Cudowne przetrwanie 

O Władysławie Szpilmanie przeczytać można w wydanej w 1994 roku przez Wydawnictwo Naukowe PWN „Encyklopedii Warszawy”: „Urodzony 5 grudnia 1911 roku w Sosnowcu kompozytor i pianista; studiował m.in. w PWSM w Warszawie; 1935-63 (z przerwą podczas okupacji) pracownik Polskiego Radia w Warszawie, początkowo pianista, po 1945 roku zastępca redaktora naczelnego działu muzycznego; 1944-45 jeden z Robinsonów warszawskich; jako solista i kameralista występował w kraju i za granicą; 1962 założył z Bronisławem Gimplem Kwintet Warszawski; od 1968 roku jego dyrektor; skomponował m.in. Koncert Sprzypcowy (1931), Miniatury Fortepianowe (1935), Concertino na fortepian i orkiestrę symfoniczną (1968), ok. 450 piosenek (m.in. Czerwony autobus, Pójdę na Stare Miasto, Piosenka Mariensztacka, Jak młode Stare Miasto, Warszawskie latarnie), muzykę do filmów Wrzos (1937), Dr Murek (1939), wiele piosenek i ilustracji muzycznych do słuchowisk radiowych dla dzieci”.

O piosenkach Władysława Szpilmana, które towarzyszyły odbudowie stolicy skazanej przez gorliwych wykonawców woli Führera na nieistnienie, pamiętają nie tylko przedstawiciele pokoleń, wznoszących powojenną Warszawę z gruzów oraz radujących się na widok czerwonych autobusów, które po ulicach ich miasta mknęły. Wojenne losy kompozytora popularnych melodii, czyli owa „okupacyjna przerwa” w życiu „pracownika Polskiego Radia”,  nie stały się przedmiotem publicznego zainteresowania. Wspomnienia Władysława Szpilmana ukazały się już wprawdzie w 1946 roku - pod tytułem „Śmierć miasta” - nakładem Spółdzielni Wydawniczej w Warszawie, ale szybko zostały wycofane z obiegu i poszły w zapomnienie, bo od tamtej pory nigdy nie zostały w Polsce wznowione. Fragmenty tej książki zamieszczone zostały w antologii „Hiob 1943. Requiem dla Getta Warszawskiego”, która – w tłumaczeniu wybitnej popularyzatorki literatury polskiej, Karin Wolff, wydana została w Neukirchener Verlag w 1983 roku. Również i dzięki jej staraniom wojenne losy polskiego kompozytora mogli poznać także współcześni niemieccy czytelnicy: w 1998 roku wydawnictwo Econ opublikowało książkę Władysława Szpilmana, nadając jej tytuł „Cudowne przetrwanie”, który wprawdzie odbiega od oryginału, ale w pełni oddaje treść „warszawskich wspomnień”. Są one obecnie dostępne w Niemczech również i jako wydanie kieszonkowe.

 
Wladyslaw Dzpilman: Das wunderbare Überleben. Warschauer Erinnerungen
 

„Warszawskie wspomnienia” Władysława Szpilmana rozpoczynają się 31 sierpnia 1939 roku, kiedy to, jak pisze autor, już tylko niepoprawni optymiści oddawali się złudzeniu, że Hitler w ostatniej chwili przestraszy się zdecydowanej postawy Polski i odstąpi od wojennych planów. Podczas oblężenia Warszawy młody kompozytor i pianista nadal pracował w Polskim Radio, zaś 23 września grał tam recital Chopina – pół godziny po zakończeniu transmisji gmach rozgłośni został zbombardowany. W połowie listopada 1940 roku pół miliona ludzi, wśród nich sześcioosobowa rodzina Szpilmanów, stłoczonych zostało w getcie, nazwanym przez Niemców eufemistycznie „żydowską dzielnicą mieszkaniową”. Życie w owym zagrożonym mrowisku, nieprawdopodobną ciasnotę i nędzę, wszechobecną śmierć z głodu, na skutek epidemii tyfusu, a także od kul i razów SS-manów i ich ukraińskich, łotewskich i litewskich pomocników, serwilizm i nadgorliwość żydowskich policjantów, korupcję niemieckich urzędników, cynizm polskich szmalcowników, którzy po skasowaniu okupu wydawali ocalonych w ręce niemieckich oprawców, uczty gettowych bogaczy, którzy w strumieniach szampana starali się ogłuszyć strach, czyli postawy ludzi w sytuacjach ekstremalnych, kreśli Szpilman niezwykle chłodno i rzeczowo, bez sentymentalizmu i pobłażania. Oddaje też sprawiedliwość ludziom, którzy w czasach największej pogardy starali się ocalić człowieczeństwo, jak Jehuda Zyskind, dozorca na ul. Miłej, przemycający tajne gazetki do getta. Jego niezachwiana wiara w nieuchronny koniec wojny pozwalała innym przetrwać chwile największego zwątpienia. W zimie 1942 roku ten idealistyczny socjalista został nakryty podczas sortowania tajnych materiałów, i na miejscu wraz z całą rodziną, łącznie z trzyletnim synkiem Symchą, rozstrzelany.

Ponieważ wszystko, co się dało spienieżyć, wraz z najcenniejszym sprzętem domowym, fortepianem, zostało sprzedane, Władysław Szpilman musiał zacząć pracować; był jedynym żywicielem swojej rodziny. Wojenną karierę pianisty rozpoczął w kawiarni „Nowoczesna”, która leżała w sercu getta, na Nowolipkach. Po czterech miesiącach przeniósł się do „Sztuki” na Lesznie. To był największy lokal w getcie i miał różnorodne ambicje. W sali koncertowej odbywały się występy artystyczne, tam śpiewła m.in. Maria Eisenstadt, która cieszyłaby się dziś sławą wśród milionów ludzi ze względu na  cudowny głos, gdyby Niemcy jej później nie zamordowali. Tam występowałem w duecie fortepianowym z Andrzejem Goldfederem i tam odniosłem wielki sukces dzięki mojej parafrazie walca „Casanova” Ludomira Różyckiego z tekstem Władysława Szlengla”. 25 lipca 1942 roku w „Sztuce” miał się odbyć jubileuszowy koncert, z okazji rocznej współpracy fortepianowego duetu. Trzy dni przed planowanym koncertem Niemcy rozpoczęli „Wielką Akcję”, w trakcie której ponad trzysta tysięcy ludzi zostało „wysiedlonych”, czyli w bydlęcych wagonach deportowanych do Treblinki i tam zgładzonych. 16 sierpnia 1942 roku rodzina Szpilmanów została zapędzona na Umschlagplatz i wepchnięta do transportu. W ostatniej chwili Władysława Szpilmana, wbrew jego woli, z wagonu wyciągnął żydowski policjant. W połowie lutego 1943 roku pianista przedostał się na „aryjską stronę” i do połowy listopada 1944 roku ukrywał się w różnych mieszkaniach warszawskich przyjaciół na Mokotowie, którzy pomagali mu często z narażeniem własnego życia. Po stłumieniu Powstania Warszawskiego dom, w którym znalazł schronienie, został spalony. W jego ruinach wiódł życie „Robinsona Warszawskiego”. W stanie krańcowego wycieńczenia z głodu, zimna i samotności, wyruszył na poszukiwanie jedzenia i wszedł do jedynego niezniszczonego budynku na Alei Niepodległości 223. Trafiłem do kuchni a stamtąd do spiżarni. Były tam liczne puszki i jakieś woreczki i torebki, których zawartość musiała zostać dokładnie sprawdzona. Rozwiązywałem sznurki, podnosiłem wieczka. Byłem tak zajęty tymi poszukiwaniami, że jego głos usłyszałem dopiero wtedy, kiedy tuż za mną powiedział: „Czego pan tu szuka?”  Oparty o szafę kuchenną stał wysoki, elegancki niemiecki oficer (...). „Czego pan tu szuka?”, powtórzył. „Czy nie wie pan, że w tej chwili do tego domu wprowadza się sztab Festungskommando Warschau?”

Władysław Szpilman był przeświadczony, że to ostatnie chwile jego życia, ale niemiecki oficer, po zapytaniu kim jego rozmówca jest z zawodu, poprosił go o zagranie na fortepianie, który znajdował się w sąsiednim pokoju. Pianista zagrał więc, po dwu i półrocznej przerwie sztywnymi, pokrytymi grubą warstwą brudu palcami Nocturne Cis Moll Fryderyka Chopina. Oficer, który nie chciał ujawnić swojego nazwiska, zaprowadził go do kryjówki na poddaszu, gdzie Szpilman, dosłownie nad głowami Niemców ze sztabu, przetrwał do wyzwolenia Warszawy. Swojego wybawcę zobaczył ostatni raz 12 grudnia 1944 roku, kiedy przyniósł mu on duży zapas chleba i ciepłą kołdrę. Po wojnie Władysław Szpilman starał się odnaleźć Niemca, który ocalił mu życie.  Dopiero pod koniec 1950 roku od innego uratowanego przez niego Żyda, poznał nazwisko oficera. Był nim kapitan Wilm Hosenfeld, który w czasie wojny  zarządzał terenami sportowymi w Warszawie, i który uchronił licznych Polaków i Żydów przed śmiercią. W styczniu 1945 roku dostał się on do sowieckiej niewoli i skazany został – jako przestępca wojenny - na 25 lat ciężkich robót. Mimo interwencji Władysława Szpilmana i innych osób ocalonych przez Hosenfelda, nie udało się uwolnić i ocalić niemieckiego oficera. W wieku 57 lat zmarł on w obozie dla jeńców wojennych w Stalingradzie.

Spisane tuż po „cudownym przetrwaniu” wspomnienia Władysława Szpilmana są dokumentem niezwykłym, nawet na tle bogatej dziś literatury z czasów Holocaustu. Są one bowiem relacją „na gorąco”, przelanymi na papier traumatycznymi przeżyciami, bez których dalsze, normalne życie człowieka, który stracił najbliższych, przyjaciół i znajomych, byłoby niemożliwe. Są pomnikiem jego rodziny bez grobu, nad którym mógłbym pomodlić się o ich dusze. Dopominają się o prawo do indywidualnego bytu dla ludzi, których nazwiska także skazane zostały na zagładę; oraz nazywają po imieniu tych, którzy, aby ratować własne życie, wysługiwali się oprawcom. Ale tak naprawdę nie oskarżają nikogo, bo nawet w najbardziej humanitarnych czasach trudno jest realizować szczytne ideały, co dopiero w czasach pogardy, absolutnego bezprawia i bezbronności. Trudno się dziwić, że ten rzeczowy, chwilami bezlitosny opis gettowej rzeczywistości, nie spotkał się z uznaniem władz, które kładły podwaliny pod budowę Polski nazwanej „Ludową” i oczekiwały biało-czarnych opisów wojny, czyli bohaterskich zmagań dobra ze złem. A jeżeli dobro w końcu zatriumfowało, to pochodziło ono ze złej strony: dlatego też w ocenzurowanej, wydanej w 1946 roku wersji „Śmierci miasta” Władysław Szpilman musiał zmienić swojego niemieckiego wybawcę na Austriaka. Wówczas jeden dobry Niemiec mógł być tylko Austriakiem, choć to właśnie jeden zły Austriak  tamtą wojnę wywołał.

Okupacyjne przeżycia Władysława Szpilmana ocalił od zapomnienia jego mieszkający w Hamburgu syn Andrzej, który książkę ojca przygotował do druku i dołączył do niej wyjątki z pamiętnika kapitana Wilma Hosenfelda. „Cudowne przeżycie” opatrzone jest także niezwykle emocjonalnym posłowiem Wolfganga Biermanna, w którym ten znany, pozbawiony w 1976 roku obywatelstwa NRD poeta i piosenkarz (jego ojciec zamordowany został w 1943 roku w Auschwitz), rozprawia się z mitem, że Żydzi szli bez oporu na rzeź; przypomina, że istniało niemało - bo około czterystu tysięcy Polaków, którzy z narażeniem własnego życia ratowali Żydów, kreśli także postać zaangażowanego katolika Hosenfelda i przypomina losy ocalonych przez niego ludzi.

Dzięki staraniom Andrzeja Szpilmana na rynku niemieckim dostępna jest również płyta kompaktowa „Władysław Szpilman - muzyczny portret” z dziełami kompozytora i jego interpretacjami muzyki Rachmanionowa i Chopina. Bo o ile Władysław Szpilman znany jest w Polsce głównie jako autor popularnych piosenek, o tyle działalność kompozytora muzyki poważnej i pianisty, który z „Kwintetem Warszawskim” występował w czołowych salach koncertowych świata, nie została do tej pory zapisana na żadnej płycie. To, i fakt że jego wojenne wspomnienia ukazały się akurat w Niemczech, będzie być może dla prawych ludzi w Polsce ozdrowieńczą nauką i pobudzi ich do spróbowania tego samego we własnym kraju, napisał Andrzej Szpilman we wstępie do „Cudownego przetrwania”.

Urszula Usakowska-Wolff

Tygiel Kultury Nr 10 - 12/2000

do strony glównej
do tekstu o spotkaniach literackich w Schwalenbergu, 1999