MADE
IN FACTORY
Pod
koniec życia nosił srebrną perukę. W kunsztownym
nieładzie sztucznych włosów miękko załamywało
się kolorowe światło, promieniujące jak aureola
z licznych autoportretów. Gładkiej skóry twarzy, którą
zawdzięczał kunsztowi chirurgii plastycznej, nie rysowała
żadna zmarszczka. Był
artystą, który sam siebie wykreował na dzieło sztuki,
Pigmalionem, który sam siebie stworzył. Wiecznie
żywą odmianą mitu american way of lfe -
symbolicznym pucybutem, który stał się milionerem. Może
właśnie dlatego but, elegancki pantofelek na nóżkę
współczesnego Kopciuszka, urastał w jego wczesnej twórczości
do rangi fetysza.
Markowa
filozofia artystyczna
Urodzony
6 sierpnia 1928 roku w Pittsburghu w stanie Pensylwania jako syn
emigrantów z Medzilaborce, miasteczka na północno-wschodnim
skraju Słowacji, czyli położonym na końcu
świata - i to nie tylko z amerykańskiej perspektywy,
Andrew Warhola, późniejszy Andy Warhol, już wcześnie
zrozumiał, że w świecie, w jakim przyszło
mu żyć, szanse na masową konsumpcję ma tylko
seryjny produkt markowy oznakowany możliwym do natychmiastowego
rozpoznania znakiem towarowym. Jego wizualizacja to reklama, produkująca
nieskończoną ilość kolorowych obrazków, napisów,
haseł i logo, które stają się nieodłącznymi
elementami masowej wyobraźni, zorganizowanej wokół przedmiotów
konsumpcji, bez względu na to czy są to rzeczy, zjawiska
czy ludzie. Ta komercjalizacja wszystkich i wszystkiego jest najwyższą
formą demokracji: Wielkość Ameryki polega na
tym, że tu ugruntowała się tradycja - najbogatsi
konsumenci kupują w zasadzie te same rzeczy co najbiedniejsi.
Kiedy siedzisz przed telewizorem i oglądasz spot reklamowy
coca-coli, masz świadomość, że coca-colę
pije prezydent, że Liz Taylor pije coca-colę i że
ty też możesz wypić coca-colę. Coca-cola jest
coca-colą, i za żadne pieniądze świata nie
dostaniesz lepszej coca-coli niż ta, którą pije bezdomny
na rogu ulicy. Wszystkie cole są takie same, i wszystkie
tak samo smakują. Liz Taylor to wie, prezydent to wie, bezdomny
to wie i ty też to wiesz, przeczytać można
w Filozofii Andy Warhola, wydanej w 1977 roku w Nowym Jorku.
|
|
|
Manfred
Wolff w Muzeum Sztuki w Wolfsburgu. Wystawa ANDY WARHOL.
A FACTORY. 1998/1999
|
Rozwój
demokracji z ducha konsumpcji
Ameryka,
czyli świat według Warhola, jest gigantyczną
fabryką, najwyższą formą demokracji, w której
bez końca produkuje się seryjne towary na indywidualne
potrzeby masowego odbiorcy. Rzeczywistość to zakonserwowane
w puszkach firmy Campbell popularne zupy i standardowe dania
o długim okresie przechowywania, ale też i do natychmiastowego
spożycia. Rzeczywistość to powielane w milionowych
nakładach gazet, kolorowych magazynów i na ekranach telewizorów
twarze gwiazd filmowych, piosenkarzy, polityków; celebrowane
przez media wielkie katastrofy i spektakularne wypadki samochodowe,
widowiskowe zabójstwa i samobójstwa. Rzeczywistość
jest więc gigantyczną fabryką pop kultury, bez
końca produkującą bohaterów, którzy z kolei napędzają
pop kulturę. Rzeczywistość jest perpetuum mobile
popkultury, a pop kultura perpetuum mobile rzeczywistości.
W tej sytuacji sztuka traci pozycję indywidualistyczną
i ekskluzywną, staje się częścią składową
wszechobecnego procesu komercjalizacji, a artysta maszyną
do seryjnej produkcji sztuki. Po sztuce następuje następny
krok - sztuka komercjalna. Ja zacząłem jako artysta
komercjalny i chciałbym skończyć jako artysta-biznesmen
lub artysta biznesu. Najbardziej fascynującą sztuką
jest robienie dobrych interesów. Robienie pieniądzy to
sztuka, praca to sztuka, a dobry interes to najlepsza ze wszystkich
sztuk, - te słowa Warhola są chyba najkrótszym
kursem realizmu kapitalistycznego, celną definicją
najważniejszej ze sztuk.
Człowiek
fabryka
Andy
Warhol szybko osiągnął zamierzone cele. Nieśmiały,
blady i wątły młodzieniec, który zdolności
artystyczne odziedziczył po matce, zdobiącej dla podreperowania
skromnego domowego budżetu puszki po konserwach i pisanki
tradycyjnymi słowackimi wzorkami, po ukończeniu studiów
sztuki na Carnegie Institute of Technology w Pittsburghu stał
się wziętym nowojorskim grafikiem. Ilustrował
opiniotwórcze magazyny i czasopisma: Glamour, Vogue,
The New Yorker i Harpers Bazaar, z których przedstawiciele
średnich i górnych pięter biznesu czerpali wzory life
stylu. Kwiatki, motylki, pszczółki i serduszka, którymi
zdobił strony eleganckich magazynów, okładki książek,
płyty i wykwintną papeterię, przypominały
niewinne, lekkie i radosne rysunki dziecka, tak że stały
się w latach pięćdziesiątych i na początku
lat sześćdziesiątych jego znakiem firmowym i
doprowadziły go do przekonania, że proces robienia
w komercyjnej sztuce jest jak w maszynie. Wszystko się
powtarza. To dziwne, że każdy myśli - wszystko
jest nowe, a przecież wszystko jest powtórzeniem.
Ukoronowaniem
wizji odczłowieczenia artysty i umaszynowienia
jego sztuki była A Factory, jak nazwana została
pracownia na 47. ulicy pod numerem 231 w Nowym Jorku, do której
przeniósł się w 1963 r. Ta Fabryka, zwana także
Silver Factory, od koloru pokrytych aluminiową folią
oraz srebrną farbą ścian, podłóg i mebli,
święciła największe triumfy w ciągu
następnych 11 lat. Warhol realizował w niej swoją
wizję ludzkiego superrobota, produkował interdyscyplinarną
masową awangardę, tworzył i zaspokajał potrzeby
rynku, czyli snobistycznej publiczności, ciągnąc
ze swojej pracy materialne korzyści. Krótko mówiąc
- stosował reguły gry, funkcjonujące na wolnym
rynku. A Factory była kolebką sztuki multimedialnej:
produkowano tam filmy, programy telewizyjne, spoty reklamowe,
sztuki teatralne, projektowano modę, eksperymentowano z
technikami sitodruku i technikami fotograficznymi, tam spotykał
się słynny zespół rockowy Velvet Underground,
który stał się zespołem kultowym. Tam swoją
międzynarodową karierę rozpoczęła niemiecka
modelka, piosenkarka Nico, tam urządzano skandalizujące
prywatki, na których przedstawiciele artystycznej subkulury
i mniejszości seksualnych: homoseksualiści, transwestyci,
gwiazdy filmu i show-biznesu spotykali się z przedstawicielami
establishmentu. Nie obowiązywał podział na kulturę
niską lub wysoką, wszystko i wszyscy
obracali się w trybach samo napędzającej się
megamaszyny: pop kultury.
Szóstego
sierpnia 1998 roku Andy Warhol - prekursor, ikona i klasyk artystycznego
popu obchodziłby siedemdziesiąte urodziny. Zmarł
niespodziewanie 22 lutego 1987 roku po rutynowej operacji woreczka
żółciowego. Respirator - prawdziwa maszyna - odmówiła
mu posłuszeństwa, akurat wtedy, kiedy pielęgniarka
na chwilę wyszła z separatki.
Euro
- Warholkolizm
Rok
1998 był rokiem warholowskim. Okrągła rocznica
jest zawsze wymarzonym pretekstem do wystaw, tak że od
Warszawy po Kraków, od Londynu po Bazyleję, od Tybingi
po Monachium prezentowano mniej lub bardziej znane aspekty pracy
Mistrza. O ile na Zachodzie twórczość Andy Warhola
stale obecna była od połowy lat sześćdziesiątych
- pierwsze jego ekspozycje indywidualne odbyły się
w 1965 roku w galerii Ileany Sonnabend w Paryżu oraz dwa
lata później w galerii Rudolfa Zwirnera w Kolonii, a pierwsza
wielka retrospektywa w Muzeum Sztuki Współczesnej w Sztokholmie
w 1968 roku, i od tamtej pory w krajach Europy Zachodniej odbyło
się 70 ekspozycji tematycznych Warhola - o tyle 250 prac
z amerykańskiej kolekcji José Mugrabiego, z którymi do
połowy 1998 roku można było zapoznać się
w warszawskim i krakowskim Muzeum Narodowym, umożliwiły
polskiej publiczności pierwszy tak szeroki i naoczny kontakt
ze sztuką tego artysty.
Gdzie
nie spojrzeć - Warhol, Warhol, Warhol. Zmarły w 1987
roku pop artysta gwarantuje przede wszystkim pełne kasy,
pisał miesięcznik Kunstzeitung w swoim sierpniowym
wydaniu z 1998 roku. W końcu historycy sztuki muszą
znać dziś wszystkie chwyty menedżerskie, aby
zapewnić swoim muzeom ekonomiczne podstawy funkcjonowania.
Przy tym niestety nie odgrywa żadnej roli, czy w sprawach
Warhola można się pochwalić jakimiś nowymi
odkryciami, czy prace zgromadzone na tych wystawach są
istotne z punktu widzenia historii sztuki czy nie. Liczy się
tylko bilans. Oburzenie Kunstzeitung trudno zrozumieć,
bo przecież Warholowi o nic innego nie chodziło.
Ale
publiczność, zwana dziś turystami kultury
nie czyta specjalistycznych rozprawek przeznaczonych dla wąskiego
grona wtajemniczonych. Publiczność społeczeństw
czasu wolnego uwielbia wielkie wystawy, które jak wszystkie inne
wielkie wydarzenia zwane są tu eventami - bez względu
na ich artystyczną i merytoryczną jakość.
Tak jak fani Rolling Stonesów jeżdżą na
ich koncerty bez względu na to, w którym miejscu świata
by się odbywały, tak i konsumenci sztuki chcą na
własne oczy zobaczyć dzieła, które tyle razy oglądali
w albumach, w telewizji i jako motywy na T- shirtach i krawatach.
Bo sztuka - nawet ta z najwyższych pięter artystycznego
Olimpu - stała się - i tu trzeba pochylić czoło
przed wizjonerstwem Warhola - elementem masowej konsumpcji. I
- co niedawno jeszcze było nie do pomyślenia - ważne
muzea zaczynają działać w miejscach uchodzących
do tej pory za kulturalną pustynię. Dlatego też
największy, najbardziej widowiskowy pokaz, istny multimedialny
i interdyscyplinarny festiwal warholowski odbył się
w mało komu znanym 140-tysięcznym mieście Wolfsburgu
w Dolnej Saksonii.
|
|
|
Muzeum
Sztuki w Wolfsburgu. Wystawa ANDY WARHOL. A FACTORY. 1998/1999
|
Muzeum
superlatywów w mieście bez tradycji
Na
terenie wioski Fallersleben, która jest dziś jedną
z dzielnic Wolfsburga, w 1938 roku rozpoczęto wielką
budowę narodowego socjalizmu: były to zakłady
produkujące Kraft-durch-Freude-Wagen: Samochód Siły
przez Radość, auto dla każdego Niemca, zwane
w skrócie KDF. Ale zanim pierwszy KDF opuścił taśmę
montażową, produkcja została przestawiona na
zbrojenia, a nowe miasto radosnej siły stało
się gigantycznym obozem pracy, do którego zawleczono tysiące
robotników przymusowych z całej Europy.
Po
wojnie KDF przemianowano na Volkswagena (samochód ludowy), a
miasto Siły przez Radość przy Fallersleben
przyjęło nazwę Wolfsburga - od starannie odrestaurowanego,
położonego dziś w rozległym parku nieopodal
centrum, Wilczego Zamku z XVI w. To, że po wojnie kultura
na trwałe zadomowiła się w Wolfsburgu, robotniczym
mieście, które powstało na stole kreślarskim,
bez historii i bez tradycji, było zasługą pierwszego
dyrektora Volkswagena, Heinricha Nordhoffa, który sprowadzał
nie tylko wybitne międzynarodowe orkiestry do miasta przy
granicy zony wschodniej, ale od początku lat pięćdziesiątych
zorganizował szereg wystaw sztuki w zakładach Volkswagena
i we wzniesionej w 1958 roku hali miejskiej: oglądać
tam można było obrazy Franza Marca, Wilhelma Leibla,
Albrechta Dürera, Lovisa Corintha i Vincenta van Gogha, które
były nie tylko sensacją na skalę małomiasteczkową,
ale wywoływały zazdrość dyrektorów muzeów
w wielkich miastach. Mariaż wielkich pieniędzy z estetycznymi
zamiłowaniami samochodowych menedżerów miał pozytywny
wpływ również i na architekturę: w 1962
roku zakłady VW podarowały miastu Centrum Kultury,
którego autorem był wybitny Fin Alvaro Aalto, a w 1973
roku Hans Scharoun, projektant słynnego gmachu Filharmonii
Berlińskiej, wybudował tu teatr. Do pełni szczęścia
brakowało więc jeszcze tylko muzeum z prawdziwego
zdarzenia. Dlatego też w 1987 roku Carl H. Hahn, ówczesny
przewodniczący rady nadzorczej samochodowego koncernu,
powołał do życia fundację sztuki Volkswagena.
Szczęśliwym zrządzeniem losu do kasy fundacji
już wkrótce wpłynęły wielkie pieniądze:
360 mln DM, zapisanych jej pośmiertnie przez małżonków
Astę i Christiana Hollera, którzy wzbogacili się jako
twórcy i właściciele Towarzystwa Ubezpieczeniowego
Volkswagena. Zgodnie z ich wolą, 40% odsetek od ich majątku
ma co roku zasilać fundację sztuki VW, zaś pozostałe
60% podzielone jest po równo między niemieckie wioski SOS
i sanatorium dla dzieci chorych na płuca w Szwajcarii.
Najlepszy przykład, że bogactwo i sumienie nie zawsze
muszą się wykluczać.
Od
połowy 1994 roku nad rozległym placem centrum handlowego
Wolfsburga wznosi, a właściwie unosi i rozpościera
się niezwykły przeźroczysty gmach ze stali i
szkła, wybudowany na podziemnym garażu: muzeum sztuki
jako symbioza samochodowej bazy i artystycznej nadbudowy. Nad
wejściem do muzeum dominuje ogromny dach, jak zwiewny baldachim
podtrzymywany przez 18-metrowe wysmukłe kolumny. Wzrok
stojących przed budynkiem przyciąga rotunda, miękko
wkomponowana w surowe prostokątne kształty oraz fantazyjne
schody, prowadzące do dostępnej nie tylko dla zwiedzających
restauracji. O ile fasada muzeum kokietuje różnorodnością
geometrycznych form, o tyle architektura jego wnętrz podporządkowana
jest zasadom funkcjonalności: powierzchnia wystawowa to
3500 metrów kwadratowych, podzielonych na dwa piętra, gdzie
biel ścian przerywana jest wyrafinowaną, ale dyskretną
konstrukcją okien ze stalowej siatki, kręconymi metalowymi
schodkami oraz parkietami w kolorze naturalnego drewna. Cudem
nowoczesnej techniki jest dach ze szklanych płytek, przez
który sączy się północne światło, tak
że tylko w bardzo niesprzyjających warunkach atmosferycznych
musi być ono uzupełniane sztucznym oświetleniem.
Pomieszczenia wystawowe zgrupowane są wokół kwadratowego
środka o wymiarach 40 x 40 metrów. Na parterze wnętrze
to może być dowolnie zmieniana przy pomocy ruchomych
ścianek, w zależności od architektury konkretnych
wystaw. Koszty budowy Muzeum pochłonęły 70 mln
DM, w których partycypowali zarówno fundacja sztuki Volkswagena,
a także i miasto Wolfsburg, udostępniając nieodpłatnie
grunt pod budowę oraz przekazując ponadto 5 mln DM
z kasy miejskiej. Dyrektorem Muzeum Sztuki w Wolfsburgu, mieście
położonym na trasie z Berlina do Amsterdamu, jest
Gijs van Tuyl. Ten 55-letni ujmujący i mile uśmiechnięty
Holender ma wszelkie powody do zadowolenia, jest bowiem jednym
z nielicznych dyrektorów muzeów w Niemczech, którzy nie narzekają
na brak pieniędzy: na bieżącą działalność
może on bowiem przeznaczyć rocznie zawrotną sumę
18 mln DM. Jego muzeum zatrudnia 49 osób, łącznie
z pracownikami restauracji Walino (Wielorybek)
oraz sklepiku muzealnego, w którym można kupić artystyczne
gadżety z charakterystycznym logo muzeum: różowym
wielorybem w rozplątanym labiryncie liter, symbolem wielopostaciowości
i niezmiennej zmienności sztuki.
Komfortowa
sytuacja finansowa Muzeum Sztuki w Wolfsburgu, ale także
kompetencja, wdzięk i doskonałe kontakty jego dyrektora
sprawiły, że muzeum na dolnosaksońskiej prowincji
w ciągu czterech lat stało się najpopularniejszą
i najczęściej frekwentowaną placówką artystyczną
w Niemczech (ponad 100 tysięcy zwiedzających rocznie)
oraz partnerem renomowanych muzeów i kolekcji na świecie.
Wystawy
Muzeum Sztuki w Wolfsburgu, począwszy od prezentacji klasyków
modernizmu (Ferdinand Léger, Franciek Kupka), a skończywszy
na głośnych ekspozycjach współczesnej sztuki
włoskiej, amerykańskiej i brytyjskiej, cieszą
się ogromnym zainteresowaniem mediów i publiczności,
tak że na organizowane co miesiąc wernisaże nowych
wystaw przychodzi za każdym razem ponad 3 tysiące
osób.
|
|
|
Muzeum
Sztuki w Wolfsburgu. Wystawa ANDY WARHOL. A FACTORY. 1998/1999
|
Warhol,
Wolfsburg i Volkswagen
Wystawa
Andy Warhol. A Factory, która 3 października 1998
roku otwarta została w Muzeum Sztuki w Wolfsburgu, już
na samym początku pobiła wszelkie rekordy. Na wernisażu,
który odbył się dzień wcześniej, tłoczyło
się 5,5 tysiąca osób, taka sama ilość zwiedzających
przetoczyła się przez przestronne sale muzeum w dniu
otwarcia ekspozycji, nie tylko dlatego, że jak zawsze w
sobotę po wernisażu wstęp do był muzem wolny.
Ta gigantyczna ekspozycja (sam jej katalog w formacie książki
kieszonkowej ma objętość 600 stron), na którą
składa się 800 prac Andy Warhola, przygotowana została
przez Muzeum Solomona R. Guggenheima w Nowym Jorku i sponsorowana
jest przez koncern Volkswagena, który dzięki sponsoringowi
sztuki chce poprawić swój image producenta samochodów,
już nie tylko dla prostego ludu. Zgodnie z konsumpcyjną
filozofią Warhola amerykański architekt Gaetano Pesce
zamienił wnętrza Muzeum Sztuki w Wolfsburgu w artystyczny
supermarket. Ściany wylepiono 480 metrami bieżącymi
słynnych tapet Mistrza z popularnymi motywami. Na zwiedzających
spoglądają z nich: jego zwielokrotnione portrety,
seryjne wizerunki wielkiego przywódcy Mao, ponadto niekończące
się rybki, różowe krowy i banknoty o nominale jednego
dolara. Przy ścianach piętrzą się piramidy
z kartonów od bananów Del Monte, opakowania od keczapu pomidorowego
Heinza, od aluminiowych zmywaczków Brillo oraz płatków
kukurydzianych Kelloggsa. Nie zabrakło też oczywiście
seriografii i obrazów gwiazd ekranu i polityki: wielki pastelowy
portret wielkiego Mao zdaje się szybować w powietrzu,
jakby z zaświatów uśmiecha się Marylin Monroe.
Podobnie jak w Warszawie lub Krakowie i tu naocznie można
się przekonać, że te wszystkie dzieła
istnieją naprawdę, a ponadto posłuchać głosu
prawdziwego Warhola w słuchawkach telefonicznych zwisających
z sufitu. Ale - co ciekawe - mimo natłoku kolorowych
obrazków, biało-czarnych zdjęć, pozornie naiwnych
rysunków z czasów pierwszej artystycznej komercji, dekoracyjnych
czółenek, ustawionych na regałach warholowskiego supermarketu,
wariacji na temat dzieł wielkich mistrzów malarstwa (Leonarda
da Vinci, Eduarda Muncha i Giorgia de Chirico) jego prace
przenika dziwna, jakby ironiczna melancholia.
Bo
zaiste muzy drugiej połowy końca dwudziestego wieku
są niepokojące. Za gładkimi obliczami gwiazd
czai się śmierć, której nie można przegonić
nawet najbardziej jaskrawym kolorem, w nieskończonej powtarzalności
popularnych motywów zatraca się indywidualny sens, tonie
w masie zwielokrotnionych impulsów wizualnych i treściowych,
które łączą się jedną, niemożliwą
do rozróżnienia trywialną całość. Tak
jak na obrazie Mity z 1981 roku, na którym umieszczone
są klatki filmowe w ostrych kolorach: Batman, Santa Claus
czyli amerykański święty Mikołaj , popularna
kukiełka reklamowa Bossi, Myszka Miki i wampir Dracula
- to ikony 20 wieku, kolorowe paski dekoracyjnego materiału.
Supermaszyna wizualno-informacyjnego przekazu wszystko maszynuje
na lekkostrawną papkę - po obejrzeniu wystawy w Wolfsburgu
ma się wrażenie, że Andy Warhol był zwiastunem
internetu. Dziś, gdy informacje i kolorowe obrazki przemieszczają
się w ułamkach sekundy z jednego końca świata
na drugi, a seryjne i multimedialne eksperymenty można
praktykować w domowym zaciszu własnej factory, pod
warunkiem, że ma się odpowiedni komputer i średniej
jakości scanner, prace Warhola przypominają produkty
wieku niemowlęcego medialnej ery.
Festiwal
warholowski trwał w Muzeum Sztuki w Wolfsburgu do połowy
stycznia 1999 roku. Złożyło się na niego
- poza wystawą Andy Warhol. A Factory - kilkadziesiąt
imprez towarzyszących, seminariów, sympozjów, pokazów filmowych,
a na zakończenie odbyła się wielka całonocna
prywatka w fabrycznym nowojorskim stylu. Duch srebrnowłosego
mistrza długo jeszcze krążył nad Europą,
gdyż z Wolfsburga wystawa powędrowała do wiedeńskiej
Kunsthalle, do Pałacu Sztuk Pięknych w Brukseli, do
Muzeum Guggenheima w Bilbao, do Fundacji Serralves w portugalskim
Porto, a na końcu zaprezentowana została w Muzeum
Solomona Guggenheima w Nowym Yorku, które to tournée przygotowało.
Z Wolfsburga przez europejskie metropolie do amerykańskiego
megapolis, a więc przez wsie do miast - czyli zgodnie
ze zaleceniem wielkiego przywódcy Mao, którego tak chętnie
uwieczniał klasyk popu Andy Warhol.
Tekst
© Urszula Usakowska-Wolff
TYGIEL
KULTURY Nr 4 - 6 (40 - 42) 1999
|
|
|
| |
|
KATALOG
z
esejem Germano Celant
500
stron, 250 reprodukcji barwnych i 250 biało-czarnych
Verlag
Gerd
Hatje, 1998
ISBN
3-7757-0773-5
Cena
39 DM
|
|
| |
|
|
|