przy tym można było widokiem innego dzieła
Westa - różowej Bulwy, która - jak monstrualne jajo
- wznosiła się na przeciwległym brzegu. Do Urządzenia
do suszenia butelek francuskiego szachisty, wynalazcy ready
made, nawiązywała również rzeźba Sto rąk
bogini Guan-yin Chińczyka Huanga Yonga Pinga, do której
inspiracją była figura Chrystusa ze spalonymi podczas
ostatniej wojny rękami, znajdująca się w kościele
Świętego Lutgeri: münsterańska inkarnacja dalekowschodniego
bóstwa.
Obok
okrągłego pomnika z piaskowca z 1909 roku na cześć
trzech wojen, wygranych przez Prusy w 19 wieku, zamieszkały
w USA Niemiec Hans Haacke ustawił drewniany okrąglak,
otoczony na górze drutem kolczastym. W środku obracała
się jarmarczna karuzela, grająca zniekształcony
hymn Niemiec Deutschlandlied. Wydawało się, jakby
figury z pomnika niemieckiego militaryzmu czekały na następny
obrót zniszczenia. Kiedy Sławomir Mrożek określał
sztukę jako dziecinną chorobę ludzkości,
tłumaczył Hans Haacke swoje dzieło, musiał
przez jedną szczęśliwą chwilę chyba zapomnieć
o wojnach.
Metro
z rury i łono wirtualnej Wenery
Dźwięki
wydobywały się również z rury metalowego urządzenia
zmarłego przedwcześnie Martina Kippenbergera Metro-Sieć.
Podziemie. Wokół całego świata, które ustawione
było na trawniku przy promenadzie. Podobne urządzenie
tego samego artysty znajdowało się na documenta X
w Kassel. A ponieważ ani w Münster ani w Kassel nie ma metra,
było to symbolem sieci komunikacyjnej, łączącej
naszą globalną przestrzeń. Stąd już dosłownie
tylko jeden krok do sztuki wirtualnej. Jej przedstawicielem w
Münster był 70-letni Francuz Paul-Armand Gette, który pokrył
śródmieście ramionami wymyślonego trójkąta,
czyli Znakiem Afrodyty. Ale francuski artysta pomyślał
również i o tych, których natura pozbawiła wyobraźni.
Na tyłach zamku, przed wejściem do Ogrodu Botanicznego,
przygotował dla nich Wzgórek łonowy z tabliczek,
stosowanych do klasyfikacji drzew i roślin w ogrodach botanicznych
właśnie, czyniąc tym aluzję do swojej wirtualnej
rzeźby.
Nowe
pozycje wzbogacają tradycję
Wystawa
Skulptur. Projekte. Münster 1997 już po raz trzeci
odbywała się w stolicy Westfalii. Jest to zasługą
urodzonego w Münster Kaspara Königa, którego los i miłość
do sztuki zaprowadziły do Frankfurtu nad Menem, gdzie prowadzi
najmniejszą akademię sztuki, renomowaną Staedelschule.
Dwie pierwsze edycje Rzeźby, która zeszła z cokołów
na ziemię, odbyły się w Münster w 1977 i 1987 r.
O lokalizacji tej - dziś już - cyklicznej imprezy, zadecydował
przede wszystkim lokalny patriotyzm jej kuratora, sprzyjająca
atmosfera 260-tysięcznego ośrodka uniwersyteckiego (60
tysięcy jego mieszkańców stanowią studenci) oraz
kształt, charakterystyczny dla powojennego miasta w tej części
Europy. Münster, w którym w 1647 roku podpisano Pokój Westfalski
kończący wojnę trzydziestoletnią i który zwycięsko
rozprawił się z reformację (do dziś trzy klatki
na wieży katedry, w których zamykano heretyków, wysmarowawszy
ich uprzednio miodem i wypuściwszy na nich rój pszczół,
przypominają o tym, jaka kara czeka odstępców od prawdziwej,
czyli katolickiej wiary), został w czasie ostatniej wojny
prawie doszczętnie, bo w dziewięćdziesięciu
procentach, zniszczony. Wprawdzie pieczołowicie odbudowano
tu świadectwa historycznej świetności, barokowy
zamek, pałace miejskie, okazałe kamienice patrycjuszy
na Prinzipalmarkt, zniszczoną katedrę i kościoły,
ale śródmieście, czyli centrum handlowo-spacerowe, wzniesiono
w stylu, typowym dla powojennej urbanistyki. Było więc
idealnym, wręcz modelowym miejscem do określenia pozycji
i możliwości rzeźby w przestrzeni miejskiej, czyli
publicznej.
Wszyscy
zadowoleni z projektu w przestrzeni
Dziś
do Münster, miasta średniej wielkości nieopodal granicy
z Holandią, przyjeżdżają artyści, uznani
za koryfeuszy sztuki światowej. I mimo że kryteria funkcjonowania
i oceny dzieła sztuki są ( bo zawsze były) dyskusyjne,
to nie ulega wątpliwości, że punktem odniesienia
tych dzieł jest właśnie Münster, bo z myślą
o nim i dla niego są one co dziesięć lat tworzone.
Ta akcja jest zarazem ulotna i trwała: czasowo ograniczona
do 99 dni, na trwałe zmienia pejzaż i image miasta.
Münster - przez wiele lat symbol konserwatywnego katolickiego
prowincjonalizmu, kojarzony jest obecnie z miastem, sprzyjającym
najbardziej nawet odlotowym manifestacjom sztuki. Ostatnia rzeźbiarska
impreza kosztowała wprawdzie sześć milionów DM,
na które po równo złożyły się władze
miasta, land Północnej Nadrenii-Westfalii i sponsorzy prywatni
(przede wszystkim Deutsche Bank), cóż to wobec dziesiątków
tysięcy turystów, zwiedzających plenerową wystawę,
setek artykułów w gazetach, audycji radiowych i telewizyjnych
nie tylko w Niemczech, oraz konsumentów kultury, którzy z przestrzenną
ekspozycją mogli zapoznać się także w internecie.
A
ponieważ współczesny artysta-rzeźbiarz jest przede
wszystkim autorem koncepcji, w realizację jego projektu zaangażowane
są liczne przedsiębiorstwa z terenu miasta: biura inżynieryjne,
firmy budowlane i transportowe, architekci terenów zielonych.
Po każdej edycji Rzeźby w Münster pozostaje tu
też coś na zawsze: jak na przykład trzy monumentalne
betonowe Kule bilardowe Claesa Oldenburga, które od dwudziestu
lat trwają na nabrzeżu jeziora Aasee i są ulubionym
miejsce spotkań zakochanych i bezdomnych; jak Czerwony
pies Keitha Haringa, markujący od dziesięciu lat
teren byłego ogrodu zoologicznego, który w latach sześćdziesiątych
„poległ” pod budynkiem banku, czy też rzeźba Eduarda
Chillidy Tolerancja poprzez dialog, upamiętniająca
Pokój Westfalski.
Trzecia
edycja Skulptur. Projekte w Münster odbywała się
równolegle do jublileuszowej dziesiątej documenta
w Kassel i dlatego też prace niektórych artystów (Zittel,
Graham, Craig, West, Kippenberger, Haacke) można było
oglądać w obu miejscach. I o ile w Kassel utonęły
one w przeładowanych salach wystawowych, a przede wszystkim
w koncepcji kuratorki Catherine David (jakość sztuki
nie stanowi kryterium wyboru, tak że ze sztuki ostała
się tylko sztuka dyskursu, czyli gadające głowy),
o tyle ich projekty, zrealizowane dla przestrzeni publicznej w
Münster, broniły się same. Czyżby miejscem dzisiejszej
sztuki nie jest już tylko muzeum?
O
Skulptur. Projekte. Münster 1997 Kaspar König powiedział:
Mamy nadzieję, że artystom naprawdę opłacało
się zaangażowanie całej energii w nasz plener.
I mamy nadzieję, że zwiedzający i Münsterańczycy,
którzy tamtędy rano szli do a wieczorem wracali z pracy,
znaleźli w tych rzeźbach coś bardzo osobistego
- przeżycie estetyczne, które ich poruszło i stało
się dla nich ważne. Sztuce w przestrzeni publicznej
niepotrzebne są wielkie słowa.
Tekst © Urszula Usakowska-Wolff,
1997
Skulptur.
Projekte in Münster 97
22.06.
– 28.09.1997
Westfälisches
Landesmuseum für Kunst und Kulturgeschichte
Domplatz
10
D-48143
Münster
Kurator
Kaspar König
Z
okazji pleneru w wydawnictwie Hatje Verlag ukazał się
katalog
w
niemieckiej i angieleskiej wersji językowej,
o
objętości 550 str., cena 48 DM.