Sztuka musi być orzeźwiająca

z Gijsem van Tuylem, dyrektorem Muzeum Sztuki w Wolfsburgu, rozmawia Urszula Usakowska-Wolff

Dlaczego Pan, urzędnik na bezpiecznej państwowej posadzie w Hadze, zdecydował się przenieść do Wolfsburga, średniej wielkości przemysłowego miasta bez tradycji kulturalnych?

Gijs van Tuyl: To był zupełny przypadek. Nie pamiętam już dokładnie kiedy, ale chyba na początku 1990 roku zadzwonił do mnie przyjaciel, który pracował w fundacji kultury Volkswagena i zaproponował mi posadę dyrektora nowego muzeum sztuki. Było to dla mnie zaskoczenie, bo zupełnie nie wiedziałem, gdzie leży Wolfsburg i nie kojarzyłem go z Volkswagenem. Pierwsze, o co zapytałem to: czy jest w tym mieście uniwersytet, akademia sztuk pięknych, tradycyjne mieszczaństwo, będące z reguły zainteresowane kulturą. Na wszystkie te pytania otrzymałem odpowiedź przeczącą. Zdałem sobie jednak sprawę, że robotniczy i przemysłowy charakter miasta, którego ponad 30% mieszkańców pracuje w zakładach samochodowych, może być jednak ogromnym wyzwaniem i szansą dla kierownika instytucji, promującej sztukę współczesną w takim środowisku.

Muzeum Sztuki w Wolfsburgu działa już siedem lat. Jaki jest stosunek mieszkańców tego młodego miasta do tego młodego muzeum?

Gijs van Tuyl: Tak, to młode miasto, właściwie zupełnie pozbawione historii, to trudny teren dla działalności muzeum sztuki współczesnej, ale każde miasto jest trudne dla muzeum o takim profilu. Jan Hoet kiedyś powiedział, że w Gent przez czterdzieści lat walczył o budowę nowego muzeum, a przecież Gent ma bardzo długie tradycje, miał w przeszłości wybitnych artystów, że wymienić chociażby Jana van Eycka. Najważniejszą sprawą w naszym przypadku była akceptacja muzeum, to się udało, bo większość mieszkańców Wolfsburga jest z niego dumna, przez co nie chcę powiedzieć, że wszyscy rozumieją, co my w nim robimy. Po tych pierwszych siedmiu latach nie możemy jednak spocząć na laurach, musimy bardzo uważać, żeby nie stracić impetu, musimy wnieść nowe pomysły do naszej pracy, musimy zacząć działać z nową energią, bo po pewnym czasie następuje rodzaj pewnego zmęczenia. Dlatego trzeba uważać, żeby nie wpaść w rutynę. Musimy również odnowić się w dziedzinie edukacji wizualnej, nie zmienimy całkowicie programu, ale postaramy się co roku przygotować co najmniej jedną głośną, wielką wystawę dla szerokiej publiczności, taką jak w przeszłości retrospektywy Andy Warhola lub Jeana Tinguely. Natomiat żeby zachęcić mieszkańców Wolfsburga do zwiedzania muzeum, nie ograniczamy się tylko do działalności muzealnej. Staramy się prowadzić tę instytucję jak przedsiębiorstwo usługowe: ma ona być oazą komunikacji. Dlatego też organizujemy tu wieczorki znanych pisarzy, koncerty, wykłady, ostatnio także i dyskoteki, a od listopada 1997 r. ja osobiście dwa razy w miesiącu oprowadzam publiczność po muzeum, opowiadam o moich pobytach w pracowniach artystów, o sposobach, w jakich do nich docieram i kryteriach, które decydują o zakupie prac do kolekcji. Na takie spotkania przychodzi za każdym razem ponad sto osób! Mamy tu ponadto pracownię wideo, z której każdy może skorzystać, w czasie ferii szkolnych prowadzimy klub malowania dla dzieci, mieści się u nas też gazetka, którą redagują dzieci, zabiegamy o to, żeby klasy szkolne zwiedzały nasze wystawy oraz prowadzimy kursy dla nauczycieli wychowania plastycznego. Staramy się również o to, żeby nasza piękna restauracja-bistro Walino stała się miejscem spotkań dziennikarzy, polityków i artystów. Jeśli chodzi o pracowników zakładów Volkswagena, to artyści wystawiający w muzeum przeprowadzają z nimi różne akcje i zajęcia warsztatowe. Rezulatem jednego z takich działań była seria fotografii, którą James Welling wykonał w zakładach samochodowych i która już na zawsze zostanie w Wofsburgu.

 
Thomas Schütte: "Große Geister" (Wielkie Duchy), Figura Nr 8 i 17, 1997/99. W srodku Jakub Kiendys. Foto: Urszula Usakowska-Wolff
Thomas Schütte: "Große Geister" (Wielkie Duchy), Figura Nr 8 i 17, 1997/99. W środku: Jakub Kiendys

NAJLEPSZY MERZ NA ŚWIECIE

Zbiory muzeum w Wolfsburgu mają podobno wyjątkowy i niepowtarzalny charakter. Co jest tak niezwykłego w kolekcjonowaniu obrazów Anselma Kiefera lub instalacji Mario Merza? Przecież kolejne wydanie Igloo Merza posiada każde szanujące się muzeum w Niemczech.

Gijs van Tuyl: Ale my koncentrujemy się na zbiorach całych grup tematycznych poszczególnych artystów. Nasze muzeum sporządziło spis prac znajdujących się w zbiorach 22 muzeów w północnych Niemczech i zapewniam panią, że nie dublujemy ich kolekcji. To prawda, że muzea sztuki współczesnej w Hamburgu lub Bremie mają różne instalacje Merza, ale proszę pamiętać o tym, że są one, podobnie jak i wszystkie dzieła tam eksponowane, wypożyczone tylko na pewien czas od prywatnych kolekcjonerów. Jestem przekonany, że pomieszczenie Mario Merza w naszym muzeum jest najlepszą i najładniejszą instalacją tego artysty. Natomiast my chcemy stać się wiodącym muzeum w północnych Niemczech, na trasie prowadzącej od Münster do Drezna. Byliśmy bardzo dumni z tego, że na przykład turyści, którzy przyjechali z USA i Japonii na documenta X do Kassel i plener rzeźby Skulptur/Projekte Münster 1997, oraz ci, którzy wybrali się na ubiegłoroczne EXPO do Hanoweru, mieli w programie również i zwiedzanie naszego muzeum.

Od marca w bocznym, niezagospodarowanym skrzydle muzeum działa zaprojektowana przez architektkę Zahę Hadid dwukondygnacyjna kubistyczna lounge, w której odbywają się różne imprezy, dyskoteki, wykłady. Czy ludzie często korzystają z tej nowej oferty?

Gijs van Tuyl: Tak, ale trzeba pamiętać o tym, że Wolfsburg nie jest Warszawą, Paryżem, Krakowem czy Londynem. Nie ma tu środowiska artystycznego, bardzo go nam brakuje, tak więc sytuacją trzeba świadomie sterować. Trzeba jednak powiedzieć, że nasza lounge jest dość popularna, szczególnie wśród młodzieży. Zaproszenie Zahy Hadid do wykonania lounge w naszym muzeum, z niezwykłą, typową dla tej architektki dekonstruktywistyczną architekturą, w naszym przypadku - wnętrz, było naszą inicjatywą. Na początku ubiegłego roku wygrała ona konkurs na budowę wielkiego Science Centre w Wolfsburgu, które zostanie oddane do użytku za dwa lata. Stanie się ono, obok naszego muzeum i Auto-Stadt (Auto-Miasta) Volkswagena, kolejną współczesną atrakcją architektoniczno-artystyczną tego miasta.

 
Zaha Hadid. Foto © Urszula Usakowska-Wolff
Zaha Hadid. Foto © Urszula Usakowska-Wolff

Auto-Miasto Volkswagena działa już ponad rok. Czy nie stanowi ono dla muzeum sztuki zbyt dużej konkurencji?

Gijs van Tuyl: Ja jestem zwolennikiem konkurencji, bo nic tak nie pobudza interesów, jak konkurencja. Natomiast Auto-Miasto Volkswagena nie jest dla nas zagrożeniem, bo nastawione jest na zupełnie inną publiczność. Jest to rodzaj parku rozrywki w stylu podbnym do Disneylandu, ale z bardzo ciekawymi realizacjami artystyczno-technicznymi, do których niewątpliwie należy pawilon Skody.

Czy muzeum ma jakiś wpływ na zmianę gustów mieszkańców Wolfsburga? Czy są już jakieś widoczne zmiany?

Gijs van Tuyl:Ja zawsze patrzę na buty i na fryzury, ale fryzury się specjalnie w ciągu tych siedmiu lat nie zmieniły.

Na nogach i głowach nic się nie zmieniło. A w głowach?

Gijs van Tuyl: Widzi Pani, my tu mamy oczywiście pewien trend, który realizujemy dzięki temu muzeum, pewne kosmopolityczne treści. I to widać najlepiej na przykładzie naszego muzealnego bistra Walino. Stało się ono kultowym miejscem spotkań. Jeśli chodzi o muzeum, to pełni ono funkcję wzorca: kulturalnego, społecznego i towarzyskiego. Taka prosta sprawa jak sklep muzealny...

Tak, zauważyłam, że sklep w tym wybitnie protestanckim regionie oferuje wielki wybór fosforyzujących poręcznych figurek katolickich matek boskich i różańców, a także hologramów z Chrystusami w różnych stadiach męki.

Gijs van Tuyl: Mamy, jak widać, sztukę dla każdego gustu.

Pytałam panią, sprzedającą w muzealnym sklepie, dla kogo są te świecące dewocjonalia, a ona powiedziała, że dla licznych, mieszkających w Wolfsburgu Polaków i Włochów, którzy do muzeum nie wejdą, ale w sklepie owszem madonnę i owoc jej żywota sobie kupią.

Gijs van Tuyl: Tak, to faktycznie dość zabawne!

KILKA MILIONÓW MNIEJ

Pan jest w sytuacji, o której dyrektorzy innych niemieckich muzeów nawet nie mogą marzyć. Roczny budżet muzeum sztuki w Wolfsburgu wynosi ponad 18 milionów marek...

Gijs van Tuyl: Teraz mamy trochę mniej pieniędzy do dyspozycji...

Ile konkretnie?

Gijs van Tuyl: Kilka milionów mniej.

Kilka milionów to może być od dwóch do dziewięciu.

Gijs van Tuyl: Powiedzmy, jakieś trzy miliony mniej, ale ciągle nasza sytuacja jest dobra. Naszym zadaniem jest nie tylko organizowanie wystaw i innych przedsięwzięć, ważnych nie tylko dla Wolfsburga, ale dla całych Północnych Niemiec. Realizujemy projekty wystawowe, pokazywane nie tylko w Wolfsburgu, także i w Berlinie. Ale muzea berlińskie nie bardzo nastawione są na sztukę teraźniejszą, z wyjątkiem Hamburger Bahnhof.

Ile pieniędzy może Pan przeznaczyć rocznie na zakupy dzieł sztuki do zbiorów muzeum?

Gijs van Tuyl: Około 1,5 miliona marek.

 
Jeff Koons: "Bear and Policeman", 1988. (Z lewej strony Manfred Wolff). Kolekcja Kunstmuseum Wolfsburg. Foto: Urszula Usakowska-Wolff
Jeff Koons: "Bear and Policeman", 1988. Z lewej strony Manfred Wolff

MROCZNA KOLEKCJA

Najnowsza wystawa jest przeglądem eksponatów, zakupionych przez Pana muzeum w ciągu ostatnich siedmiu lat. Nazywa się "The Dark: Update # 4" i na przykładzie prac dwunastu artystów, w tym jednej artystki, Cindy Sherman, egzemplifikować ma, zgodnie z tytułem, ciemną stronę ludzkiej egzystencji. Poprzednia wystawa "Let's entertain" była bardziej rozrywkowa, ironizowała zabawowe aspekty sztuki, jako krzywego niekiedy zwierciadła społeczeństwa rozrywkowej konsumpcji. Obecna ma szokować mrokiem egzystencji? Miała szokować jeszcze bardziej poprzez pokazanie instalacji "Hell" (Piekło) braci Chapmanów, znanej m.in. z londyńskiej ekspozycji "Apokalipsa", ale jakoś zabrakło mi tu teraz tego piekielnego dzieła...

Gijs van Tuyl: Kontrast między poprzednią i aktualną wystawą jest zamierzony, bo sztuka musi być orzeźwiająca. To tak, jak w muzyce, gdzie przecież też są kontrasty. Pomysł powstał właściwie w sposób bardzo organiczny, bo chcieliśmy w ramach "The Dark" pokazać właśnie wspomniane przez panią dzieło dwóch młodych brytyjskich artystów, słynne "Hell" Dinosa i Jake'a Chapmana, ale ze względów finansowych nie było to możliwe. Owe piekielne mroki stanowiły jakby motyw przewodni obecnej wystawy, wyszliśmy od prac Bruce'a Naumana, aby prześledzić, jak on i młodsi od niego artyści pokazują te ciemne strony ludzkiej egzystencji, życia i śmierci, terroru, a nawet i mordu, tak, jak w zaadaptowanych przez Douglasa Gordona filmach Hitchcocka "24 Hour Psycho" i "Feature Film" na podstawie muzyki do filmu "Vertigo"; przemocy, jak w fotografiach Cindy Sherman, lub strachu i samotności, jak u Gilberta&George'a i Richarda Billinghama. Ta wystawa pokazuje więc głębokie, ciemne strony życia, które istnieją, których myśmy nie wymyśli, i które reflektowane są oczywiście przez sztukę. "The Dark" pokazuje dzieła artystów, którzy mają określoną głębię i nie są powierzchowni. W przeciwieństwie do lat osiemdziesiątych, dzisiejsi artyści zainteresowani są sprawami egzystencji. Takim przykładem jest chociażby Dough Aitken, którego wideoinstalację "Metallic Sleep" pokazywaliśmy w naszym muzeum na wiosnę tego roku, oraz równlegle w Kunst-Werk w Berlinie. Jego zakupiona przez nas wideoinstalacja "I am in you" eksponowana jest teraz w ramach "The Dark."

 
Dough Aitken: "Metalic Sleep", 1999. Foto: Muzeum Sztuki w Wolfsburgu
Dough Aitken: "Metalic Sleep", 1999. Foto: Muzeum Sztuki w Wolfsburgu

Z zakupem wideoinstalacji "24 Hour Psycho" Douglasa Gordona związana jest pewna historia, świadcząca o tym, że muzea w małych miastach mogą konkurować dziś nawet z analogicznymi placówkami w miastach, uchodzących za metropolie sztuki międzynarodowej. Proszę opowiedzieć, jak muzeum sztuki w Wolfsburgu weszło w posiadanie tej pracy.

Gijs van Tuyl: Muzea w małych miastach są jakby mniej dostrzegane przez duże centra, ale my możemy znacznie szybciej reagować, bo jako muzeum prywatne mamy bardzo uproszczone struktury decyzyjne, Ja jestem zwolennikiem tego, żeby, nie tylko z powodów finansowych, szybko kupować. "24 Hour Psycho" chciało kupić Centre Pompidou w Paryżu, ale bali się, że będą mieli problemy z towarzystwem filmowym Universal Pictures, wynikające z prawa do copyright. A myśmy powiedzieli, nie będziemy się nad tym długo zastanawiać, po prostu tę pracę kupimy, co też na szczęście uczyniliśmy, bo teraz Gordon jest bardzo popularny, wiele muzeów planuje pokazy jego instalacji i chcą je od nas stale wypożyczać.

Ile ludzi odwiedza muzeum sztuki w Wolfsburgu? Planowaliście, że będzie ich od stu do stu trzydziestu tysięcy rocznie.

Gijs van Tuyl: Dotychczas tak było, teraz publiczności jest trochę mniej, około siedemdziesięciu tysięcy. Związane to jest także i z finansami, które nie pozwoliły nam na zorganizowanie niezwykle drogiej wystawy kolekcji Museum of Modern Art z Nowego Yorku. Ale na otwarcie każdej naszej wystaw, organizujemy osiem ekspozycji w roku, przychodzi od trzech do pięciu tysięcy ludzi. Największym magnesem dla publiczności była oczywiście wielka retrospektywa "A Factory" Andy Warhola, pokazywana u nas na przełomie 1998/99 roku, którą zwiedziło 55 tysięcy ludzi, zaraz po niej uplasował się ubiegłoroczny pokaz Jeana Tinguely: "L'esprit de Tinguely", natomiast dużym rozczarowaniem było dla nas, że na naszą poprzednią wystawę "Let's entertain" wybrało się tylko 25 tysięcy ludzi. Ale wbrew naszym oczekiwaniom, jej istotę bardzo trudno było wyjaśnić publiczności.

NA WSCHODZIE BYŁ ZASTÓJ I ZAPÓŹNIENIE

Na bieżąco uczestniczę w wystawach muzeum sztuki w Wolfsburgu. Są bardzo widowiskowe, kuszą magią nazwisk uznanych, międzynarodowych gwiazd. Nie zdarzyło mi się jednak spotkać na nich współczesnych artystów ze wschodniej części Europy, nieobecni są oni także w zbiorach kierowanego przez Pana muzeum. Czy wynika to z centryzmu zachodnioeuropejskiego, a może z przekonania, że w tamtej części Europy nie ma sztuki, godnej gwiazdorskiego muzeum?

Gijs van Tuyl: Na Wschodzie sytuacja stabilizuje się, ten rozwój trwa już ponad dziesięć lat, są tam przecież tacy artyści, jak Ilya Kabakov...

... są, ale mieszkają już od dawna na Zachodzie.

Gijs van Tuyl: Tak, niektórzy z czasem wyjeżdżają na Zachód, widocznie nie mają w swoich krajach możliwości rozwoju. Co do naszego muzeum, to nie prowadzimy świadomej polityki, wykluczającej tych lub innych artystów z naszych wystaw i naszych zbiorów. Patrzymy tylko na jakość ich sztuki. Nie mamy tu na przykład też hiszpańskich artystów, choć bez wątpienia istnieją dobrzy, hiszpańscy artyści. Ale ma Pani oczywiście rację, moglibyśmy więcej spoglądać na Wschód: w Polsce, na Litwie, nawet w Albanii, są młodzi, całkiem interesujący artyści. Widać to było na ostatnim Biennale Sztuki w Berlinie (bb2). Przed zmianą systemu politycznego w tych krajach był zastój i zapóźnienie, ale zawsze byli wspaniali artyści, jak Tadeusz Kantor i wielu innych. Teraz międzynarodowa scena artystyczna uległa całkowitej zmianie, nie tylko w Europie Wschodniej, ale i w Chinach, w Tajlandii, w Korei Południowej.

Rozumiem, że wystawia Pan u siebie artystów, którzy już gdzie indziej zdobyli uznanie, jak na przykład Piotr Uklański, który pokazywany był na wystawie "Let's entertain", przygotowanej przez Walker Art Center w Minneapolis i eksponowanej przed Wolfsburgiem w Centre Pompidou w Paryżu.

Gijs van Tuyl: Nie tylko Uklańskiego, na samym początku działalności muzeum pokazywaliśmy też prace Mirosława Bałki, który jest bardzo znanym i uznanym artystą. Nawet chcieliśmy go zakupić do naszej kolekcji, ale potem zrezygnowaliśmy, bo mamy inne priorytety. Mamy na przykład tylko jednego włoskiego artystę w naszej kolekcji, to Mario Merz. Rok temu byłem natomiast w Krakowie, w Goethe Institut odbyło się tam bardzo ciekawe spotkanie z artystami, kuratorami i dyrektorami muzeów, oni przyjechali tam z Warszawy, była wśród nich ówczesna dyrektorka Zachęty, Anda Rottenberg. A potem my zaprosiliśmy na nasz koszt polskich kuratorów do Wolfsburga, przyjechali z Bunkra Sztuki i z Galerii Foksal. U nas była wtedy wystawa młodej sztuki niemieckiej "German Open" i to doprowadziło do wymiany.

Do wymiany kuratorów?

Gijs van Tuyl: Nie, do wymiany artystycznej, niemieccy artyści pojechali do Warszawy i mieli tam wystawę i odwrotnie chyba też. Nic innego nie możemy zrobić poza stworzeniem warunków, w których taka wymiana może się odbywać.

Dziękuję Panu za rozmowę.

Z Gijsem van Tuylem w dniu 23.08.01 po niemiecku rozmawiała Urszula Usakowska-Wolff

RASTER Nr 39//2001

Gijs van Tuyl

 
Gijs van Tuyl. Fot. © Ute Karen Seggelka
Gijs van Tuyl. Fot. © Ute Karen Seggelka

urodził się 7 lutego 1941 roku w holenderskim mieście Gameren

1965 - 1969; studia historii sztuki u prof. dr H-L.C. Jaffé na Uniwersytecie w Amsterdamie

1969 - 1976; kurator malarstwa i rzeźby w Stedelijk Museum w Amsterdamie

1972 - 1974; członek międzynarodowej komisji Biennale de Jeunes Artistes w Paryżu

1976 - 1985; kierownik urzędu d/s zagranicznych sztuk pięknych w Amsterdamie

1977 - 1988; wydawca czasopisma "Dutch Art & Architecture Today"

1977 - 1984; członek zarządu Międzynardowych Konferencji Komisarzy Wystaw (IKT)

1985 - 1992; dyrektor d/s wystaw w holenderskim urzędzie sztuk pięknych w Hadze

1978 - 1991; stały holenderski komisarz Biennale w Wenecji i Sao Paulo

od 1992 - dyrektor Kunstmusem w Wolfsburgu. Jego umowa o pracę została ostatnio przedłużona do 2006 roku.


Kunstmuseum Wolfsburg
Porschestr. 53
D-38440 Wolfsburg
Godziny otwarcia: środa - sobota 11.00 - 18.00; wtorek 11.00 - 20.00; poniedziałek nieczynne.

Strona Wolfsburga


do strony glównej

do tekstu o Andy Warholu