KŁAMSTWA I CUDA MALARSTWA
W
latach sześćdziesiątych Niemców Zachodnich, pogrążonych
w beztroskiej konsumpcji cudu gospodarczego, z błogostanu
wyrywali artyści, wyprowadzając sztukę na ulicę,
z dostojnych świątyń muz. Wystawa w nieczynnym
sklepie mięsnym, gdzie na hakach - zamiast żeberek,
pasztetówki i wędzonych szynek wisiały obrazy trzech
czerwonych skarpetek, pralinek, batonika z różowym kremem
bądź mężczyzny, pożerającego niekończący
się sznur parówek, wywołała - zgodnie z oczekiwaniem,
słuszne oburzenie prasy. Na tej demonstracyjnej
wystawie, która w 1963 roku odbyła się w opustoszałej
jatce w Düsseldorfie, proklamowano nowy kierunek sztuki: "realizm
kapitalistyczny". Jednym
z jego głównych orędowników był Sigmar Polke,
student Akademii Sztuk Pięknych w Düsseldorfie. Rodzina
urodzonego w 1941 roku w Oels (Oleśnicy) na Dolnym Śląsku
Sigmara uciekła po wojnie do Turyngii, aby następnie
w 1953 roku przenieść się do zachodnich Niemiec.
W dzieciństwie przyszły artysta zaznał więc
dobrodziejstwa władzy ludowej i doświadczył -
mniej lub bardziej świadomie - szczytowego punktu kampanii
na rzecz "socrealizmu" w NRD. Dorastał w atmosferze
małej stabilizacji: po przegranej wojnie, spustoszeniach
i powojennym kryzysie gospodarczym Niemcy zachodni rozkoszowali
się dostatkiem. Jego pierwszym zwiastunem była fala
obżarstwa: pieczone na rożnie kiełbaski,
kurczaki i golonki wyeliminowały ze spisów potraw
placki kartoflane i eintopfy, symbole powojennej biedy. Wieczorami
nad odbudowanymi w jednolitym pudełkowym stylu pasażami
handlowymi wielkich miast migotały kolorowe reklamy. Przemysłowcy
i politycy nosili skrojone na miarę garniutry i nienaganną
biel kołnierzyków, pytania o naganną przeszłość
były nietaktem. Gospodynie domowe pochłaniały
ilustrowane pisma kobiece, które pomagały rozwiązać
każdy problem, gwarantowały wieczną młodość
i harmonijne pożycie małżeńskie.
Nie
pora na prekursora
"Realizm
kapitalistyczny" początkującego malarza Sigmara
Polke odbijał jak w krzywym zwierciadle, konsumpcyjne fascynacje
jego rodaków, miał być też odpowiedzią na
"realizm socjalistyczny" po drugiej stronie muru,
a także ironiczną parafrazą amerykańskiego
Pop Artu, który trywialność świata konsumpcji
podniósł do rangi ikony. Jasne, że nabijanie się
ze społeczeństwa, które z radością spożywało
owoce wypracowanego w pocie czoła cudu gospodarczego, nie
u wszystkich wzbudzało akceptację. Odwaga niektórych
młodych artystów jest bez wątpienia tak godna podziwu
jak i nieprawdopodobna, że - aby zasłużyć
sobie na sławę odkrywców, wystawiają bezkrytycznie
nic nie mówiące dzieła na pokaz. Sigmar Polke należy
do najodważniejszych wśród nich. Jego wystawa, którą
prezentuje w tzw. awangardowej galerii happeningowej René Blocka,
oferuje największy bezsens, jaki kiedykolwiek był
w Berlinie pokazywany: wyścig o pierwszeństwo, zuchwałe
poszukiwanie nowego okazują się conajmniej śmieszne
i Sigmar Polke, który traktuje siebie jako prekursora przyszłych
kierunków sztuki, obnażył się w swojej kolekcji
obrazów jako olbrzym, którym chętnie chciałby być.
Artysta z Düsseldorfu zdaje się nie dowierzać technice
i maluje formalistycznie ręką: pod płaszczykiem
modernisty kryje się skrajny konserwatysta. Taką
recenzję wystawy Sigmara Polke, jakby rodem z organu SED
"Neues Deutschland" można było przeczytać
2 czerwca 1966 roku w zachodnioberlińskim "Kurierze."
O gazecie, która już dawno wyzionęła ducha, nikt
dziś nie pamięta. Natomiast Polke jest jednym z niekwestionowanych
olbrzymów sztuki niemieckiej.
Mimo
bycia w cieniu sprzyja zachwyceniu
Świadczyła
o tym wystawa "Trzy kłamstwa malarstwa", prezentowana
w drugim kwartale 1997 roku w Bundeskunsthalle (Federalnym Salonie
Sztuki) w Bonn, którą do połowy lutego 1998 roku oglądać
można było na Dworcu Hamburskim w Berlinie. "Trzy
kłamstwa malarstwa" krytycy, zrzeszeni w niemieckim
oddziale międzynarodowego zrzeszenia krytyków sztuki AICA,
uznali za najlepszą wystawę roku 1997. Sigmar Polke
to zjawisko niezwykłe w sztuce niemieckiej. Jest on z dala
od ciężkiego ekspresjonizmu, patosu i pompatycznego
gestu malarskiego. To istny Dyl Sowizdrzał niemieckiego
malarstwa, i dlatego trzeba go otaczać szczególną
opieką, powiedział Eckhart Gillen, kurator wystawy
"Obrazy Niemiec - sztuka z podzielonego kraju"
w muzeum Martin-Gropius-Bau w Berlinie, której krytycy niemieccy
przyznali drugie miejsce, przed międzynarodowym plenerem
rzeźby w Münster i documenta X w Kassel. Polke jest
nie do uchwycenia! Te słowa profesora Laszlo Glozera
najlepiej chyba oddają twórczość i osobowość
artysty, który mimo licznych nagród i wyróżnień (min.
Złotego Lwa na Biennale Sztuki w Wenecji w 1986 roku),
we własnym kraju nigdy nie był zbytnio rozpieszczany.
Mieszkający w Kolonii Polke uchodzi za dziwaka, bo czyż
w dzisiejszych narcystycznych czasach na dziwactwo nie zakrawa
unikanie popularności i publicznych występów, nie
odbieranie telefonów i nie reagowanie na dzwonki do drzwi, jeżeli
przeszkadza to w pracy? Artysta, który w latach sześćdziesiątych
na znak protestu przeciwko sztywności i snobizmowi oficjalnych
pokazów sztuki, organizował wystawy swoich obrazów w sklepach
meblowych, określał documenta w Kassel jako targi
mebli, odmawiając wielokrotnie wzięcia w niej
udziału, zaś zaproszenia do uczestnictwa w jubileuszowej
documenta X, którymi bombardowała go pani Catherine David,
po prostu zignorował. Na akcję francuskiej kuratorki,
która nalepkami z oficjalnym logo d X wykleiła jego skrzynkę
na listy, Polke zareagował lodowatym milczeniem.
Radości
kompleksowej świadomości
Więcej
szczęścia miał Martin Hentschel, dyrektor würtemberskiego
towarzystwa przyjaciół sztuki w Stuttgarcie, który namówił
nieuchwytnego artystę do bońsko-berlińskiej retrospektywy.
Może dlatego, że jako autor najobszerniejszej pracy
doktorskiej o tym malarzu, jest najlepszym znawcą artysty,
którego twórczość charakteryzuje się niewyczerpanym
bogactwem idei, kompleksową świadomością
historii sztuki i własnej historyczności jako
człowieka i artysty, radością eksperymentowania
i świetnym rzemiosłem. Dlatego należy
on do najważniejszych przedstawicieli aktualnej sceny
artystycznej. Martin Henschel przez dwa lata - z wytrwałością
i uporem detektywa - poszukiwał prac Sigmara Polke w zbiorach
prywatnych w Niemczech, Szwajcarii i Stanach Zjednoczonych.
Odnalazł wiele prac, całe grupy robocze, które w tej
objętości - ponad 200 obrazów - po raz pierwszy pokazanych
zostało publiczności. Należy do nich tryptyk
"Witryna" z 1966 roku, na którego środkowej części
artysta delikatną różową linią naszkicował
kontury dwóch flamingów, wyjaśniając na jednej z bocznych
tablic wersalikami: Stałem przed płótnem i chciałem
namalować bukiet kwiatów. Wtedy od wyższych istot
otrzymałem rozkaz: żadnego bukietu! Malować flamingi!
Najpierw chciałem dalej malować jak gdyby nigdy nic.
Ale potem zorientowałem się, że one traktują
to poważnie. Innym razem wyższe istoty
nakazały malarzowi zamalować prawy górny róg na
czarno, co też niezwłocznie uczynił na białym
płótnie z 1967 roku.
Ziemniaki
twórczości znaki
Z
połowy lat sześćdziesiątych pochodzą
również "Głowy kartoflane", ironiczny,
podwójny portret przywódców wielkich mocarstw: Mao i Johnsona.
Ulubionej potrawie Niemców poświęcił ponadto
"Piramidę kartoflaną", drewnianą konstrukcję,
nawiązującą do egipskich grobowców, na którą
nadziane są prawdziwe bulwy. Jeżeli istnieje coś,
co odnosi się do wszystkich elementów, które powinny charakteryzować
artystę: jak innowacyjność, kreatywność,
spontaniczność, wydajność, twórczość
samą z siebie, to jest to kartofel, pisał w filozoficzno-ironicznym
traktacie o swojej grupie zawodowej. Jak on, leżąc
w ciemnej piwnicy zaczyna zupełnie spontanicznie kiełkować,
w bezgranicznej kreatywności odnawia się o coraz to
o nowe kiełki, chowa się cały za swoim dziełem,
już wkrótce znika za swoimi pędami, tworząc najcudowniejsze
formy! I co za kolory! Ten prawie drżący zmarznięty
fiolet czubków kiełków, ta bezprzestrzennie wyblakła
biel pędów, migocąca niekiedy ziemiście bolesną
zielenią, a potem bezczasowo matczyny pomarszczony brąz
samo pochłaniającej się bulwy. To wszystko, co
publiczność zawsze obiecuje sobie po artyście
i czemu on nie jest w stanie sprostać - w kartoflu znajduje
się w nadmiernym bogactwie.
Marzenie
o muzealnej twórczości jest pianą publiczności
Rolę,
natchnienie i przesłanie artysty Polke traktuje więc
z ironicznym dystansem, który odnieść można również
i do karkołomnych, naciąganych interpretacji krytyków.
Pozorna lekkość jego kolorowych malowideł i podejście
do sztuki z przymrużeniem oka sprawia, że zwiedzanie
wystawy w przeszklonych wnętrzach przebudowanego na muzeum
Dworca Hamburskiego było zmysłową i intelektualną
przygodą, bo poprzez samą obecność tych
obrazów chłodne muzealne sale zaczynały emanować
ciepłem, zaś nawet i monumentalne płótna zdawały
się wisieć i wirować w powietrzu. Zresztą
płótno jest tu raczej określeniem umownym, gdyż
Polke od dawna eksperymentuje z materiałem i farbami, odciska
stemple z tworzywa sztucznego na wielkich płachtach poliestru,
co sprawia, że jego obrazy są przeźroczyste,
połyskliwe, dwustronne. Jest to z pewnością wynikiem
tego, że karierę artysty Polke rozpoczynał od
nauki malarstwa na szkle, co najwyraźniej dostrzec można
w cyklu "Laterna magica" i we "Wstęgach
Dürera", gdzie błyszczące i obustronnie zamalowane
płaszczyzny z poliestru do złudzenia przypominają
szklane i lustrzane tafle. Ulubionym tworzywem jego sztuki są
ponadto tkaniny: ubraniowe, zasłonowe, meblowe, włochate
koce i sztuczne futra, na których zaznacza kontury twarzy i
piersi pięknej kobiety z popularnego pisma "Frau im
Spiegel" (Kobieta w lustrze), nadając obrazowi z 1966
r. tytuł tego tygodnika. Na dywaniku z różowego syntetycznego
włosia szkicuje twarz amerykańskiego amanta, rodem
z fabryki snów w Hollywood, pokrywając rogi, fragment twarzy
i górną część obrazu wzorami, przypominającymi
prace abstrakcyjnego amerykańskiego ekspresjonisty Jacksona
Pollocka. Tytuł "Remingtona marzenie o muzealnej twórczości
jest pianą publiczności” sugeruje, że również
i na publiczność, która pod koniec lat siedemdziesiątych
odkryła prestiżowy charakter i dyskretny urok wielkich
wystaw modnych artystów i kierunków sztuki, spogląda z
pewna rezerwą. Tkaniny, które Polke eksponuje w swoich
pracach, są swoistą dokumentacją rozwoju Republiki
Federalnej. Materiały są symbolem materializmu
a zarazem przelotności historii powojennych Niemiec zachodnich,
wynikającej z dyktatu mody: ubiory z minionego sezonu w
następnym roku trzeba obowiązkowo zastąpić
nowymi. W swoich ostatnich pracach Polke coraz częściej
wykorzystuje całe części gaderoby, jak na przykład
w obrazie "Mercedes", gdzie pod kraciastą flanelową
koszulą umieszcza bordurę z gwiazd - symboli tej ekskluzywnej
marki samochodowej. Przesłanie, płynące z tej
pracy jest jednak ambiwalentne: z jednej strony tania kraciasta
koszula, jako symbol niedostatku, wyklucza posiadanie Mercedesa,
z drugiej strony Mercedes jako symbol pozycji społecznej
i dostatku, zakłada posiadanie dużej ilości czasu
wolnego, czego symbolem może być flanelowa koszula.
Rzeczy
wiedzą jakie są
W
swoich obrazach Polke igra z oczekiwaniami i przyzwyczajeniami
widzów, pod powierzchnią nagle ukazują się warstwy,
niewidoczne na pierwszy rzut oka, jak w cyklu rentgenowskich
zdjęć obrazu Goyi "Starcy", gdzie pod malowidłem
przyczaiła się śmierć. Polke demonstruje
nam, że rzeczy oczywiście są jakie są, ale
równocześnie są inne, gdyż są zawsze wynikiem
dialogu między przedmiotem i odbiorcą, grą między
rozumem i uczuciem, między miejscem i punktem widzenia.
Tylko w tym kontekście rzecz może być jaka jest,
ale ciągle też inna. O słuszności tego
opisu z katalogu berlińskiej wystawy można się
przekonać oglądając obraz "Rzeczy widzą,
jakie są" z 1992 roku. Pod przeźroczystą
tkaniną poliestrową widać drewniane listwy, tworzące
siatkę prostokątów, kwadratów i trójkątów. Prawa
strona obrazu pokryta jest wzorzystym materiałem o wyglądzie
kuchennej tapety, natomiast w poprzek obrazu Polke umieścił
odwrócony napis: Rzeczy widzą jakie są. Nad
nim unoszą się naszkicowane niedbale bryły, których
trójwymiarowość dostrzec można dopiero po pewnym
czasie, gdyż jest ona pochodną innych brył, narysowanych
po drugiej stronie dzieła.
Sposób
patrzenia stale się zmienia
Moje
obrazy, mówi artysta, który
sam je zawieszał na berlińskiej wystawie, stale
się zmieniają, wibrują, ponieważ wszystko
stale się zmienia. Musisz szybko patrzeć. W tym
stwierdzeniu jest jednak pewna przekora, gdyż na obrazy
Sigmara Polke trzeba raczej patrzeć wolno. Ulubionym tworzywem
jego twórczości są oprócz tkanin fotografie prasowe,
których wynikającą z ograniczeń techniki strukturę
rasterową stara się przekładać na malarstwo.
Od początku lat sześćdziesiątych maluje
odrealnione biało-czarne obrazy, pokryte gęstą
siecią czarnych kropek, jak "Berliner", co po
niemiecku oznacza ciastko, zwane u nas pączkiem. Popiersie
kuchcika, które jak aromatyczna mgiełka unosi się
nad ogromnymi pączkami-berlińczykami, to tak naprawdę
przemalowana fotka z branżowego pisma "Kwiat cukiernika."
Do rasterowego nurtu należą również obrazy z
cyklu "Wnętrza", w których naigrywa się
z wystroju nowobogackich mieszkań. Ale Polke nie ogranicza
się do dobrotliwych kpin z Niemców, oczarowanych dobrodziejstwami
konsumpcji. Na "Portrecie rodziców" z 1966 r. raster
pokrywa ich oczy i usta, symbolizując milczenie pokolenia,
które spowodowało i przeżyło wojnę, ale
nie chce i nie potrafi rozliczyć się ze swojej historii.
Uśmiech zamiera na ustach po obejrzeniu "Podwójnych
portretów" z końca lat sześćdziesiątych:
jowialny wyraz twarzy i śnieżna biel kołnierzyków
dwóch dostojnych panów, bossów gospodarczych lub polityków,
nie powinny przesłonić tego, że do niedawna wpięta
w klapy swastyka kierowała ich postępowaniem, za które
po wojnie nie ponieśli żadnej kary.
Złuda
czarnego luda
Z
1982 roku pochodzi obraz "Obóz." Blejtramy o rozmiarach
450 x 250 cm pokryte są szarą podziurawioną tkaniną
i wełnianym kocem, na których Polke umieścił
fragment pasa śmierci między drutami Konzentrationslager
Auschwitz. Malarstwo w "Obozie" nie
jest malarstwem. Jest reprodukcją. Nie można by tego
inaczej namalować. Ja wybrałem narracyjną formę
i obiektywność fotografii jako reproduktywną
tragikę. Do tematyki obozowej Polke powraca również
i w swoich ostatnich pracach, malując "Obóz uchodźców",
czyli tzw. ucieknierów ekonomicznych, którzy swoje biedne kraje
opuszczają w nadziei na lepsze życie. Marzenia kończą
się za drutami, zza których przed deportacją można
z daleka spoglądać na dobrobyt. Z monumentalnych prac
artysty coraz częściej przebija strach, uosabiany
przez "Czarnego luda." W "Ucieczce czarno-czerwono-złotej",
czyli w kolorach narodowej flagi Niemiec, czarna postać
umyka przed rękami, wyciągniętymi w jej kierunku.
Ale jak to zazwyczaj u Sigmara Polke, trzeba się domyślić,
czy ten czarny ktoś ucieka przed Niemcami, a ci go chcą
siłą zatrzymać, czy też ucieka do Niemiec,
które chcą go wygonić, czy też umyka ze strachu
przed potęgą i nietolerancją zjednoczonego kraju.
Aluzją do relacji między Niemcami na wschodzie i zachodzie
jest "Mysz polna i mysz miejska", przy czym nietrudno
wywnioskować, że dobrze odżywiona i elegancko
ubrana mysz miejska uosabia starszych braci federalnych. Uszczypliwym
komentarzem do po zjednoczeniowej sytuacji jest "Wspólne
dzieło Rozwój Wschód" nawiązujące do napisów
na rozbudowywanych przez rząd federalny autostradach. Inny
obraz w narodowych barwach nosi tytuł "Dla trzeciego
stanu pozostają tylko okruszyny", zaś
"Panorama" to lukratywny handel powietrzem,
co czarnymi drukowanymi literkami oznajmiała końcowa
praca berlińskiej wystawy.
Obraz
wolno oglądany spada ze ściany
Retrospektywa
Sigmara Polke nazwana została tytułem jego obrazu
z 1994 roku. Na "Trzy kłamstwa malarstwa" składają
się: złoty pas tkaniny, na której odbite są czerwone
i czarne dłonie, czyli znowu niemieckie barwy narodowe;
podzielone na kawałki drzewo, oraz góra z oddzielonym od
niej, szybującym w powietrzu wierzchołkiem ze wzorkami,
przypominającymi linie papilarne. Ten monumentalny obraz
o wymiarach 300 x 400 cm zwiewną lekkością nawiązuje
do japońskiego drzeworytu. Sztuka jako synteza rękodzieła,
kultury i natury? Odcisk indywidualnego artystycznego palca
na ograniczonej przez geometrię drewnianej siatce przestrzeni?
Uniwersalne treści polane narodowym sosem? A może
właśnie kłamstwa malarstwa są wynikiem dowolności
interpretacji? Na moje obrazy musisz bardzo szybko patrzeć.
Obserwować je. Przy zmiennych obrazach musisz wnieść
w nie siebie, żeby móc z nimi płynąć. Inaczej
wypadniesz z ram. Inaczej obraz spadnie ze ściany”,
wyjaśnia Sigmar Polke.
©
Urszula Usakowska-Wolff
SIGMAR
POLKE -
DIE
DREI LÜGEN DER MALEREI
Nationalgalerie
im Hamurger
Bahnhof Berlin
30.10.1997 - 15.02.1998
Kunst-
und Ausstellungshalle
der
Bundesrepublik Deutschland, Bonn
7.06.
- 12.10.1997
Katalog
SIGMAR
POLKE -
DIE
DREI LÜGEN DER MALEREI
ISBN
3-88609-419-7 (broszura, wydanie muzealne)
ISBN
3-931768-13-9 (twarda okładka, wydanie księgarskie)
|
|