Dynamika
ruchu w duchu metamatyka
Od
maja do października 2000 roku, równolegle do światowej
wystawy EXPO w Hanowerze i jako pendant do oddanego w tym samym
czasie do użytku w Wolfsburgu „Auto-Miasta” Volkswagena:
gigantycznego i gigantomańskiego parku rozrywki, z muzeum
automobili, ze sztucznymi jeziorkami, przeszklonymi wieżami,
załadowanymi nowymi markowymi pojazdami tego koncernu,
sprzedającego już nie tylko swoje techniczne cuda
na czterech kołach, ale także związany z nimi
styl życia i prestiż, położone w centrum
Wolfsburga i wspierane przez Fundację Volkswagena Muzeum
Sztuki pokazało niezwykłą wystawę. Była
to wielka i hałaśliwa, a zarazem cicha i intymna retrospektywa
pod tytułem „L’Esprit de Tinguely”, która pozwalała
na zanurzenie się w fascynującym świecie tego
szwajcarskiego artysty, rzeźbiarza, inżyniera, i przede
wszystkim reżysera i scenografa, tworzącego teatr
pamięci o śmierci, w którym występują staromodne
maszyny, jarmarczne figury, wypchane zwierzęta, koła,
złom i czaszki, przepojone jego esprit - niespokojnym i
ciągle jeszcze żywym duchem. Pięćdziesiąt
rzeźb i ruchomych instalacji, udostępnionych przez
Muzeum Jeana Tinguely w Bazylei, inne europejskie muzea i kolekcjonerów
prywatnych, osiem video-dokumencji wielkich, multimedialnych
i przestrzennych realizacji, pięćdziesiąt zaprojektowanych
przez niego plakatów, ponad osiemdziesiąt listów-kolaży,
które wysyłał do przyjaciół, pozwalało na
zanurzenie się w ruchomym, hałaśliwym, migocącym,
a mimo wszystko tak melancholijnym i przemijalnym świecie
dawnych wesołych miasteczek, jarmarków i odpustów. W świecie
"Syzyfowych maszyn", skazanych w erze efektywności,
funkcjonalności i globalnej produkcji na wykonywanie wciąż
tych samych, bezsensownych i nieproduktywnych ruchów. Ciekawy
i starannie wydany katalog wystawy zawiera również, oprócz
obszernej biało-czarnej i barwnej dokumentacji fotograficznej,
esejów o sztuce Jeana Tinguely oraz wspomnień najbliższych
przyjaciół, jego liczne, osobiste wypowiedzi o tym, jaki
duch wprawia w ruch tę sztukę: Jestem makabrystą.
W pracy posługuję się ludycznymi elementami,
bo nie można dać się zwyciężyć
przez makabryczność. Ludyczny makabryzm, tak, dokładnie
na tym polega moje okrucieństwo... Ludyczny makabryzm lub
makabryczny ludyzm... Ja przy ich pomocy pracuję, czyli
zajmuję się tragedią, zajmuję się strachem,
w pierwszym rzędzie strachem śmiertelnym, dopustem,
jaki śmierć stanowi dla ludzi i potem zamieniam w
burleskę to, co wyrażam. Jeżeli moje maszyny,
przede wszystkim moje ołtarze, nie są włączone,
to są tylko negatywne, smutne, ale kiedy zostają wprawione
w ruch, jest w nich radość, są w nich elementy
zabawy. Jest w nich dowcip i komika. Tragedia traktowana jest
z humorem, wszystkie mają coś śmiesznego - to
wynika ze sposobu, w jaki przytwierdzam szczęki - nie wszystko
jest doskonale wykonane. Ważne dla mnie jest, aby mój śmieszny
sposób wykonywania rzeczy był widoczny.
Wszystko
się kręci
Po
naciśnięciu guzika maszyny Jeana Tinguely zostają
wprawione w ruch: „Deng Xiao Ping” kłapie zwierzęcą
czaszką, kręci się "Papuga", "Miostar
nr 2" wiruje przytwierdzonymi do wiertarki czerwonymi piórami,
trzęsą się karnawałowe maski "Awangardy",
zaś widz, siedzący w plastikowym fotelu przed "Piekłem",
jarmarczną budą pod niebiesko-czerwono-żółtym
cyrkowym dachem, też zostaje wprawiony w ruch: fotel odchyla
się bowiem do tyłu, nogi są już wyżej
od głowy i przez chwilę człowiek obawia się,
czy nie wyląduje na ziemi, czyli dosłownie stanie
na głowie. Ale fotel w ostatniej chwili zatrzymuje się
i w pozycji półleżącej można już przeżywać
"Inferno", masę kręcących się
w tym samym czasie w różnych kierunkach kiczowatych figur,
plastikowych i gipsowych zabawek, zardzewiałych żelaznych
prętów, drewnianych i metalowych kół oraz jak najbardziej
żywych paprotek zaludniających "Piekło",
rozpościerające się na zbitym z prostych desek
podeście. "Piekło", czyli "Mały
początek" to kwintesencja ruchu i ożywionej materii,
nieuchronnie zmierzającej do śmierci. Ruchu i ożywionej
materii, które nie nieruchomieją nawet po śmierci,
bo nawet po śmierci wszystko się kręci: tragikomedia
ludzka, odgrywana przez wprawiane w ruch, kręcące
się "objéts trouvés", przedmioty, znalezione
na wysypiskach śmieci, pchlich targach i w nieczynnych
fabrykach w różnych miejscach świata. A zarazem hołd,
złożony niepotrzebnemu, okaleczonemu, wyrzuconemu,
bezcelowemu, niefunkcjonalnemu przedmiotowi, bo przedmiot jest
podmiotem życia: Mój materiał to bezwartościowy
chłam. Bez ruchu jest niczym. Po wyjęciu silnika można
wszystko wyrzucić. To co śmieszne, niepotrzebne, nieważne,
niepoważne, jest w moich maszynach ważne. Im bardziej
zniszczony materiał, tym większa radość.
Obrazy
bez końca
Malarstwo,
któremu Jean Tinguely poświęcił się na początku
lat pięćdziesiątych, nie sprawiało mu radości.
Przykuty do sztalug w swojej paryskiej pracowni całymi
miesiącami malował bezustannie i wręcz obsesyjnie,
nie potrafiąc ani jednego obrazu doprowadzić do końca.
Malował i malował, nakładając coraz to nowe
warstwy farb na malowany obraz, zdrapując i ponownie zamalowywując
go. Przez stałe przemalowywanie i zdrapywanie obraz się
niszczył - widocznie już wtedy przyszłego kinetyka
podświadomie fascynował zniszczony materiał.
Jego malarstwo zabrnęło w ślepą uliczkę,
bo nie potrafił postawić kropki nad i, czyli wykonać
ostatniego pociągnięcia pędzla. Ponadto nieznośna
wydawała mu się konieczność sprzedaży
obrazów: także rodzaj ich zniszczenia i rodzaj porażki.
Była to jednak przede wszystkim jego osobista porażka,
człowieka czynu, nieprzebranej fantazji i energii, samouka
i anarchisty, zmuszającego się do korzystania z konwencjonalnych,
tradycyjnych i klasycznych środków ekspresji. Jego środkiem
wyrazu nie był więc ruch pędzla na martwym przedmiocie
- obrazie. Jego środkiem wyrazu miało stać się
poruszanie martwych przedmiotów i tworzenie ruchomych obrazów.
Drogowskazem, który pozwolił mu na wyjście ze ślepej
uliczki malarstwa, był amerykański rzeźbiarz,
kinetyk Alexander Calder: On zajmował się ruchem.
I nagle objawił mi się ten porządek i ja poszedłem
tą drogą, ponieważ odkryłem, że ruchem
mogę coś osiągnąć, coś, co się
permanentnie odnawia, ponieważ każdy ruch powoduje
nowy ruch. Większe koło może powodować przyspieszenie
mniejszego koła, zaś mniejsze może spowolniać
większe. Istnieje coś takiego, jak podział możliwości
ruchu... Najpierw jest to powrotem do życia i wyjściem
z bezruchu, przy czym, jeżeli mówię o bezruchu, nie
chcę być złośliwym w stosunku do malarzy.
Abstrakcja
za 5 franków
Jako
złośliwość pod adresem malarzy odebrane
zostały pierwsze ruchome maszyny, cykl tworzących
sztukę robotów-malarzy pod tytułem "Méta-matics",
które Jean Tinguely pokazał w Paryżu pod koniec lat
pięćdziesiątych. Te filigranowe maszynki na trzech
nogach, z rękami w kształcie sierpa, paskiem klinowym
i silnikiem elektrycznym, wprawiały po wrzuceniu monety
kolorowe mazaki w ruch. Zaczynały one poruszać się
w szalonym tempie po pulpicie z papierem. Te maszynki, jak na
przykład "Méta-matic nr 8", zwana też "Méta-Moritz",
potrafiły wykonać nieskończoną ilość
kolorowych, niepowtarzalnych rysunków. Produkowały abstrakcyjną
sztukę, co było nie lada prowokacją w czasach,
kiedy taszyzm we Francji, abstrakcyjny ekspresjonizm w USA i
informel w Niemczech utorowały sobie drogę do serc
i portfeli marszandów i publiczności. W takiej właśnie
sytuacji pojawił się samouk ze Szwajcarii ze swoimi
maszynkami do robienia sztuki i pieniędzy, które pokazywały,
że każdy może stworzyć abstrakcyjne dzieło,
pod warunkiem, że wrzuci 5-frankową monetę! A
maszynki rysowały, bo monety pożerały - jak zwykle
u tego artysty jego "roboty-malarze" miały głębszy
sens: ośmieszały nie tylko modne kierunki sztuki,
obnażały także komercjalizację uznanej sztuki
i jej twórców: Sztuka jest totalna, ponieważ może
być tworzona zarówno z kamienia i oleju, z drzewa i żelaza,
z powietrza i energii, z gwaszy i płótna i sytuacji - z
fantazji i uporu, z nudów, z dziwactwa, ze złości,
z inteligencji, z kleju i druta lub z opozycji lub z kamery.
Przecież piękna rafineria lub most, które powinny
być tylko funkcjonalne, są poważnym wkładem
do nowoczesnej sztuki.
Najpiękniejsze
dzieło samozagłady
Poważnym
wkładem do nowoczesnej sztuki była także akcja
"Hommage to New York", która odbyła się
w 1960 roku na dziedzińcu Museum of Modern Art, twierdzy
klasycznego modernizmu i abstrakcyjnego ekspresjonizmu, położonego
w dzielnicy Manhattan, uosobieniu amerykańskiego stylu
życia, optymistycznej wiary w przyszłość
i dobrodziejstwa postępu technicznego. "Hommage to
New York" była ośmiometrową, filigranową
mega-maszyną, rodzajem gigantycznej "Méta-matic",
skonstruowanej z „woodmetalu”, tworzywa, stosowanego w badaniach
kosmicznych, które topniało w temperaturze 60 stopni Celsjusza.
Składała się ona z różnych przedmiotów,
znalezionych przez Jeana Tinguely na nowojorskich wysypiskach
śmieci: starego pianina, z którego wystawały ręce,
wykonane z ram rowerów i metalowa sztanga, zakończona gąbką.
Po poziomo umocowanej rolce papieru przesuwał się
papier. Po wprawieniu mechanizmu w ruch rowerowe ręce uderzały
w klawisze fortepianu, gąbka malowała na papierze,
papier poruszał się na rolce. We wnętrzu maszyny
znajdowały się różne śmierdzące substancje,
petardy i balon. Maszyna została pomalowana na biało,
żeby mogła być lepiej widoczna w ciemności.
Kiedy wieczorem zaczął padać śnieg, Tinguely
polecił swoim asystentom, pomalowanie śniegu na czarno.
W tej doprawdy efemerycznej atmosferze "Hommage to New
York" rozpoczęła swoje definitywne dzieło,
zmierzając przez pół godziny do autodestrukcji. Samobójcza
maszyna zeszła z tego świata eksplozywnie: w fajerwerku
i huku kolorowych petard, w śmierdzącym i gryzącym
w oczy dymie, jednak - wbrew intencjom jej twórcy i zarazem
mordercy - nie zgładziła się do końca. Pozostały
po niej resztki przedmiotów, które Tinguely zawiózł na
ich rodzime wysypiska śmieci. Tak więc nawet maszyna
nie była w stanie dokonać dzieła definitywnej
samozagłady - dobry omen dla ludzkości, wyposażonej
w broń atomową? Zewnętrznym szczytem bezsensu
- i dla mnie zarazem logicznym krokiem była "Hommage
to New York", która w trwającym trzydzieści minut
procesie sama się zniszczyła. Jest ona równocześnie
moim najpiękniejszym dziełem. Chciałem stworzyć
coś krótkotrwałego, ulotnego jak spadając gwiazda,
i - co szczególnie ważne, trudno dostępnego dla muzeum.
Nie chciałem zostać umuzealniony. Dzieło ma się
na chwilę pojawić, pobudzić ludzi do marzeń
i dyskusji, to wszystko.
Ofiara
konstrukcji destrukcji
Wybuchowy
charakter sztuki Jeana Tinguely zaczął pobudzać
ludzi do dyskusji na początku lat sześćdziesiątych,
nie zawsze z powodów stricte artystycznych. W sierpniu 1961
roku został on zaproszony na uroczystości na cześć
Salvadora Dali do Figueras, rodzinnego miasta wielkiego hiszpańskiego
surrealisty. Na tamtejszej arenie korridy złożył
iście tinguelowski hołd uznanemu artyście, wywołując
eksplozję trzymetrowej figury byka, wypełnionego wnętrznościami,
znanymi z nowojorskiej autodestrukcji. Dali nie chciał
lub nie potrafił zrozumieć wybuchowej sztuki: jako
człowiek był mistrzem samo kreacji, zaś rzeźbiarstwo
traktował - mimo ruchomych szufladek swoich rzeźb
- jak najbardziej statycznie. Na jesieni 1961 roku Tinguely
zaproszony został do udziału w wystawie "Ruch
w sztuce" do parku Louisiana Museum w Humlebćk niedaleko
Kopenhagi. Przeprowadził tam akcję w stylu barokowych
fajerwerków, budując "Monstrualną-Rzeźbę-Autodestrukcyjną-Dynamiczną
i Agresywną", będącą "Studium
końca świata." Było to pirotechniczne widowisko
w siedmiu aktach o alegorycznych tytułach, jak na przykład
"Samotność i parodia", "Ironia i romantyka",
"Moździerz i nastrój zagłady." W reżyserowanym
przez pana Jeana spektaklu występowały "objéts
trouvés": wózek dla dzieci, syrena, konik na biegunach,
maszyna do szycia i lalka o wyglądzie radzieckiego kosmonauty
Jurija Gagarina, a także prawdziwy i żywy biały
gołąb - gołąbek pokoju. Ów gołąbek,
przywiązany sznurkiem za nóżkę do drzewa, miał
na skutek głośnego huku zerwać się z uwięzi
i odfrunąć w dal, wprawiając swoim ruchem wszystkie
inne martwe przedmioty w ruch, przez co również i kosmonauta
Gagarin miał zostać wystrzelony w niebiosa. Nastąpić
miała po tym pierwsza eksplozja, a po niej atak rakiet.
To alegoryczne widowisko było jak najbardziej realne: w
owym czasie wznoszono bowiem mur berliński, trwał
konflikt w Zatoce Świń i wojna atomowa wydawała
się wisieć na włosku. "Koniec świata"
przebiegał pomyślnie, to znaczy świat zgładził
się przy pomocy tej samej broni w rękach różnych
przeciwników po obu stronach ideologicznej i cywilizacyjnej
barykady, ale zaszyły okoliczności, których nie był
w stanie przewidzieć nawet Tinguely: po przedmiotach martwych
pozostały wprawdzie jakieś resztki, lecz jedyna istota
żywa nie przeżyła apokalipsy i odfrunęła
w zaświaty niechcący i wcale nie symbolicznie, ale
zarazem niezwykle symbolicznie - gołąbek pokoju wyzionął
ducha na wojnie. Ten skandal przez tydzień poruszał
duńską opinię publiczną i jej media. Stowarzyszenia
przyjaciół zwierząt podały artystę do sądu,
był on wielokrotnie przesłuchiwany, występował
na konferencjach prasowych, był bohaterem wstępniaków
na pierwszych stronach gazet, wzburzeni czytelnicy piętnowali
go w listach do redakcji, stał się negatywną
gwiazdą mediów. W końcu musiał zapłacić
5000 koron grzywny i w ciągu trzech dni opuścić
Danię. Nie zamierzona śmierć gołąbka
sprawiła, że Tinguely był przedmiotem ożywionych
dyskusji, które wywołał poza artystyczny, śmiertelny
skutek jego sztuki. Po licznych obdukcjach okazało się
wprawdzie, że zgon gołąbka spowodowany został
atakiem serca, tym niemniej na europejskie plenery sztuki Tinguely
wszedł z dużym hukiem i po trupie niewinnego białego
symbolu pokoju, który zginął na artystycznej wojnie.
Bum
Bum na żywo i w kolorze
Drugi
i zarazem ostatni "Koniec świata" odbył
się bez udziału istot śmiertelnych, nie licząc
siedzącej w bezpiecznej odległości publiczności
i telewizji NBC, nagrywającej tę akcję na żywo,
jako jedną z jej pierwszych audycji w kolorze. Niedaleko
Las Vegas, na pustyni Nevada, w miejscu, w którym w 1947 roku
dokonano pierwszej amerykańskiej próby jądrowej, Tinguely
wykonał wraz z Niki de Saint Phalle, z którą związany
był od 1955 roku, "Operę-Burleskę-Dramatyczną-Rzeczo-Rzeźbę-Bum.”
Główną rolę odgrywały w niej odpady społeczeństwa
dobrobytu: metalowy wózek do zakupów, deska klozetowa, zbiornik
na wodę, połamane zabawki i liczne lodówki, znalezione
przez artystyczną parę na wysypiskach śmieci
w stolicy amerykańskich kasyn i "jednorękich
bandytów." Pomalowana na czarny, biały i pomarańczowy
kolor „Rzeczo-Rzeźba”, wypełniona setkami kilogramów
dynamitu, ustawiona została bezpośrednio na ziemi,
czyli na powierzchni wyschniętego jeziora solnego pod błękitnym
niebem i na tle czarnego masywu górskiego na horyzoncie: idealna
sceneria dla kolorowej telewizji. Podobnie jak w poprzednich
apokaliptycznych akcjach Jeana Tinguely i tym razem wprowadzona
w ruch materia okazała się nieobliczalna i nieposłuszna:
wytwarzany przez pojedynczy silnik diesla prąd, zasilający
ruchomą rzeźbę i kamery telewizyjne, okazał
się zbyt słaby, tak że widowisko nie mogło
być nagrywane i transmitowane do końca. Nie działał
też zdalny zapalnik dynamitu, Tinguely musiał więc
"Rzeczo-Rzeźbę" wysadzać ręcznie.
Po wielkiej detonacji wydobył z jej zgliszcz resztki nadających
się do ponownego użycia silników i okaleczoną
lalkę. Dziennikarze, którzy na symulowany "Koniec
świata" przybyli tłumniej, niż na pierwszą
próbę prawdziwej bomby atomowej, dostrzegli ironiczny wydźwięk
tej akcji: ze względu na techniczne usterki nawet koniec
świata nie będzie mógł się odbyć porządnie.
Ostatnia
wybuchowa akcja przebiegała już bez niespodzianek.
W 1970 roku, z okazji dziesiątej rocznicy utworzenia paryskiej
grupy "Nouveaux Réalistes" (do tej grupy, której pomysłodawcą
był krytyk Pierre Restany, obok Jeana Tinguely należeli
min. Arman, César, François Dufręne, Yves Klein, Mimmo Rotella,
Daniel Spoerii, zaś później dołączyli Niki
de Saint Phalle i Christo), Jean przygotował widowisko
"La Vittoria" (Zwycięstwo), które rozegrało
się publicznie na placu przed katedrą w Mediolanie.
Ustawiono przed nią fioletowy katafalk, zasłaniający
całkowicie konstrukcję, którą za nim wznoszono.
Była to monstrualna, jedenastometrowa, złota rakieta
w kształcie fallusa, która eksplodowała w chwili,
kiedy katafalk runął na ziemi. Wybuchowi towarzyszyła
muzyka, grana przez maszerującą kapelę i płynące
z głośników dźwięki zgranej płyty z
piosenką "O sole mio", a także absurdalny
tekst, deklamowany przez François Dufręna. Tym razem jednak
media nabrały wody w usta, w mediolańskiej prasie
nie ukazała się bowiem ani jedna wzmianka o zwycięstwie,
odniesionym nad fallokracją, nie potrafiły one bowiem
zrozumieć, że sztuka to deformacja nieznośniej
rzeczywistości. Koryguję wizję rzeczywistości,
która napada na mnie codziennie. Sztuka jest korekturą,
zmianą danego stanu. Sztuka jest komunikacją, łączem
- tylko tyle!? Sztuka jest społeczna, całkowita i
totalna...
Duch
dadaizmu w ruchu nowego realizmu
Spektakularne,
multimedialne, demokratyczne i ponadnarodowe dzieło sztuki,
rozgrywające się na oczach i przy udziale poza muzealnej
publiczności, ta wizja wspólna była wszystkim członkom
"Nowych Realistów." Już samo pojęcie realizmu
w czasach triumfu abstrakcji, uznanej za jedyny kierunek na
czasie, była wyzwaniem, rzuconym uznanym artystom, ich
marszandom, kolekcjonerom i muzeom. Artysta - natchniony samotnik,
tworzący swoje dzieła w izolatce pracowni - wieży
z kości słoniowej - nie był przykładem godnym
naśladowania. Tworzywem "Nowego Realizmu była
"uprzedmiotowiona" rzeczywistość cywilizacji
technicznej i jej odpady. "Nowi Realiści" byli
spadkobiercami i kontynuatorami dadaizmu, w "Manifeście
Nowego Realizmu" napisali w 1961 roku: Gest anty-sztuki
Marcela Duchampa otrzymuje pozytywne cechy. Duch dadaizmu identyfikuje
się ze sposobem percepcji nowoczesnej, zewnętrznej
rzeczywistości. Readymade nie jest już szczytem negatywności
i polemiki, ale podstawowym elementem nowego repertuaru środków
wyrazu. Ponieważ część "Nowych
Realistów", jak na przykład Yves Klein, Daniel Spoerri,
Niki de Saint Phalle i Jean Tinguely byli samoukami, nieobciążonymi
balastem formalno-teoretycznych i warsztatowych aspektów sztuki,
z nowego repertuaru czerpali spontanicznie i bez oporów. Sztuka
najlepiej wyrażała totalny i społeczny charakter,
gdy była dziełem wielu artystów, którzy tworzyli wspólne
dzieła sztuki. Ich sztuka miała być także
anty muzealna, gdyż muzeum - elitarna instytucja, sankcjonująca
uznanych artystów i konserwatywne kierunki sztuki, nie mogło
być siłą rzeczy centrum ryzykownych eksperymentów
dla masowej publiczności. Rzeczywistość bywa
jednak paradoksalna i zaskakująca, dlatego też pierwsze
wielkie dzieła anty muzealnych artystów powstawały
wewnątrz muzeów.
Wesołe
miasteczko pod dachem muzeum
Na
wiosnę 1961 roku w Stedelijk Museum w Amsterdamie odbyła
się wystawa "Bewogen Beweging" (Ożywiony
ruch), umożliwiająca kompleksowe spojrzenie na "ruchomą
sztukę." Uczestniczyło w niej dziewięćdziesięciu
artystów, wśród nich Marcel Duchamp i jego "Koło
rowerowe" z 1914 roku, które wprowadziło ruch do sztuki,
był także Alexander Calder i jego kinetyczne rzeźby.
Ostatnie pomieszczenie muzeum zapchane było nieprawdopodobnie
hałaśliwymi maszynowymi rzeźbami Jeana Tinguely,
które podbiły serca publiczności, tak że Willem
Sandberg, dyrektor amsterdamskiego muzeum, zaproponował
Jeanowi i wybranym przez niego artystom zorganizowanie następnej
głośniej ekspozycji. 30 sierpnia 1961 roku siedem
sal Stedelijk Museum zamieniło się w "Dylaby.",
czyli „Dynamiczny labirynt”, wspólne, międzynarodowe dzieło
Jeana Tinguely, Niki de Saint Phalle, Daniela Spoerri, Roberta
Rauschenberga, Martiala Raysse'a i Pera Olofa Ultvedta. „Dynamiczny
labirynt” był zarazem szczytem readymadeizmu, bo zbudowany
został z "gotowców", znalezionych na amsterdamskich
wysypiskach śmieci, złomowiskach i pchlich targach.
To otwarte przez miesiąc wesołe miasteczko pod muzealnym
dachem cieszyło się niezwykłą popularnością
i przyciągało tłumy dorosłych i dzieci.
Szczególną atrakcją była pomalowana na biało
płaskorzeźba Niki de Saint Phalle, wykonana z wypchanych
krokodyli i innych wypchanych zwierząt. Po płaskorzeźbie
przesuwały się woreczki, wypełnione kolorową
farbą. Zadaniem publiczności było strzelanie
do tego dzieła z wiatrówki, celne strzały powodowały,
że z woreczka wypływała farba, co raz to zmieniając
kolorystykę reliefu. Każdy celny widz był więc
współtwórcą dynamicznego dzieła. Akcja ta miała
również charakter symboliczny, terapeutyczny i magiczny:
strzał w relief powodował, że widz wyzwalał
się z agresji wobec współczesnej sztuki; raniąc
i uśmiercając martwy obiekt, za każdym razem
pobudzał go do nowego życia - sztuka jako zbiorowy
akt w nieustającym procesie zmienności.
Sztuka
jest owocem przyjaźni
Duchamp
był artystą kochającym sztukę, właściwość,
którą po nim odziedziczyłem. Ja nie muszę nienawidzić
innych artystów. Jeżeli jestem zazdrosny, to wtedy raczej
ich podziwiam. Nie tracę czasu na zazdrość. Istnieją
artyści, którzy do mnie pasują i inni, którzy mnie
nudzą. Artystką,
która najbardziej pasowała do Jeana Tinguely, była
jego przyjaciółka i późniejsza żona Niki de Saint
Phalle (napiszę o niej osobny tekst w następnym numerze
"oro"). Związek obojga artystów - córki hrabiego,
potomka jednego z najstarszych arystokratycznych rodów francuskich
i syna magazyniera w szwajcarskiej fabryce czekolady Nestlé,
należał do najbardziej niezwykłych i najbardziej
artystycznie płodnych związków w historii sztuki dwudziestego
wieku. Był to związek artystów o niespożytej
energii, fantazji i ruchliwości, innowacyjnie wykorzystujących
materiały, które wydawały się nie mieć zastosowania
w sztuce, wzajemnie oddziaływujących na siebie i pobudzających
się do coraz to nowych działań, tworzących
ekscesywnie i na granicy autodestrukcji, za co Niki zapłaciła
zdrowiem, a Jean przedwczesną śmiercią. Cechowała
ich także konsekwencja i bezkompromisowość, gdyż
- mimo że dość szybko stali się uznanymi
artystami muzealnymi i komercjalnymi, większość
swoich prac - nawet tych najbardziej gigantycznych - finansowali
z własnej kieszeni. Plonem pierwszej wspólnej, gigantycznej
akcji była rzeźba o długości 27 m i objętości
24 m - "Hon" (Ona), pokazana latem 1966 roku w Moderna
Museet w Sztokholmie, którego dyrektorem był zaprzyjaźniony
z Jeanem Tinguely Pontus Hulten. Trwająca przez niespełna
sześć tygodni praca nad "Hon" otoczona była
tajemnicą, wszystko odbywało się za zamkniętymi
drzwiami, tak że żadne informacje nie wydobyły
się poza muzeum. "Hon" była przedsięwzięciem
ryzykownym - rzeźbą leżącej na plecach kobiety
z rozchylonymi nogami, do której wnętrza wchodziło
się przez waginę. W jej lewym ramieniu znajdowało
się kino, w lewej piersi planetarium, sercem była
ruchoma czarno-biała instalacja "Mężczyzna
w fotelu na biegunach" (obie wykonane przez skandynawskiego
artystę Ultvedta), w głowie tkwił ruchomy drewniany
mózg, w lewym biodrze stała ławeczka dla zakochanych,
z której spoglądać można było na muzeum
fałszerstw. W "Niej" znajdował się
ponadto bar coca-coli ze skonstruowaną przez Jeana Tinguely
maszyną do tłuczenia butelek. Był też automat
owocowy, rzeźba radiowa "Radio Sztokholm" i zjeżdżalnia
dla dzieci. "Hon" wzniesiona została na szkielecie
z metalowej siatki, który skonstruował Tinguely. Pokryta
była białym płótnem, pomalowanym na zielono,
żółto, niebiesko, pomarańczowo i różowo
przez Niki de Saint Phalle, a więc w kolorach, preferowanych
przez jej ulubionego malarza, Henry Matissa, z którymi kontrastowały
czarne obwódki. Z "Hon" wychodziło się przez
pępowinę na zewnątrz i z umieszczonej na jej
brzuchu "Niebieskiej werandy" (homage na cześć
zmarłego 6. czerwca 1962 roku w wieku niespełna 34
lat przyjaciela, Yvesa Kleina) można było ogarnąć
wzrokiem całą zewnętrzną powłokę
rozległej kobiecości. Mimo początkowych obaw
"Hon" nie wywołała skandalu; była niezwykłą
atrakcją i magnesem dla publiczności, tak że
tę pierwszą tego typu w dziejach europejskiego muzealnictwa
drugiej połowy ubiegłego wieku wystawę odwiedziło
w ciągu trzech miesięcy ponad sto tysięcy ludzi.
"Hon" była więc, jak twierdzili złośliwi,
największą dziwką na świecie. Ponieważ
w "Niej" mogło na raz przebywać 150 osób,
ruch zwiedzających regulowała sygnalizacja świetlna.
Po zakończeniu wystawy "Hon" została zdemontowana
i zniszczona, jedyna pamiątka po „Niej” to głowa,
przechowywana w sztokholmskim muzeum, a także filmy i zdjęcia
z tłoczącymi się przed wejściem do "Niej"
ludzi.
To
się w głowie mieści!
"Hon"
była pierwszym przystankiem na "Stacji kultury",
zbiorowego, żywego dzieła sztuki na dotyk, dostarczającego
różnorodnych wrażeń, źródła przyjemności,
atrakcyjnych przeżyć i rekreacji. Antycypowała
zarazem przyszły rozwój społeczeństwa czasu wolnego,
konsumentów masowej kultury w najróżniejszych parkach rozrywki
w mega-kinach, na mega-musicalach i innych mega-spektaklach;
konsumentów skomercjalizowanej mega-pop-kultury, zredukowanej
do głośnego wydarzenia: eventu. W 1968 roku Tinguely
wymyślił wspólnie ze szwajcarskim artystą, Bernhardem
Luginbühlem "Gigantoleum", w której znajdować
się miały schody ruchome i ruchome chodniki, transportujące
ludzi do licznych, znajdujących się tam atrakcji:
restauracji, barów, mini kina, wyświetlającego na
okrągło zabawne filmy, woliery z dziesięcioma
tysiącami wróbli, teatru i kącika ludowego artysty,
rzeźbiącego niedźwiadki z drewna. Miały
tam być także najróżniejsze automaty i ogromna
zjeżdżalnia dla dzieci. Na zewnątrz "Gigantoleum"
miało powstać kino na świeżym powietrzu
i wielkie koło diabelskie. Na tablicach miały być
wyświetlane wiersze młodych poetów, zaś na ogromnym
ekranie telewizyjnym pojawiać się miały nadzwyczajne,
fałszywe wiadomości. Na zrealizowanie tego wybiegającego
w przyszłość projektu było jednak wówczas
za wcześnie, żaden inwestor nie chciał się
podjąć tak nieprawdopodobnego przedsięwzięcia,
zaś jego rozmiary przekraczały możliwości
finansowe obu szwajcarskich artystów. Los jednak wkrótce uśmiechnął
się do Jeana i sprawił, że gigantyczna "Stacja
kultury" nie pozostała tylko marzeniem na papierze.
W położonym pięćdziesiąt kilometrów
od Paryża lesie Milly-la-Fôret niedaleko wioski Soisy-sur-École,
ówczesnym miejscu zamieszkania Niki i Jeana, małżeństwo
amerykańskich kolekcjonerów - Jean i Dominique de Menil
- kupiło w 1969 roku działkę i podarowało
ją Jeanowi Tinguely. Powstała na nim "Głowa",
zwana także "Monstrum", zaś dziś popularnie
"Cyklopem", wielki pomnik przyjaźni w leśnej
gęstwinie, nad którym Tinguely pracował prawie dawdzieścia
lat. Efektem tej pracy jest rzeźba o wysokości 25
metrów z charakterystycznym życiem wewnętrznym i zewnętrznym:
wewnątrz i na zewnątrz "Głowy" znajduje
się tor, po którym toczą się dźwięczne
metalowe kule. "Głowa" wyłożona jest
lusterkami, w których odbija się zieleń drzew. W oku
"Cyklopa" umieszczony jest reflektor, potwór ma także
jedno bardzo realistycznie wykonane, wachlujące ucho oraz
usta, z których tryska wodospad. Z jednej strony "Głowy"
wystaje wagon towarowy, z drugiej koła, które obracają
się i skrzypią. Straszne dźwięki wydobywają
się również z umieszczonej w jej wnętrzu "Meta-Harmonii",
mieszają się z delikatną melodią poruszanych
przez wiatr aluminiowych prętów. To, co się w głowie
mieści i nie mieści, jest wspólną "Stacją
kultury" Jeana i współtworzących ją przyjaciół:
Larry Riversa, Rafaela Soto, Rico Webera, Armana, Niki de Saint
Phalle, Evy Aeppli i Daniela Spoerri. Na czubku „Głowy”,
czyli na wysokości drzew, skąd już niedaleko
do nieba, Jean Tinguely zbudował mały basen na cześć
Yvesa Kleina, który swego czasu sygnował niebo jako najdoskonalszy
przykład imaterialnej sztuki.
Ołtarze
rajdowej śmierci
Samouk
Jean Tinguely był mulitalentem: rzeźbiarzem, scenografem
i reżyserem multimedialnych spektakli i inscenizacji, inżynierem,
architektem, mechanikiem i projektantem spektakularnych konstrukcji,
które wykonywał intuicyjnie, beż żadnych obliczeń
matematycznych, bez teoretycznej wiedzy o statyce. Był
doskonałym organizatorem, potrafiącym przekonać
innych do swoich, zdawałoby się szalonych pomysłów.
Był też zapalonym automobilistą, bywalcem rajdów
samochodowych Formuły 1, przyjacielem rajdowców. Prędkość
wyścigowych aut fascynowała go i przerażała,
w wyścigach superszybkich samochodów dostrzegał absurd
współczesnej techniki, której ogromny wysiłek i ogromne
nakłady finansowe mają tylko jeden cel: żeby
prototypy pojazdów, które nigdy nie staną się przedmiotem
masowej produkcji, z coraz szybszą prędkością
przez dość krótki czas pędziły po tym samym
torze. Nostalgicznym pomnikiem początków ery prędkości
jest "Klamauk" (Gruchot) z 1979 roku, traktor z karoserią,
złożoną ze starych metalowych i drewnianych kół.
Jego współczesnym odpowiednikiem jest "Potworna kareta
- Viva Ferrari" z 1985 roku, taczka na trzech kołach
z metalową kierownicą, łańcuchem, narzędziami,
pociętymi oponami i silnikiem elektrycznym. Rok wcześniej
wykonał na zlecenie francuskiego koncernu samochodowego
"Renault" sześciometrową rzeźbę
"Pit Stop", składającą się z poszczególnych
części dwóch samochodów wyścigowych. W tym samym
roku podarował swojemu rodzinnemu Fryburgowi "Fontannę"
na cześć zmarłego tragicznie szwajcarskiego rajdowca,
Jo Sifferta. W latach osiemdziesiątych rozpoczął
też serię płaskorzeźb, nawiązujących
do średniowiecznych i barokowych tryptyków ołtarzowych.
Na wzór słynnego "Ołtarza z Isenheim" Matthiasa
Grünewalda, znajdującego się w Muzeum Unterlinden
w alzackim mieście Colmar, wykonał w 1981 roku "Cenodoxus",
tryptyk, na którym umieścił poruszane przy pomocy
małych silników elektrycznych czaszki zwierząt. W
centrum "Cenoduxusa", pod ogromną czaszkę
krowią, kręci się niebieskie koło. Tryptyk
obramowany jest żarówkami, symbolizującymi świece,
które można kupić w kościołach i zapalić
je w intencji bliskich, zmarłych lub w intencji Boga. Ten
ołtarz wzniesiony został jednak ku chwale bożka:
koła, synonimu postępu technicznego, czyli zawrotnej
prędkości i związanych z nią śmiertelnych
niebezpieczeństw, bo koło to czyste szaleństwo!
Przed kołem kręci się mały, grubo ciosany
drewniany krzyż, jakby starał się wypędzić
demona śmierci. Na cześć zmarłego w 1973
roku rajdowca Joakima Bonniera, który zginął w Le
Mans podczas "ujeżdżania" prototypu wozu
wyścigowego Formuły 1, stworzył w 1988 roku tryptyk
"Lola T.180 - Memorial pour Joakim B", wykonany z
resztek karoserii, które ocalały z wypadku. W środku
ołtarza widnieje antropomorficzna postać: głową
jest krowia czaszka, sercem kierownica, z boków wystają
skrzydła, które poruszają się powoli i skrzypią:
w ten sposób po tylu latach ból po stracie przyjaciela ciągle
jeszcze tkwi w tym wraku.
Muzeum
mistrza wielkich inscenizacji
W
1988 roku, dwa lata po ciężkiej operacji serca, po
której nie zmienił ani stylu życia, ani tempa pracy,
Jean Tinguely wykonał "Fontannę śmierci",
zaprezentowaną z okazji jego wspólnej wystawy z bułgarską
malarką Mileną Palakarkiną w düsseldorfskiej
galerii Hansa Mayera. Jest to jedyna jego "Fontanna"
z ludzką czaszką (podobno pochodzi ona z wyspy kanibali
i przez pół wieku wisiała w jednej z bazylejskich
kawiarni) i jedyna jego rzeźba z ukrytym silnikiem. Jak
za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z oczodołów
czaszki tryska woda, wpada do taczki, na której ustawiona jest
„Fontanna”, następnie woda niewidzialnie wtłaczana
jest z powrotem do góry. Czaszka otoczona jest resztkami spalonej
przyczepy kempingowej i innymi, zwierzęcymi czaszkami oraz
plastykowymi roślinami. Jaskrawe oświetlenie sprawia,
że rośliny wydają się być żywe.
Śmierć jeszcze raz została przechytrzona, martwa
natura ożyła pod wpływem sztucznego światła.
Ostatnia,
wielka retrospektywa Jeana Tinguely, w której uczestniczył
osobiście, odbyła się w 1990 roku, w Galerii
Tretiakowskiej w Moskwie. Zmarł 30 sierpnia 1991 w berneńskim
szpitalu, na skutek ataku apopleksji. Ponieważ był
mistrzem organizacji i inscenizacji, pozostawił dokładny
scenariusz ceremonii pogrzebowej. Pochowany został 4 września
w rodzinnym Fryburgu, który siedem lat wcześniej nadał
mu tytuł honorowego obywatela. Jego trumnę nieśli
przyjaciele, ubrani w błękitne kombinezony rajdowców
Formuły 1. Przed kapelą, grającą "Marsz
żałobny", jechał "Klamauk" i jedna
z "Meta-Harmonii”, z której wydobywały się głośne
dźwięki i kłęby dymu. Nad trumną, zasłaną
żółtymi kwiatami, po której obu stronach ustawiony
był "Cenodoxus" i "Słońce"
z „Tańca śmierci dr Mengele”, przemawiał prezydent
Republiki Szwajcarskiej. Dla Jeana Tinguely mogło to być
pewnym zaskoczeniem, bo w scenariuszu radosnego pożegnania
z tym światem nie przewidział, że wyprawi się
mu pogrzeb państwowy.
W
lutym 1992 roku, pół roku po tym pogrzebie, urodził
się Jean-Sébastian, syn Mileny Palakarkiny i Jeana Tinguely.
Mimo
znanej niechęci Jeana Tinguely do muzeów, Bazyleja postawiła
muzeum właśnie jemu. Gmach za 30 milionów franków
szwajcarskich, który zaprojektował architekt Mario Botta,
podarował miastu koncern Hoffmann-La Roche dla upamiętnienia
setnej rocznicy swego istnienia. Muzeum Jeana Tinguely, któremu
Niki de Saint Phall podarowała 55 prac swojego męża,
otwarte zostało na początku października 1996
roku. Było ono także współautorem wystawy "L'Esprit
de Tinguely” w Muzeum Sztuki w Wolfsburgu, którą do końca
kwietnia można było oglądać także i
w Bazylei. Wystawę kończyły rzeźby
z cyklu "Filozofów", przygotowanego przez Jeana Tinguely
w 1988 roku na jego retrospektywę w paryskim Centre Pompidou.
Te niewielkie, poruszane silnikiem elektrycznym konstrukcje
z "objet trouvés" poświęcone są osobistościom,
które wywarły wpływ na jego postawę życiową,
ideową i artystyczną. Jest wśród nich Arthur
Schopenhauer, Herbert Marcuse i Bernhard Luginbühl, a także
Nona von Eisenstein - pies Mileny Palakarkiny. Istoty, bliskie
duchem Jeanowi Tinguely, przepojone są tym samym
duchem.
Tekst
© Urszula Usakowska-Wolff
Kwartalnik
ORO
Nr 1 - 2 (42 - 43) 2001
Wszystkie cytaty
z wypowiedzi Jeana Tinguely pochodzą z katalogu wystawy
L’ESPRIT
DE TINGUELY
Kunstmuseum
Wolfsburg
20.05.
- 3.10.2000
Museum
Jean Tinguely w Bazylei
15.11.2000
- 22.04.2001
| |
|
|
Katalog
L’ESPRIT
DE TINGUELY
420
str. i 300 reprodukcji biało-czarnych i barwnych
Hatje
Cantz, 2000
ISBN
3-7757-0931-2
Cena
€ 19,95,-
|
|
| |
|
Jean
Tinguely
Urodził
się 22. maja 1925 r. we Fryburgu, skąd jego rodzina
przeniosła się do Bazylei. Od 1931-1940 r. uczęszcza
do szkoły, a po zajęciach udziela się w harcerstwie
katolickim. Od 1941 r. uczy się na dekoratora. W 1943 r.
zostaje zwolniony z pracy w domu towarowym „Globus”, gdyż
zarzucono mu niepunktualność i brak dyscypliny. W
1944 r. wstępuje do nielegalnego „Komunistycznego Związku
Młodzieżowego”, następnie zostaje członkiem
komunistycznej „Partii Pracy.” Od 1949 r. jest zwolennikiem
anarchizmu. W 1951 r. ślub z Evą Aeppli i urodziny
ich córki Miriam. W 1953 r. wyjeżdża z nimi do Paryża.
W 1954 po raz pierwszy wystawia rzeźby z drutu i płaskorzeźby
w paryskiej Galerie Arnaud. W 1955 r. przenosi się do pracowni
na ulicy Impasse Ronsin; jego sąsiadem jest rzeźbiarz
Constantin Brancusi. Rozpoczyna pracę nad malującymi
maszynami, które z inspiracji Pontusa Hultena nazywa „Méta-matics.”
W 1957 r. ulega ciężkiemu wypadkowi. W 1958 r. realizuje
wspólnie z Yvem Kleinem instalację „Sama prędkość
i monochromatyczna stabilność.” Poznaje Marcela Duchampa,
Roberta Rauschenberga, Jaspera Johnsa i Johna Cage. Rozpoczyna
cykl pierwszych maszyn wodnym, zwanych „Fontannami.” W 1963
r. buduje w Lozannie wielką rzeźbę „Heureka”,
pokazaną na szwajcarskiej wystawie krajowej EXPO 64. W
1964 r. uczestniczy w „documenta 3” w Kassel. W 1965 r. reprezentuje
Szwajcarię na Biennale w Sao Paulo w Brazylii. W 1966 r.
przygotowuje w Paryżu wspólnie z Niki de Saint Phalle i
Martialem Rayssem scenografię do baletu „Pochwała
szaleństwa” w choreografii Rolanda Petita. W 1967 r. buduje
wraz z Niki de Saint Phalle serię rzeźb pt. „Raj”
dla francuskiego pawilonu EXPO w Montrealu. W paryskiej Galerie
Iolas wystawia maszynę „Rotozaza nr 1”, do której publiczność
wrzuca piłki.
W
Nowym Yorku buduje maszynę „Rotozaza nr 2”, tłukącą
butelki od piwa. Wystawy w muzeach holenderskich, szwajcarskich
i kanadyjskich. W 1968 r. retrospektywa jego prac z lat sześćdziesiątych
w Muzeum Sztuki Współczesnej w Chicago. Udział w wystawie
„Koniec mechanicznego wieku” w Museum of Modern Art w Nowym
Yorku. Przenosi się do miejscowości Neyruz w kantonie
Fryburg w Szwajcarii. Buduje maszynę „Rotozaza nr 3”, która
pod hasłem „Kupujcie, zanim Tinguely wszystko potłucze”,
w witrynie domu towarowego Loeb w Bernie w ciągu kilku
dni tłucze 12.000 talerzy. 13. lipca 1971 r. ślub
z Niki de Saint Phalle. W 1972 r. retrospektywę jego maszyn
organizuje Kunsthalle w Bazylei i Towarzystwo Kestnera w Hanowerze.
Zaczyna tworzyć pierwsze rzeźby świetlne. Bierze
udział w wystawie współczesnej sztuki szwajcarskiej
w Tel Awiwie. W 1973 r. Micheline Gygax rodzi mu syna Milana.
Wystawy indywidualne w Louisiana Museum w duńskim Humlebćk
i w Stedelijk Museum w Amsterdamie. W 1975 otrzymuje zlecenie
na wykonanie „Fontanny Karnawału” w Bazylei. W 1976 r.
wyróżniony zostaje nagrodą im. Wilhelma Lehmbrucka
miasta Duisburg w RFN. Dla bazylejskiej grupy karnawałowej
projektuje 30 kostiumów i masek. Z okazji otwarcia Centre Pompidou
w Paryżu buduje wspólnie z Bernhardem Luginbühlem, Niki
de Saint Phalle i Danielem Spoerri wielkiego krokodyla „Crocodrome.”
Uczestniczy
w „documenta 6” w Kassel i w wystawie „Paryż-Nowy York”
w Centre Pompidou. Rozpoczyna cykl maszyn „Méta-Harmonie”, składających
się z przedmiotów znalezionych, kół i instrumentów
muzycznych. W 1980 r. otrzymuję artystyczną nagrodę
Fryburga. W 1981 r. rozpoczyna cykl rzeźb ze zwierzęcych
czaszek, które po naciśnięciu guzika zaczynają
ziewać, zgrzytać zębami i trząść
się. Bierze udział w wystawach w Zurychu, Kolonii,
Paryżu i Duisburgu. Otrzymuje nagrodę artystyczną
miasta Bazylei. W 1982 r. londyńska Tate Gallery organizuje
jego retrospektywę, która ma ogromne powodzenie wśród
publiczności. Wraz z innymi 15 artystami otrzymuję
wielką francuską nagrodę narodową. W marcu
1983 r. oddana zostaje do użytku „Fontanna Strawińskiego”
przed Centre Pompidou w Paryżu - jego wspólne dzieło
z Niki de Saint Phalle. Otrzymuje nagrodę artystyczną
Zurychu. W 1984 r. powstaje wielka „Méta-Harmonia III-Pandemonium”,
składająca się z 52 silników i takiej samej ilości
kół. Otrzymuje nagrodę artystyczną Paryża.
W 1985 r. buduje „Méta-Harmonię IV - Fatamorgana”, największą
rzeźbę z tej serii, pokazywaną wraz z innymi
pracami z lat osiemdziesiątych w Muzeum Fundacji Hypobanku
w Monachium. Prezydent Francji Mitterand zwiedza „Głowę”,
którą dwa lata później Tinguely przekazuje Francji
w prezencie. Ze spalonych desek, maszyn rolniczych, sprzętów
gospodarstwa domowego i czaszek zwierzęcych, pochodzących
ze spalonego gospodarstwa rolnego w Neyruz koło Fryburga,
buduje w 1986 r. "Taniec śmierci dr Mengele.” W 1987
r. projektuje architekturę wnętrz kawiarni w domu
handlowym Nemura w Kyoto. Od 1978-1988 r. wielkie retrospektywy
jego sztuki w Wenecji, Turynie i w Centre Pompidou w Paryżu.
W 1988 r. kupuje byłą fabrykę butelek „La Verrerie”
w kantonie Fryburgu, jego ostatnią pracownię. Otrzymuje
nagrodę uniwersytetu w Bolonii i nagrodę państwową
w Bernie. W 1989 r. zostaje doktorem honoris causa Królewskiej
Akademii Sztuk w Londynie. W 1991 r. w lozańskim hotelu
„Palace Lausanne” powstaje „Bar Le Tinguely”, w którym wiszą
jego wielkie rzeźby z lamp. Jest współautorem ruchomej
instalacji „Towarowy pociąg kultury” na międzynarodowych
targach sztuki ART w Bazylei. Umiera 30.08.1991 r. w Bernie.
Tekst
© Urszula Usakowska-Wolff,
3.03.01, Bad Oeynhausen
Kwartalnik
ORO
Nr 1 - 2 (42 - 43) 2001