DELIKTY
Z LABORATORIUM
Na
początku był pomysł. W 1991 roku Sekretariat Kultury
Północnej Nadrenii-Westfalii w Wuppertalu, zrzeszający
25 wielkich miast tego największego niemieckiego landu powołał
do życia „Transfer” - projekt bilateralnej wymiany artystów
niemieckich z krajami sąsiadującymi z Niemcami. Koncepcja
tej dwunarodowej wymiany polegała na tym, że kilkunastu
młodych najczęściej artystów (choć to młodość
sztuki a nie metryki jej twórców stanowiły kryterium wyboru),
przebywać miało na dwumiesięcznych pobytach roboczych
i studyjnych w kraju partnerskim, zaś kilkunastu artystów
z kraju partnerskiego w tym samym czasie miało okazję
zapoznać się z warunkami życia i pracy ich kolegów
i koleżanek po fachu w Północnej Nadrenii-Westfalii.
Rezultatem tej wymiany były wspólne wystawy, które odbywały
się równolegle w miastach kraju partnerskiego i w muzeach
Północnej Nadrenii-Westfalii.
Po
„Transferze” z udziałem artystów z byłej NRD, Belgii
i Włoch, wybór padł na Polskę, która w 1998 roku
była partnerką tego projektu, określonego nieco
przewrotnie mianem „artists in residence” (co można przetłumaczyć
jako „artyści w miejscu osiedlenia), bo przecież odbywał
on się poza stałym miejscem artystycznego bytowania.
Z
miejsca zamieszkania do miejsca eksponowania
Do
uczestnictwa w „Transferze” zaproszono 9 niemieckich i 11 polskich
miast: Bielefeld, Bochum, Bonn, Düsseldorf, Essen, Kolonię,
Mönchengladbach, Münster, Wuppertal, Białystok, Bytom, Gdańsk,
Katowice,Kraków, Łódź, Lublin, Orońsko, Poznań,
Warszawę i Wrocław. Każde z nich wytypowało
10 artystów, tak że wybór „Transferowców” spośród 200
twórców nie był zapewne łatwym zadaniem. Po czterodniowych
obradach na zamku w Sandomierzu, w kwietniu 1997 roku polsko-niemieckie
jury, w składzie: Maria Anna Potocka z Krakowa, Aneta Szyłak
z Gdańska, prof. Piotr Piotrowski z Poznania, Piotr Rypson
z Warszawy, dr Sabine Fehlemann, dr Hans Günter Golinski, dr Thomas
Kellein (dyrektorzy muzeów w Wuppertalu,
Bochum i Bielefeldzie) oraz dr Petra Kipphoff, publicystka hamburskiego
tygodnika „Die Zeit”, zdecydowało się na 22 artystów,
po połowie z każdego kraju. Artyści niemieccy przebywali
w sierpniu i lipcu w Polsce (Poznaniu, Warszawie, Bytomiu, Gdańsku,
Orońsku, Krakowie, Białymstoku i Wrocławiu), zaś
polscy artyści w październiku i listopadzie 1997 roku
w Niemczech (w Essen, Mönchengladbach, Düsseldorfie, Bielefeldzie,
Wuppertalu, Münster, Kolonii i Bochum). Prace uczestników „Transferu”
oglądać można było następnie na sześciu
wystawach, od kwietnia do końca sierpnia w Polsce: w Muzeum
im. Xawerego Dunikowskiego w Warszawie, w Galerii & Fundacji
Wyspa Progress w Gdańsku i w Galerii Sztuki Współczesnej
Bunkier Sztuki w Krakowie, zaś od września do połowy
listopada w Von der Heydt-Museum w Wuppertalu, w Muzeum w Bochum
i Kunsthalle w Bielefeldzie. Polskimi uczestnikami „Transferu”
byli: Tomasz Bajer, Marta Deskur, Adam Garnek, Leszek Golec i
Tatiana Czekalska, Marek Kijewski i Kocur, Katarzyna Kozyra, Konrad
Kuzyszyn, Leszek Lewandowski, Agata Michowska, Andrzej Syska,
Marek Targoński; zaś niemieccy artyści to: Carsten
Gliese, Lothar Götz, Axel Grünewald,
Andreas M. Kaufmann, Claudia Kempf, Wika Mikrut, Jürgen Paas,
Heike Pallanca, Veronika Radulovic, Jan Verbeek i Matthias Wagner
K.
O
ile międzynarodowa wymiana artystyczna nie jest niczym wyjątkowym,
gdyż każdy land, każda gmina i każde miasto
w Niemczech prowadzi własną politykę kulturalną,
zaś sztuka żyje z konfrontacji z publicznością,
bez względu na geograficzne miejsce ekspozycji, o tyle koncepcja
„Transferu” zasługuje na uznanie: oto bowiem sztuka ma być
wynikiem fizycznego transferu artystów z kraju do kraju, nie tylko
transferem prac, ale wrażeń i idei. Jest to rodzaj dyskursywnego
procesu, zarazem otwartego i ograniczonego w czasie, materialnego,
gdyż jego rezultatem są konkretne prace, które z kolei
wydają się nie mniej istotne niż towarzysząca
im pozaartystyczna komunikacja. Bo czy może być coś
bardziej pożyteczniejszego niż porozumienie międzynarodowe,
bez względu na dziedzinę, w której by się odbywało?
Cenna jest ponadto każda inicjatywa, popularyzująca
dokonania sztuki polskiej, która - poza garstką ogólnie uznanych
artystów, takich jak Tadeusz Kantor, Magdalena Abakanowicz, Roman
Opałka i Mirosław Bałka, funkcjonuje na obrzeżach
artystycznego biznesu bądź w ogóle jest nieznana.
Nierozpoznawalna
sztuka medialna
Wybór,
którego dokonali jurorzy „Transferu” musiał być siłą
rzeczy wyborem subiektywnym, odzwierciedlającym ich osobiste
upodobania i preferencje, był on z drugiej strony zgodny
z tendencjami, charakterystycznymi dla sztuki, bądź
tego, co się pod tym tradycyjnym pojęciem rozumie. O
tym, że sztuka odeszła od tradycyjnej „zachowawczości”
(jeżeli określić tym mianem dwu- i trójwymiarowe
formy ścienne: obrazy, płaskorzeźby
i kolaże, oraz trójwymiarowe wolnostojące formy przestrzenne,
czyli mniej lub bardziej konwencjonalne rzeźby) w kierunku
deskrypcyjnej „obrazkowości”, wiemy najpóźniej od czasu
jubileuszowych „documenta X”, czyli przeglądu sztuki światowej,
który w 1997 roku jak zwykle odbył się w Kassel. Tysiące
fotografii, filmów video, które monotonnie przesuwały się
po ekranach setek monitorów, inflacja słów, którymi artyści
wyjaśniali swe artystyczne zamiary, sprawiły, że
sztuka zaczęła się jawić jako część
medialnej rzeczywistości, której środkami się posługiwała.
Bo to właśnie medialna rzeczywistość i jej
środki techniczne: komputery, monitory, taśmy video
są tworzywem i treścią dzisiejszej sztuki, bez
względu na geograficzne miejsce osiedlenia artystów. Identyczność
tej sztuki wywodzi się z identyczności medialnego i
realnego świata. O ile jeszcze przed dziesięciu laty
świat wschodnioeuropejskich miast swoją wszechobecną
socjalistyczną szarzyzną różnił się od
kolorowego świata zachodnich pasaży handlowych, o tyle
dziś ten świat jest wszędzie taki sam. Miasto -
podstawowa forma sztucznej organizacji przestrzeni - wytwarza
sztuczne formy przestrzenne i wizualne, które - poprzez możliwości
bezgranicznego powielania - stają się uniwersalnym kanonem.
Bo przecież miejskie centra tak samo wyglądają
w Łodzi, Münster, Warszawie, Nowym Yorku, Kolonii, Caracas
lub w dowolnym śródmieściu naszego uniwersum: są
to zabetonowane pasaże handlowe z neonowymi reklamami wielkich
sieci fast food, ze sztucznymi fontannami i kolorowymi kwiatkami
w doniczkach jako namiastkami przyrody. Sztuczność podniesiona
do rangi uniwersalnego kanonu zdaje się wykluczać sztukę,
która - posługując się „uniwersalnymi” formami
i tworzywem codzienności - staje
się nierozpoznawalna, tak jak nierozpoznawalny staje się
medialny świat, w którym informacje i kolorowe obrazki przemieszczają
się w zawrotnym tempie po ekranach naszych telewizorów i
komputerów.
Minimalny
konceptualizm multimedialny
Uczestnicy
polsko- niemieckiego „Transferu” - artyści w przedziale wiekowym
między 27 a 47 rokiem życia, są przedstawicielami
pokolenia medialnego, dlatego też techniczne środki
ich artystycznego wyrazu są takie same. Multimedialne instalacje,
odrealnione fotografie, mniejsze lub większe monitory, po
których przesuwają się zamazane lub wyraźne klatki
filmowe, maszyny pozbawione pierwotnej funkcji, obiekty pretendujące
do odkrywania elementów wspólnej historii - to wszystko sprawia,
że „Transfer” jawi się jako wyraz swoistego „minimalizmu
konceptualnego”, który może być także rozumiany
jako „minimalny konceptualizm”, co szczególnie rzuca się
w oczy w przypadku artystów niemieckich. Powaga, z jaką niektórzy
artyści realizują swoje minimalne koncepcję - bez
względu na rozmiar ich dzieł - przybiera niekiedy postać
niezamierzonego komizmu, jak na przykład w instalacji Veroniki
Radulovic, która w ziemniaku dostrzega element łączący
polską i niemiecką historię, na dodatek za pośrednictwem
Wietnamu, kraju ryżu, w którym artystka zleciła - bo
tanio -wyprodukowanie szklanych kartofli właśnie, dekorując
nimi szklano-kartoflany „Stół”. Punktem wyjścia jej
pokazywanej w Bochum instalacji z cyklu „Wyprodukowane w Wietnamie”,
czyli stołu z nasypaną nań ziemią, podłożem,
na którym dojrzewa ta pożywna bulwa, było zdjęcie
jej babci z 1941 roku, na którym w miejscowości Espeln trzy
kobiety, dwóch małych chłopców i pies znad koszy z kartoflami
z uśmiechem pozują do fotki. Nie ulega wątpliwości,
że w 1941 roku kartofel był jedynym elementem łączącym
Polaków i Niemców, z tym że przypuszczalnie dostępność
tego owocu ziemi była wówczas w kraju, zwanym „III.Rzeszą”
większa, niż jego podaż w kraju, wówczas Polską
nie zwanym. Jeżeli dodać, że na ścianach ciemnego
pomieszczenia, w którym umieszczony został „Stół” artystka
z Bielefeldu nalepiła owalne fotografie dłoni obejmujących
bulwy, fotografie przypinające swym kształtem zdjęcia
z polskich nagrobków, to jakiekolwiek komentarz wydaje się
być zbyteczny. Prace innych niemieckich uczestników „Transferu”
są kontynuację dokonań znanych Mistrzów, i ma się
wrażenie deja vu: głośna - w dosłownym tego
słowa znaczeniu video instalacja Andreasa M. Kaufmanna, który
młodym ludziom kazał w różnych językach krzyczeć
„Nie” do kamery, bardzo przypominała znane już od dawna
instalacje Amerykanina Bruce’a Naumana, co nie znaczy, że
im dorównywała, i była w stanie zirytować chyba
tylko burmistrzynię Bielefeldu, gdyż zmuszała ją
do ciągłego przerywania powitalnej mowy na wernisazu
wystawy w Kunsthalle. Konstruktywistyczne instalacje ścienne
z monochromatycznych płyt o przewrotnym tytule „Barok” (Jürgen
Paas z Krefeldu); skanowane z programów polskiej telewizji zdjęcia
polskich postaci medialnych, redukowane przez Axela Grünwalda
z Herfordu do konturów twarzy, biało-czarna mozaika Heike
Pallanci z Düsseldorfu pod tytułem „Assisi”, w bardzo prosty
sposób nawiązująca do niedawnego trzęsienia ziemi
we Włoszech, bądź też „Corpora Delicti” pochodzącej
z Polski Wiki Mikrut, czyli kilkadziesiąt tekturowych tablic
z naklejonymi czarnymi i gdzieniegdzie białymi ścinkami
papieru i tektury, które wypełniały stojące u podnóża
obrazu dwa tekturowe kosze, do których zmiatane
były tekturową miotłą, są jakby nawiązaniem
do „uprzedmiotowionego” świata Roberta Rauschenberga, ale
niestety na papierowym poziomie, nawet jeżeli jest to papier
własnoręcznie czerpany. Takie właśnie papierowy
charakter ma większość dzieł
niemieckich uczestników „Transferu”,
bez względu na rodzaj środków artystycznego wyrazu.
„Gdy to, co było kiedyś trwałe, jeszcze istnieje,
a równocześnie coś nowego nie daje się przewidzieć,
wtedy ludzie są czasami dziwnie zagubieni pomiędzy tym,
co było, a tym co jest. To zagubienie między historią
i czasem teraźniejszym wymaga szczególnej ludzkiej umiejętności
przeobrażania samego siebie i swojego osobistego otoczenia
- a więc rzeczy, które go otaczają”. Te słowa,
którymi Claudia Kempf opisuje swoje wrażenia z dwumiesięcznego
pobytu w Gdańsku - jego artystycznym rezultatem są swoiste
„martwe natury”, zdjęcia pozbawionych indywidualności
wnętrz biurowych oraz ludzi, którzy nikną w monumentalnej
architekturze fabrycznej - odnieść można do większości
prac niemieckich uczestników „Transferu”.
Wino,
rakiety, pies i kobiety
Krytycy
niemieccy zwracali uwagę na podstawową różnicę
między polskimi i niemieckimi artystami: sztuka polska, emocjonalna
i zmysłowa, zajmuje się wiecznymi problemami ludzkiej
egzystencji, w przeciwieństwie do racjonalnej, formalnej
i teoretycznej sztuki niemieckiej, będącej zwierciadłem
„Zeitgeistu”.
I
faktycznie - sztuka polskiego „Transferu” działa na zmysły,
z tym że jest to zmysłowość z laboratorium.
Artysta jest współczesnym alchemikiem, który wprawdzie nie
ma ambicji wyprodukowania w samotni własnej pracowni złota,
odkrywa za to wspólną historię, tak jak Tomasz Bajer
z Wrocławia, który odsłania niemiecką przeszłość
miasta, zwanego przez wieki „Breslau”. Materialne i niematerialne
świadectwa przeszłości (jak na przykład odciski
mieczy), zamyka w walizkach, co najlepiej świadczy o tym,
że bez względu na konotacje historyczne jego prace przepojone
są wiecznie żywym duchem Marcela Duchampa. Na potrzeby
„Transferu” Tomasz Bajer stworzył siedem (ta magiczna siódemka!)
„Bomb artystycznych”, czyli małych rakietowych pocisków,
w których - po przyłożeniu oka do judasza - oglądać
można wnętrze ziemi, niezniszczonej jeszcze przez prawdziwą
bombę. Andrzej Syska z Poznania buduje swoiste perpetuum
mobile, metalowo-szklano-świetlne konstrukcje, w których
bulgoczą kolorowe płyny, wydzielające zapach wina:
in arte veritas! Marek Targoński z Gdańska tworzy całe
laboratoria, złożone z naczyń, wypełnionych
elektrolitem, w których umieszczone są elektrody w postaci
sylwetki jelenia, zaś wszystkie jelenie podlegają przemianie
elektrochemicznej, co sprawia, że jeleń nie jest jeleniem,
tak jak fajka René Magritte‘a nie była
fajką, mimo że wyraził to on jak najbardziej konwencjonalnymi
środkami malarskimi. Adam Garnek z Poznania pragnie pozbawić
budowane przez siebie maszyny pierwotnej funkcjonalności,
co sprawia, że jego „Auta”, pokazywanego w Wuppertalu nie
sposób z założenia uruchomić - przysłowiowa
para po prostu idzie w gwizdek. Dlaczego coś ma być
proste, jeżeli może być skomplikowane?
Przemijanie
na ekranie
Skomplikowanej
doczesności poświęcają swoje prace polskie
uczestniczki „Transferu”. Marta Deskur z Krakowa w foto instalacji
„Memory/Hasła”, której treścią są kobieta,
dziecko i pies, pokazuje, że za prostymi czynnościami
fizjologicznymi, jak jedzenie i picie, mogą kryć się
skomplikowane asocjacje wizualne: i tak szklanka zamienia się
w kaganiec, zaś wielowarstwowa rzeczywistość wzbudza
w artystce potrzebę dzielenia się swoimi zapisanymi
spostrzeżeniami, bez których zapewne nie wiedzielibyśmy,
że „to nie ma końca. Wszystko już jest. To są
chmury. A to pies”. Skądinąd wiadomo, że pies dobry
jest na wszystko, na frustrację i na stres też. Dotkliwe
fizyczne skutki przemijania demonstruje z kolei Katarzyna Kozyra
z Warszawy, która ukrytą kamerą filmowała kobiety
w łaźni miejskiej w Budapeszcie. Jej przewiająca
się przez pięć monitorów video instalacja nawiązuje
do „Kobiet w kąpieli” Jean Auguste Dominique Ingresa, francuskiego
malarza z 19 wieku, który uwieczniał na płótnach piękne
kobiece ciała, niepodlegające działaniu czasu.
Wiecznemu kultowi pięknego ciała, czyli nieprzemijającej
erotyzującej młodości - emanującej dziś
z kolorowych magazynów i reklam, tak jak kiedyś z eleganckich
malowideł, warszawska artystka przeciwstawia realne ciała,
które nie są wieczne. Niestety.
Problemy
kondycji w różnej aparycji
Podobne
rozważania zdają się towarzyszyć pracom Konrada
Kuzyszyna z Łodzi, który w fotografiach z serii „Kondycja
ludzka” i instalacjach fotograficznych „Obiekty bycia” sugeruje,
że ludzka cielesność jest
stałą, przypadkową i ulotną formą egzystencji.
Zmysły obleczone są bowiem w ciało, które bytuje
w każdym z nas dzięki zmysłom właśnie.
Wyrwane z cielesnego kontekstu zewnętrzne organy zmysłów:
oczy, uszy, nosy, wargi, palce, fragmenty owłosionej lub
naznaczonej indywidualnymi znamionami skóry Kuzyszyn łączy
w figury geometryczne, tworząc niepowtarzalnie powtarzalne
konstrukcje przemijania na biało-czarnych zdjęciach.
W instalacji „Obiekty bycia” fragmentaryczne zmysły w prawdziwych
cielesnych kolorach ułożone zostały na szklanej
półce białej jakby aptekarskiej szafki i połączone
plątaniną kabli - to organizm w przypadkowej powłoce
materialnej, głęboka prawda o tym, że nikt z nas
ciała nie mógł sobie sam wybrać i że kiedy
kable przestaną działać to i ciało przestanie
istnieć. Zostanie po nim naga czaszka: wieczny temat życia
i sztuki, tym razem trochę jakby na lekarstwo.
Kondycji
istot uznanych za niższe poświęcają uwagę
Leszek
Golec i Tatiana Czekalska, artystyczna para z Łodzi,
której „Columbarium” zdobi jedną z zewnętrznych ścian
Kunsthalle w Bielefeldzie. „Columbarium”, czyli „Gołębnik”
to czteroczęściowe, metalowe i złociście połyskujące
gniazdo, przypominające trochę staromodny szkolny dzwonek,
ma zastosowanie „dla ptaków”, pomagając im „przetrwać
wpływ najwyższego czasu, przeznaczonego istotom, które
w życiu otrzymały niekorzystne ciało ptaka”. Dzieło
łódzkich artystów spełnia nie tylko funkcje estetyczne,
ale również i bytowe, gdyż wskazane jest „do zamieszkania
dla zmęczonych, drobnych, wędrownych, lub wypoczynku
dla lecących w materialną egzystencję.” Jak widać
sztuka trójki artystów z Łodzi, którzy statystycznie stanowili
najpokaźniejszą grupę uczestników „Transferu”,
zrobiła duże wrażenie na jurorach i należy
mieć nadzieję, że również i publiczność
została uczulona na niewątpliwe problemy doczesnego
bytowania, bez względu na futerał, w który zostało
ono zamknięte.
Mimo
że polsko-niemiecki „Transfer” zakończył się
w połowie listopada 1998 roku, to „Columbarium” nadal zdobi
ścianę Kunsthalle w Bielefeldzie. Oby zostało tam
jak najdłużej, gdyż to metalowe gniazdo, bez względu
na materialną egzystencję, która się w nim pocznie,
znajduje się w sąsiedztwie „Myśliciela”
Augusta Rodina, "Ranka" Henri Laurensa i monumentalnej
rzeźby Richarda Serry. Co odczytać można jako dobry
omen dla artystycznej przyszłości Leszka Golca i Tatiany
Czekalskiej. Nawet jeżeli miałaby to być jedyna
korzyść z tego „Transferu”, to i tak bardzo dużo.
Tekst © Urszula
Usakowska-Wolff
TYGIEL
KULTURY Nr 11 - 12 (35 - 36) 1998
TRANSFER
POLSKA -
NORDRHEIN - WESTFALEN
17.04.
- 24.05.1998
Muzeum
im. Xawerego Dunikowskiego w Królikarni, Warszawa
9.06.
- 12.07.1998
Galeria &
Fundacja Wyspa Progress, Gdańsk
4.08.
- 30.08.1998
Galeria Sztuki
Współczesnej. Bunkier Sztuki.
Kraków
13.09.
- 25.10.1998
Van
der Heydt-Museum, Wuppertal
19.09.
- 8.11.1998
Museum
Bochum
20.09.
- 15.11.1998
Kunsthalle
Bielefeld